TOP koreańskie dramy!

Najlepsze koreańskie dramy minionych lat. Subiektywne podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Sposób Aiko na poznanie Japończyka. Jak szukać, zeby znaleźć dobrego kowersatora?

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy, czyli jak wyglądał pobyt Japończyka w polskim domu.

Koloryzacja włosów henną

Fakty i mity o hennie do włosów. Ocena i wnioski po kilkumiesięcznej koloryzacji.

Dookoła świata

Seria opowieści podróżniczych Aiko o tym gdzie była i co widziała. Poszerzające horyzonty wpisy o otaczającym nas świecie.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Kilka słow o ksiażce Beaty Pawlikowskiej. Czy warto rozpocząć przyjodę z językiem japońskim właśnie z tą ksiażką?

Praca we Włoszech

Jednym z doświadczeń życiowych Aiko, był wyjazd na praktyki zawodowe do słonecznej Italii. Jak to wygląda za kulisami?

Jestem nosicielką dredów

Fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi i jak pielęgnuje, a także czy jest to fryzura dla każdego? O tym dowiecie się dzięki Aiko!

Nama Chocolate

Przepis na własnoręcznie robione walentynkowe czekoladki.

Tutorial na Pandę brelok

Aiko pandowa świruska, pokazuje jak wykonała swoją brelokową Pandę.

Pol'And'Rock 2018

Najpiękniejszy festiwal świata okiem Aiko-chan! Czy zmiana nazwy festiwalu zmieniła cały festiwal?

2 września 2019

Turystyka na opak: typy turystów



Najpiękniejsze miejsce na ziemi - latem jest królestwem zieleni, zimą zaś śniegu, a ja niczym księżna tych ziem, dostosowuje się do klimatu i z pełną odpowiedzialnością kocham każdą porę roku po równo (no może zimę trochę bardziej...). Najpiękniejszym miejscem na ziemi jest koniec świata. To tutaj dojeżdża niewielka ilość autobusów - aż cztery rano i jeden popołudniu, a wieczorem nic. Żartownisie czasem mawiają, że w okresie zimowym, czyli zazwyczaj od listopada do kwietnia, jesteśmy odcięci od cywilizacji. Bywało i tak, nie zaprzeczam.Welcome to my home!


Czyżbyście mieli już dość notek o temacie turystycznym? Mam nadzieję że nie, ponieważ dziś chcę Wam zaserwować kolejną dawkę, ale tym razem z serii "turystyka na opak". Jest to seria opowiadająca o nieco innym rodzaju turystyki, z którym jestem nawet bardziej związana niż z "pospolitym" podróżowaniem. W końcu każdy z Was może spakować się w walizkę i wyjechać, ale nie każdy może gościć!

Już kiedyś pisałam na blogu o tym, że mieszkam i pomagam w prowadzeniu agroturystyki moich rodziców. O życiu w takim miejscu możecie poczytać TUTAJ.

Raz na rok nadchodzi moment, kiedy to ja jestem szefową i gospodynią tego miejsca, a w tym czasie rodzice zwiedzają świat. Wówczas nachodzą mnie różne myśli. Przypominam sobie wiele komicznych sytuacji i zastanawiam się zawsze: "na jakich gości trafię tym razem". Dziś opowiem o typach klientów, tych lubianych i nielubianych przeze mnie. Mogłabym do tego podejść książkowo i wrócić pamięcią do szkolnych nazw, ale wymyślę swoje własne, takie które dokładnie oddają moje uczucia względem nich. Czytajcie z lekkim przymrużeniem oka. :)



Przyjaciel
Typ, który lubię najbardziej. Są to ludzie bardzo przyjaźnie nastawieni do wszystkiego. Uwielbiają długie rozmowy, nie tylko na tematy związane z usługą, jaką chcą otrzymać, ale bardzo często opowiadają o swoim życiu i pytają o cudze, a więc należą do osób bardzo towarzyskich. Poszukują gospodarza przyjaciela, dzięki któremu będą czuć się jak w domu. Rzadko są klientami jednorazowymi, powracają jak bumerang, niejednokrotnie stają się po dłuższym czasie prawdziwymi znajomymi na gruncie prywatnym, a nawet najszczerszymi przyjaciółmi, na wiele długich!



Dusigrosze
Tych turystów często już określam po zobaczeniu rejestracji samochodowej. To stereotypowe, ale nierzadką regułą jest, że osoby przyjeżdżające z konkretnego regionu, zachowują się w sposób bardzo podobny (ale nie powiem o jakie regiony mi chodzi, możecie zgadywać!), czyli oszczędzają na wszystkim i targują się o wszystko! Jest to trudny typ turysty i można go podzielić na różne podkategorie. Łączy ich jedna cecha: zawsze pytają o możliwe zniżki, nawet jeśli zamówili najtańszy pakiet pobytu. Pytają o tanie i dobrej jakości restauracje i atrakcje turystyczne. Lubią czasem ponarzekać (oczywiście na ceny). W skrajnych przypadkach uciekają z niedopłatą albo podjadają innym gościom z lodówki.

Dzieci 500+
Tytuł noszą dość prześmiewczy, ale to zdecydowanie bardzo ciężki typ klienta, wymagający szczególnego opanowania i wyrozumiałości ze względu na jego młody wiek. Ich rodzice zawsze oczekują niższej ceny i najwyższej jakości obsługi. Czas wytłumaczyć dlaczego, targowanie się o cenę dla dziecka jest niemile widziane. Warto zwrócić uwagę, że dzieci wbrew pozorom wymagają więcej uwagi, więcej dokładności, więcej uśmiechu, więcej wszystkiego, a więc więcej pracy. Fakt, że młody gość zajmuje połowę łóżka i je niecałą porcję śniadania, nie odejmuje pracy gospodarza, a wręcz przeciwnie. Nie jest to regułą i oczywiście nie dotyczy to wszystkich rodzin, jednak wiele dzieci jest nieusłuchanych, hałaśliwych, brudzących, a ich rodzice nie zwracają im należytej uwagi, natomiast obsługę traktują jako nianię lub złą pana/panią od pouczania.

Ciche myszki
Czyli turyści indywidualiści. Zadowolą się krótkim "dzień dobry" oraz "do widzenia". Czasem wracają w te samo miejsce, a czasem nie. Zwykle są bardzo dobrze przygotowani i wiedzą jakie atrakcje turystyczne mogą zwiedzić na miejscu, i robią to intensywnie. Raczej nie opowiadają o sobie i nie lubią słuchać opowieści innych. Generalnie, nie pogadamy za wiele. Nie zapadają również w pamięć, są jak ninja - niezauważalni.



Wyluzowani
Przemili i rozmowni, ale niezłe z nich leniuszki. Należą do osób, które rozkładają leżaki i chillują się na nich od rana do nocy. Nie chodzą w góry, mając je tuż pod nosem, nie zwiedzają wszystkich atrakcji, nie poznają dokładnie regionu, w którym są. Mają czas, bo jeśli nie w tym roku, to przyjadą w kolejny i zobaczą co trzeba, albo i nie, bo właściwie będą czymś ważnym zajęci. Czym? Zajmują się odpoczynkiem, nawet bardzo intensywnym - wakacje są od tego, aby "robić nic"!



Pospolici
Zwykle przyjeżdżają i odjeżdżają, czasem nawet wielokrotnie. Jednak nie zapadają w pamięć. Typ zbliżony do "cichej myszki" z małą różnicą - oni się odzywają. Pytają co zwiedzić, chwalą się gdzie byli, rozmawiają o sobie i słuchają cudze opowieści. Dlaczego są pospolici? Z reguły nie zapadają w pamięć, ponieważ nie zrobili nic pamiętliwego (złego lub dobrego) albo nie wyróżniają się cechami charakteru lub wyglądem. Ogromny plus jest taki, że pozostawiają po sobie dobre wrażenie.


Postacie z wstępem jednorazowym
To są ludzie, których nie chce widzieć więcej razy w swoim życiu, niż ten jeden raz, kiedy tutaj przyjeżdżają. Czarna lista istnieje, to nie żart. Na taką listę trzeba sobie jednak zasłużyć albo czynami, albo sposobem bycia. Historii do opowiedzenia jest wiele, czasem trafiam na osoby opryskliwe, nieprzyjemne i gburowate - takie typowe buraki. Innym razem przybywają dziwaki - creepy natręty, którzy wzbudzają bardzo negatywne emocje, a nawet strach i niepewność. Niejednokrotnie zdarzały się agresywne jednostki, wyznające zasadę "klient nasz pan", której ja nie wyznaję. Takim turystom stanowczo mówi się "nie" podczas kolejnych rezerwacji.


Typów turystów, których spotykam jest o wiele więcej. Zastanawiając się, którym z opisanych jestem, to chyba coś pomiędzy przyjacielem a pospolitym gościem, bardzo lubię rozmowę i cenię sobie nowe przyjaźnie, choć z dystansem do nich podchodzę. A wy? Podpisujecie się pod którymś z opisów? Jak opisalibyście się jako turystę? 

Mój czas wakacyjnej pracy w agroturystyce dobiegł końca, jestem w drodze do... Ci który obserwują mnie na twitterze, to wiedzą! Jeśli tego nie robicie to koniecznie zaobserwujcie i śledźcie moją podróż, ponieważ przez kolejne dwa tygodnie będę objeżdżać jedno z najbardziej atrakcyjnych państw czarnego kontynentu. Wciąż jeśli macie ochotę to napiszcie do mnie maila, a zawitają do Was piękne pocztówki z aikowymi pozdrowieniami i rysunkami na odwrocie.
Ciepłego września i wiele uśmiechu, ja ne!

Z dnia: 02.09.2019

17 sierpnia 2019

Niezbędnik podróżnika: moja pierwsza samotna podróż

„A co ty koleżanek nie masz? Sama będziesz jechać?” 
„Co to za frajda... Nawet gęby do nikogo nie otworzysz. I żeby Ci się nic nie stało!” 

Jedni mówili: „odważna”, drudzy zaś, że „głupia”, a ja dochodzę do wniosku, że ktoś, kto tak mówi, to zwyczajna „boidupa”. I tym krótkim rymem rozpoczęłam notkę o mojej pierwszej samotnej, ale krótkiej podróży. Zawsze musi być ten pierwszy raz. A kiedy lubisz spontaniczność, nie boisz się wyzwań i samego siebie, jedź!
Podczas pakowania plecaka w ogóle nie myślałam o tym, co mnie może spotkać i że coś może pójść nie tak. Pozytywne myślenie mnie nie opuszczało. Miałam ku temu kilka racjonalnych przesłanek.
Panda - czyli mój mały towarzysz podróży.
Zajawka do podróży 
Przeglądając mojego bloga, można zauważyć, że podróżuję od kilku dobrych lat. Nie są to wakacyjne wycieczki do jednego konkretnego miasta w stylu all inclusive, a raczej spontaniczne, objazdowe, niekoniecznie sprecyzowane cenowo, miejscowo i terminowo wyjazdy. Dotychczas jednak nie miałam okazji jeździć samotnie. Podyktowane to było tym, że moje podróżowanie rozpoczęło się, gdy byłam nastolatką. Moi rodzice postanowili zwiedzać Europę (i nie tylko) samochodem i aż do dwudziestego roku życia w ten sposób spędzałam wakacje. W międzyczasie pojawiało się kilka innych wycieczek, jak np. do Londynu czy do Budapesztu, gdy nie korzystaliśmy z własnego transportu, ale nadal stawialiśmy na wykorzystywanie różnego rodzaju środków komunikacji przy bardzo intensywnym zwiedzaniu, bo nie lubimy się nudzić. W moim życiu ułożyło się również tak, że do tej pory nigdy nie byłam sama i zawsze znajdowałam chętnych kompanów (wyjazdy szkole, z przyjaciółmi czy partnerem i rodziną). Ale ten rok stanął na głowie, a ja postanowiłam to wykorzystać i sprawdzić czy samotność nie jest taka zła.

Pewność siebie 
Pewność siebie nie wynika z tego, że uważam się za osobę tak bardzo zajebistą, że nie ma mi równych. Nie! Chodzi tutaj o to, że doskonale znam realia i przez wiele lat jeżdżenia po Europie, nauczyłam się jak to jest. Doświadczałam zarówno pozytywnych jak i negatywnych rzeczy. Miałam styczność z innymi kulturami i językiem. Spałam w dobrych hotelach, miernych campingach, a nawet w samochodzie na stacji benzynowej albo dziko w lesie. Gubiłam się i cudownie odnajdywałam. Trafiałam do losowo wskazanych na mapie miejsc, które były o wiele piękniejsze od tych planowanych wcześniej. Miałam przez wiele lat bardzo szeroki wachlarz doświadczeń, który nauczył mnie, że wszędzie są ludzie pomocni. Nawet nie znając języka można się dogadać, a bycie obcokrajowcem turystą ma wiele przywilejów. Tego wszystkiego nauczyli mnie rodzice – to bardzo cenna umiejętność odnajdywania się w każdej sytuacji. 
Niemniej samotna podróż jest bardziej wymagająca od grupowych, musiałam się też zmagać z moimi wewnętrznymi oporami i zająć się logistyką tej niedługiej wycieczki.

Dworzec autobusowy w Bratysławie.
Organizacja 
Organizację wyjazdów do tej pory omawialiśmy wspólnie i trzeba było dojść do konsensusu, wykłócić swoją rację lub się dostosować. Tym razem musiałam poradzić sobie sama – zająć się dojazdem, noclegami i planem zwiedzania. Bardzo lubię tą część, bo uwielbiam mieć nad wszystkim kontrolę (ale brakowało mi dobrych rad). 
Zależało mi na budżetowym wyjeździe, dlatego głównie zaoszczędziłam na dojazdach i noclegach. Jak?
  • Autobusy – to świetny środek komunikacji. Jeśli planujemy objazdówkę, możemy wyszukać naprawdę tanie i liczne połączenia w każdy zakątek Europy. Dodatkowym atutem jest to, że autobus z reguły dojeżdża do centrum miasta, bo właśnie tam znajdują się dworce główne. Rezultat jest taki, że równocześnie oszczędzamy czas i środki na komunikację miejską. Minusem mogą być ewentualne korki na trasach oraz wygoda. Na pierwsze nie mamy żadnego wpływu, ale na drugie już tak. Trzeba sprawdzać opinie przewoźników, wybierać te sprawdzone transporty o niewielkiej ilości wypadków oraz afer i najlepiej z nowymi autokarami. Wiele przewoźników ma miejsca premium, które zapewniają więcej miejsca na nogi. Dodatkowym atutem jest możliwość szybkiego zakupienia i rezygnacji z biletu. Za bilety autobusowe podczas całej swojej trasy (Wrocław-Bratysława-Wiedeń-Brno-Wrocław) zapłaciłam 175 zł
  • Hostele – to była dla mnie nowość. Pierwszy raz nocowałam w hostelach, ale wiedziałam czego się spodziewać i kompletnie nie przeszkadzało mi, że będę spała w pokoju z obcymi ludźmi. Porównałam to sobie do kolonii z czasów dzieciństwa. Byłam przygotowana na wiele scenariuszy: mogę trafić na imprezowiczy, mogą zdarzyć się kradzieże i wiele innych. Natomiast nie spotkała mnie żadna niemiła niespodzianka. Mieszkałam w czterech różnych obiektach i każdy z nich był inny. Łączyło je jedno: multikulturowość. To świetne miejsce do zawiązania nowych przyjaźni, podszkolenia się w języku i poznania obcych kultur. Hostele mają jeszcze jeden ogromny plus – są tanie i zlokalizowane przy centrum miasta. Zarówno w Bratysławie jak i w Brnie mieszkałam tuż przy rynku, a w Wiedniu w odległości 30 minut spacerem od starego miasta. Ich komforty były różne od wysokich i samoobsługowych, przez optymalne w których nic nie brakowało, po takie bardziej hardkorowe, gdzie np. nie miałam nawet drabinki ani obramowania wokół łóżka, a było ono piętrowe. Za swoje wszystkie noclegi zapłaciłam około 350 zł.
Pokoje w hostelach.
Obawy i jak się ich pozbyć 
  • Od lat zmagam się z nauką języka angielskiego, która wyjątkowo słabo mi idzie. Wynika to z mojej niechęci i lenistwa, ale to nie oznacza, że powstrzymuję się od przekroczenia granicy. Raczej mnie to zachęca, abym mogła przełamać swoją barierę. Natomiast masa osób (szczególnie te starsze pokolenie) obawia się braku znajomości języka obcego i traktuje to jako wymówkę. Jest na to pewien sposób - internet i aplikacje w telefonie. Podstawowym narzędziem mojej podróży stał się telefon. To właśnie przez niego w mgnieniu oka rezerwowałam bilety na transport, bilety na atrakcje turystyczne i noclegi. Działo się tak z dwóch ważnych powodów: nie musiałam stać w kolejkach do kas oraz oszczędzałam papier (kwestia ekologiczna), a dodatkowo nie musiałam stresować się rozmową. Obecnie każdy z operatorów powinien zapewnić nam odpowiednią taryfę na terenie UE, więc warto z tego korzystać w sposób mądry. Ach! I koniec z wymówkami, telefon może mówić nawet za nas! 
  • Bezpieczeństwo jest kolejną kwestią budzącą wątpliwości. Natomiast nie jechałam do obcych mi krajów, byłam w nich już wielokrotnie. Żeby nie być gołosłowną, co do ich bezpieczeństwa, możecie zerknąć na ranking najbezpieczniejszych państw świata, w którym czołówkę zajmują kraje europejskie. To jest doskonały argument do tego, żeby rozpocząć takie podróże właśnie tutaj! Osobną rzeczą jest przestrzeganie podstawowych środków ostrożności, czyli przykładowo nie włóczyć się w nocy po niewielkich i szemranych uliczkach oraz mieć  wykupione ubezpieczenie (zawsze wykupuje dodatkowe, bo nierzadko dopada mnie Prawo Murphy'ego - i tu polecam notkę o najbardziej beznadziejnej podróży: "Podróż donikąd"). Oczywiście wielu sytuacji nie da się przewidzieć. Ja bardzo często trafiam na regionalnych pijaczków żądających ode mnie pieniędzy (i rzucających we mnie butelką, jak to miało miejsce w Bratysławie), żebraków, którzy często wcale nie są tacy biedni (pamiętam, że w Bolonii było popularne żebranie na psa, bo zwierzak wywoływał więcej współczucia niż człowiek) oraz miejskich handlarzy (którzy są bardzo popularni w krajach na południu, pojawiają się znikąd i mają ze sobą wszystko, czego możemy potrzebować, kupimy u nich okulary, torebki, koce, parasole itp.). Do każdego z tych rodzajów ludzi trzeba podejść indywidualnie i wyczuć sytuację. Nie możemy reagować agresywnie, ale trzeba być bardzo asertywnym. W razie nachalności takich osób ewentualnie postraszyć policją, która jest raczej przychylna turystom.
Mój dobytek podczas tej podróży oraz budżetowe śniadanie w jednym z parków w Wiedniu.
Opinia Aiko
Podsumowując to całe doświadczenie, z pewnością mogę powiedzieć, że był to tylko przedsmak i "próba mikrofonu". Przede wszystkim chciałam zobaczyć, jak się czuję sama ze sobą w takiej sytuacji, czy poradzę sobie z organizacją oraz czy dogadam się z moim miernym angielskim. Ostatecznie wszystko oceniam na plus, mimo kilku problemów i niedogodności, ale urok podróży jest taki, że nie wszystko da się przewidzieć, w końcu to przygoda!
Bardzo chciałabym wyruszyć gdzieś dalej. Za rok kończę pierwszy stopień studiów i wydaje mi się, że to może być właśnie ten czas. Coraz mniej jestem przywiązana do Polski. Wrocław, w którym mieszkam na co dzień, nie jest dla mnie miejscem przyjaznym, a choć bym chciała, nie mogę spędzić tak po prosu kolejnych lat w rodzinnej miejscowości na wiejskiej sielance. A gdyby tak postawić na plecak i wygodne buty?

Notki powiązane: 
Słowacja - Bratysława
Austria - Wiedeń
Czechy - Brno
Z dnia: 17.08.2019

11 sierpnia 2019

Dookoła świata: Czechy - Brno

Mówię o nich "nasi przyjaciele", ponieważ zawsze czuję się u nich jak w domu. Są bardzo otwarci i tacy radośni. Zastanawiam się czy to przypadkiem nie zasługa ich narodowego trunku - piwa. Taka moja mała teoria, że łyczek dobrego (!) piwa wyzwala zawsze uśmieszek na twarzy. Welcome to the Czech Republic!

Nie mogłam zakończyć swojej krótkiej podróży w Wiedniu. Musiałam pojechać dalej, spontanicznie zakupiłam bilet do Brna. Pokusa była zbyt wielka, a odległość wręcz przeciwnie, w dodatku wielokrotnie przejeżdżałam przez to miasto przypatrując się zamkowi na szczycie góry i gdzieś tam miałam chrapkę na więcej.


Na zwiedzanie Brna nie miałam zbyt wiele czasu, a właściwie czułam się już do tego stopnia zmęczona, że nie miałam siły biegać po całym mieście z plecakiem turystycznym i w rezultacie poświęciłam jedynie czas na zwiedzanie Starego Miasta, więc ciężko mówić o wczuciu się w klimat. To raczej były krótkie odwiedziny.
Przyjechałam późnym wieczorem, zakwaterowanie miałam w ścisłym centrum. Dzięki temu zobaczyłam nocną naturę miasta. Tłumy na ulicach były rozbawione i głośne, a miejsc we wszystkich pobliskich barach i klubach brakowało. Nad jednym nich miałam własnie nocleg. W czasie mojego przybycia nagrywano spot zapraszający do pobliskiego klubu. Nawet żartobliwie namawiano mnie do wystąpienia w nim. Gwarno było do białego rana, ale był to przyjemny hałas. Czuć było, że te miasto żyje własnym życiem i nie należy do nudnych.
Nad ranem zauważyłam inne oblicze tego miasta. Czułam się zupełnie jak pierwszego dnia w Bratysławie. Starówka  była opustoszała. Standardowo natknęłam się na tutejszego pijaczka, który chciał ode mnie pieniędzy. Tym razem był nieco bardziej agresywny, więc najadłam się nieco stresu, mówiąc mu, że nie mam nawet złamanej korony. Co było z resztą prawdą, bo dysponowałam tylko euro, w końcu nie przewidywałam wycieczki do Brna. Pomimo nieprzyjemnego początku dnia, reszta była nie najgorsza.
Czechy, Katedra św. Piotra i Pawła
Katedra św. Piotra i Pawła
Mieszkałam jakieś dwie minuty od Katedry św. Piotra i Pawła, tak więc stała się ona moim przystankiem numer jeden. Miałam wyjątkowe szczęście natykać się na ludzi bezdomnych w tej części miasta, zarówno pod kościołem jak i w parku za nim. Pomyślałam: "być może taki to urok tego miasta".
Katedra znajduje się na wzgórzu Petrov, obecnie jest przedstawicielem stylu barokowego. Chociaż jak wiele tego typu budowli początkowo była romańska. Oczywiście wewnątrz możemy zachwycić się pięknym ołtarzem, witrażami czy rzeźbą Marki Boskiej z Dzieciątkiem. Dodatkowo za opłatą możemy wejść na wieżę oraz do skarbca. Tuż obok Katedry znajduje się Denisowy sad.
Denisovy sad
Park jest świetnym miejscem widokowym na Brno! Jego nazwa jest wspomnieniem francuskiego uczonego Edwarda Denisa, który niezwykle szanował czeski naród i uważał go za jeden z najbardziej rozwiniętych politycznie w tej części Europy. Był badaczem ich historii i przyczynił się do powstania Czechosłowacji. Ponadto w Denisovym sadzie znajduje się obelisk z 1818 roku upamiętniający zakończenie wojen napoleońskich, a także pawilon z kolumnami. 
Tuż obok parku znajdują się Ogrody i Tarasy Kapucynów, a w ich pobliżu Klasztor Kapucynów i Krypty Kapucynów w których znajdują się... mumie! Grobowiec służył do pochówków braci zakonu oraz jego dobroczyńców. Został zaprojektowany w taki sposób, aby zapewnić budowli odpowiednią wentylację zapobiegającą całkowitemu rozkładowi ciał - były one suszone, a nie mumifikowane. W XVIII wieku grobowiec przestał pełnić swoją funkcję, ponieważ władca Józef II obawiał się wybuchu epidemii. Obiekt został udostępniony zwiedzającym już w dwudziestoleciu międzywojennym.
Plac główny w Starym Mieście
Historyczna część miasta raczej nie należy do ciekawych. Zabudowa jest dość pospolita, jak na moje oczekiwania, jestem raczej przyzwyczajona do takiego widoku również w polskich miastach. W oczy może rzucić się kilka charakterystycznych pomników, fontann, czy też wykończeń otaczających nas kamienic. Dość oryginalnym i nowoczesnym dodatkiem na placu głównym jest zegar astronomiczny, którego kształt daje wiele do myślenia, a zastosowanie praktyczne jest raczej dość mizerne. 
Zamek Spilberk
Sztandarowym miejscem jest oczywiście Zamek Spilberk. Aby na niego dość musimy nastawić się na niewielką wspinaczkę. Wokół zamku jest dość dużo zieleni i mamy możliwość wspiąć się rozmaitymi ścieżkami o różnym nachyleniu, jest to całkiem fajne miejsce do spacerowania. Prędzej czy później idąc w górę dojdziemy pod bramę zamku. Dość znaczną jego część można obejść bez biletu. Ten jednak musimy zakupić, gdy planujemy wejść do lochów, na wieżę widokową oraz do części muzealnej. Zamek jest szczególnie znany z jego funkcji więziennej za panowania Habsburgów. Niestety wyjątkowo mi się nie podobał... Jestem bardzo negatywnie nastawiona na odpicowane do orzygu miejsc wielowiekowych, które mają jedynie funkcję muzealną. Wydaje mi się że ich dusza zostaje wyssana. Najbardziej rażące były dla mnie manekiny ustawione w kazamatach, które imitowały więźniów. Były wyjątkowo sztucznym i odrzucającym mnie dodatkiem. Chociaż dzieciom z pewnością by się spodobały.

Spędziłam w Brnie jedynie dzień i przyznam szczerze, trochę się tam nudziłam. Wydaje mi się, że odwiedziłam w centrum miejsca głównie przyciągające uwagę turystów, ale w rzeczywistości jedynym, które zawróciło moją, to Krypta Kapucynów. Najbardziej przykro mi z powodu zamku, na którego zawsze spoglądałam zza szyby samochodu z pragnieniem.


Co z cenami podróży? Kiedyś już o tym wspominałam, ceny w Czechach nie wydają mi się być duże. Bilety poszerzające zwiedzanie Katedry to cena 40 koron (normalny), do Krypty Kapucynów 70 koron (normalny), Spilberk kosztował mnie 170 koron (bilet studencki, wydaje mi się że normalny to kwota 280 koron, natomiast można sobie zakupić bilet, który nie obejmuje wszystkich atrakcji i wówczas jest dużo taniej).

Opinia Aiko: Jestem bardzo zawiedziona Brnem, ale równocześnie nie oczekiwałam od niego zbyt wiele. Czechy niestety postrzegam jako kraj z dość pospolitymi atrakcjami miejskimi. Miejscowości zwykle są ładne, czyste, ludzie uśmiechnięci i rozmowni, ale atrakcje są bardzo muzealne, przez co pozbawione duszy, mimo naprawdę bogatej historii. Właśnie dlatego praktycznie nie piszę o Czechach, mimo że bywam w nich znacznie częściej. Nie skreślam jednak ich grubą kreską, państwo te ma naprawdę interesujące miejsca, tylko według mnie jest to głownie natura. W takim wydaniu ukażą się Czechy kolejny raz.

Swoją samotną podróż zakończyłam właśnie tam - w Brnie. Wróciłam do Wrocławia, a następnie do rodzinnej miejscowości, teraz z niecierpliwością wyczekuję kolejnej podróży, która będzie miała miejsce już we wrześniu. Jeśli chcecie pocztówki z wyjątkowego kraju  (będzie to objazdówka, ale nie samotna), to oczywiście dajcie znać przez maila, podając swój adres. Macie czas do września. Standardowo nic nie oczekuję w zamian, oprócz Waszego uśmiechu. Kolejna podróż będzie egzotyczna i bardzo wyczerpująca, ale w końcu pojadę do raju! A może tylko tak mi się wydaje?

Info:
Jak widać, odradzam się jak feniks z popiołów. Przez bardzo długi czas blog był zaniedbany, a szczególnie Wy - moi czytelnicy, czyli w dużej mierze inni bloggerzy. Powoli wracam do aktywnego działania, dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, za to, że te miejsce nadal odznacza się znacznym ruchem i on ciągle się zwiększa. "Czytamy się" za tydzień! Opowiem Wam o zmaganiach w mojej pierwszej samotnej podróży i czy nadal chcę w ten sposób zwiedzać świat. 
Ja ne!

Z dnia: 11.08.2019

5 sierpnia 2019

Dookoła świata: Austria - Wiedeń

To zadziwiające, ale niemalże co roku tutaj jestem, a jeszcze nie pojawiła się o tym żadna wzmianka. Jeżdżąc po Europie samochodem prawie niemożliwe jest ominięcie tego państwa, więc siłą rzeczy zwiedzam je na raty. Byłam w wielu miejscach - w Graz, Insbruku czy malowniczym Hallstatt. W końcu ruszyło mnie sumienie i postanowiłam zajechać do Wiednia, nie przy okazji, ale z nastawieniem na rzetelne zwiedzanie! No... może nie do końca. Welcome to Austria!

Będąc już w Bratysławie obrałam kierunek na Wiedeń. To dosłownie rzut beretem. Jeśli macie więcej czasu, koniecznie połączcie zwiedzanie tych dwóch stolic podczas jednego wyjazdu. Można zauważyć wówczas ogromny kontrast. Patrząc na dane, powierzchnia obu miast nie różni się jakoś kolosalnie, ponieważ Wiedeń jest większy jedynie o około 50 km², jednak liczba ludności Wiednia jest ponad 4 razy większa! Niestety (lub stety) jest to odczuwalne. Spacery po pustych uliczkach nie są możliwe (ale ku mojemu zdziwieniu, udawało się zrobić kilka zdjęć bez tłumów, to zasługa wczesnoporannych wędrówek).
Muzeum Historii Sztuki i pomnik Marii Teresy
Do Wiednia przyjechałam nieco przestraszona, moje obawy wynikały szczególnie z obszerności tego miasta i tego, że podróżowałam sama. Większe miasto oznacza większą ilość niespodzianek, nieprzewidywanych wydarzeń i starcie z większą ilością ludzi. Ach! I jeszcze ten niemiecki! W stolicy Austrii spędziłam trochę ponad dwa dni. Tuż po przyjeździe postanowiłam zapoznać się z miastem i nawet się polubiliśmy. Na wstępnie napiszę, że jedynie lekko poczułam urok Wiednia i odwiedziłam kilka atrakcji. Mam w planach tutaj wrócić w następnym roku. To pewne! Nie nastawiałam się na maraton zwiedzania, chciałam po prostu zobaczyć, czy jest to miasto dla mnie.
Postanowiłam przyjechać późnym popołudniem, tak abym mogła przespacerować się po okolicy. Okazało się, że pierwszy mój nocleg znajdował się w odległości 15 minut spacerem od Belwederu, więc obrałam kierunek w tamtą stronę. Jest to piękny barokowy pałac z ogromnym ogrodem zimowym i stawem lustrzanym, w którym odbija się jego fasada. Niestety było za późno na zwiedzanie i postanowiłam przełożyć to na kolejny wyjazd.
Neue Burg

Kolejnego dnia udałam się do ścisłego centrum miasta. To był bardzo długi spacer w 30 stopniowym upale. Początek takiego dnia, uczciłam więc porannym śniadaniem w parku przy Muzeum Historii Naturalnej i Muzeum Historii Sztuki. Są to miejsca, na które możemy poświęcić niemalże cały dzień, szczególnie jeśli lubimy muzea. W  pierwszym z wymienionych możemy znaleźć wiele przyrodniczych eksponatów, dinozaury, minerały i wiele innych. W drugim zaś bogatą kolekcję dzieł europejskich czy starożytnych. Znajdziemy tutaj m.in. "Madonne w zieleni" Rafaela oraz "W pracowni artysty" Vermeera.  Oba obiekty zostały wzniesione w XIX wieku za czasów Franciszka Józefa I. Są to dwa bliźniacze budynki postawione naprzeciwko siebie. W pośrodku znajduje się pomnik Marii Teresy otoczony piękną zielenią.

Idąc dalej przejdziemy przez Bramę Zamkową Burgtor i dotrzemy na Plac Bohaterów z konnym pomnikiem księcia Eugena von Savoyen, Szybko zauważymy ogromną budowlę o półkulistym kształcie. Jest to jedna z części Zamku Hofburg nazywana Neue Burg, czyli Nowy Zamek. Tutaj również znajdują się muzea. Mijamy wejście do muzeum Sissi oraz Skarbca cesarskiego, w którym znajdują się korony królewskie, skarb Burgundzki oraz Skarb Złotego Runa. Z pewnością przejdziemy także przez Bramę Szwajcarską, jest bardzo charakterystyczna, budowana w stylu renesansowym z czerwonoczarnego kamienia i złotymi zdobieniami. Przechadzając się po dziedzińcach Hofburga trafimy na kaplicę - Hofburkapelle, a będąc już w okolicy koniecznie trzeba odnaleźć serce Biblioteki Narodowej, czyli Salę Paradną. I nad nią się trochę rozczulę.


Sala Paradna Biblioteki Narodowej Austrii jest miejscem wyjątkowym! Widok starych książek zawsze wywoływał we mnie wzruszenie, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że nie tylko noszą one wiedzę w swoim wnętrzu, ale również pamiętają czasy, jakich często my nie pamiętamy. Biblioteka charakteryzuje się stylem barokowym, jest największą biblioteką tego typu w Europie. Ma 80 metrów długości i 20 metrów wysokości, wykończona jest freskami autorstwa Daniela Grana. Posiada nie tylko bogatą kolekcję książek (znajduje się tutaj największa ilość pism Marcina Lutra z okresu reformacji), ale także liczną kolekcje eksponatów: począwszy od rzeźb, przez weneckie globusy i Wielką Mapę Świata Martina Waldeseemullera z 1507 roku.
Sala Paradna Austriackiej Biblioteki Narodowej 
O Hofburgu mogłabym pisać naprawdę długo. Jest to jeden z największych kompleksów pałacowych na świecie i trzeba poświęcić na niego naprawdę sporo czasu, aby zwiedzić go rzetelnie. Wiele części pałacu zostały wybudowane już w XIII wieku, ale jego rozbudowywanie miało miejsce przez kolejne siedem stuleci. Aż do końca pierwszej wojny światowej był rezydencją Habsburgów. Historia Europy była "pisana" własnie tutaj.
Świątynia Tezeusza i róże w Volksgarten
Jednakże sam Hofburg to nie wszystko. Nie byłabym sobą, gdybym nie poszła odpocząć na jakiś pobliski plac zieleni. Nie szukałam zbyt długo. Tuż za pałacem znajduje się Burggarten, czyli ogród zamkowy, który jest miejscem odpoczynku i popołudniowej drzemki mieszkańców Wiednia. Uwielbiam kulturę leżenia na trawniku. W Wiedniu jest to nagminne, mimo tak licznego leniuchowania w miejscach zielonych, są one utrzymywane w naprawdę dobrej kondycji. Burggarten to niejedyny park w okolicy. Idąc w przeciwną stronę przez Plac Bohaterów w stronę Ratuszu  i Parlamentu (jak zwykle, na moje nieszczęście, oba te budynki podczas mojej wycieczki były remontowane), znajdziemy się w Volksgarten. Szczególnym obiektem znajdującym się w ogrodzie jest Świątynia Tezeusza z XIX wieku będąca repliką tej z Grecji. W parku jest także pomnik Elżbiety (Sissi), żony Franciszka Józefa. Przechadzając się możemy zauważyć wiele okazów pięknie pachnących róż.
Wykopaliska i Zegar Ankeruhr
Następnego dnia przekroczyłam mury Hofburga i podążałam powoli w stronę Dunaju. Był to mój ostatni dzień w Wiedniu. Postanowiłam znów postawić na spacerowanie i rezultatem tego było noszenie plecaka podróżnego przez około 15 kilometrów. Było warto, choć moje spalone słońcem ramiona dnia poprzedniego uważały inaczej (na szczęście to ja miałam w nogach moc sprawczą). 
Wciąż kręciłam się po centrum miasta (Innere Stadt), ponieważ na liście miałam jeszcze przechadzkę po starówce i odwiedzenie kilku miejsc, zaczynając od Michaelerplatz, który jest barokowym placem z widokiem na bramę wjazdową do zamku. Ciekawostką jest, że przy placu znajdują się wyeksponowane wykopaliska ze Starożytnego Rzymu, które można oglądać od prawie 30 lat. Na rynku znajduje się wiele miejsc godnych uwagi, moją szczególnie przykuł secesyjny Zegar Ankeruhr. Łączy on dwie stare kamienice i jest wynalazkiem wyjątkowym. Godziny wskazuje z sposób niecodzienny, ponieważ nie posiada standardowych wskazówek. Godzinę wskazują przesuwające się figurki z tabliczką godzinową i strzałką minutową, jest ich dwanaście. O godzinie 12:00 paradują wszystkie figury, a podczas adwentu nawet można posłuchać dobiegające z zegara melodie kolęd.
Ulica na której znajduje się Kolumna Morowa oraz Katedra św. Szczepana.
W Innere Stadt zabytkowych miejsc jest naprawdę sporo, co krok widzimy jakieś pomniki (Kolumna Morowa,  Leopoldsbrunnen, Mariensäule), kościoły (Kościół Maria am Gestade, Kościół Dziewięciu Chórów Anielskich, Kościół św. Piotra), warto zwracać uwagę na stare kamienice i ich wykończenia albo poszukać interesujących nas muzeów. Znajduje się tutaj m.in. Muzeum Iluzji, Muzeum Żydowskie, Muzeum Teatru czy popularna Albertina (która jest częścią Hofburga, niegdyś część mieszkalna Habsburgów), gdzie znajdują się dzieła najbardziej popularnych artystów, jak Monet czy Picasso.Obowiązkowym przystankiem jest także Katedra św. Szczepana - symbol Wiednia! Wzniesiona w XIII wieku, obecnie mająca styl gotycki, jednak początkowo wybudowana była stylem romańskim. Posiada aż cztery wieże, trzy z nich mają wysokość 65 i 68 metrów, a czwarta aż 136,4 metrów oraz punkt widokowy, na który trzeba się wspiąć po 343 schodach. Katedra kryje w sobie więcej niż pięknie zdobione ołtarze i gotycką sztukę, ale również skarbiec oraz grobowce (np. Fryderyka III Hohenzollerna). Do Katedry można wejść bez biletu, a zwiedzanie "premium" to koszt kilku euro.
Idąc wzdłuż kanału Dunaju można zauważyć kilka ciekawych murali, wystawionych rysunków i grafik oraz przypatrzeć się jak pracują rzeźbiarze i jak artyści wyklejają mozaikę. Moja artystyczna dusza się tutaj bardzo radowała!
Historyczna część miasta trochę mnie zmęczyła. Ciężko było znaleźć konkretnie interesujące mnie jego części i trochę pobłądziłam, dodatkowo wiele ulic było remontowanych, trzeba było uważać na ciągle jeżdżące konie i samochody. Tłumy były nieokiełznane. Momentami, gdybym zamknęła oczy, byłabym wstanie uwierzyć, że znajduje się w Chinach. Język Państwa Środka słyszałam wszędzie. Nieciężko było również trafić na miejscowych naciągaczy, którzy sprzedawali bilety, podobno do opery czy teatru... Oczywiście nie były to takie bilety, o których przeciętny zainteresowany myślał. Postanowiłam więc uciec od zgiełku w stronę wspomnianego wcześniej Dunaju, a właściwie jego kanału, do parku o nazwie Prater

Główną atrakcją tego miejsca jest wesołe miasteczko, którego prawdziwa nazwa brzmi Wurstelprater, ale wiele osób skraca ją do Prater i to ono było moim punktem docelowym tego dnia. Planowałam zrobić sobie mały dzień dziecka. Przede wszystkim, aby nie bawić się samotnie postanowiłam sobie kupić przyjaciela. Ma bardzo oryginalne imię Vien i jest białym misiem. Potem obrałam kierunek na Diabelski Młyn! Jest to moja ulubiona atrakcja. Może nie wyzwala we mnie ogromnej adrenaliny, ale za każdym razem kiedy wchodzę do wagonika czuję podekscytowanie, że w końcu mogę zobaczyć coś z lotu ptaka. Atrakcja ta jest zdecydowanie kolejnym z symboli miasta o wysokości 65 metrów. Został wybudowany na 50-ciolecie koronacji Franciszka Józefa w 1897 roku.

Park rozrywki posiada ponad 250 atrakcji i spędzić można w nim naprawdę całe dnie, ja poświęciłam jedynie 2 godzin. Kolejki do wszelakich kolejek (masło maślane) nie były zbyt długie, ale portfel za szybko się uszczuplał, więc postanowiłam (kolejny raz) poszukać zieleni i odpocząć, bo czekała mnie za niedługi czas podróż do...
Zielona część Prater oraz prześliczna gąsienica przechodząca przez jedną z dróżek (stałam nad nią cały czas do momentu aż nie weszła w trawnik, bałam się, że może ją coś rozjechać, a była wyjątkowo piękna).
Ktoś by powiedział, że park jak park. Trochę trawnika, drzew zasadzonych w regularnych odstępach, i asfaltowe dróżki. Ja to wszystko wiem! Taka już moja natura, że muszę szukać natury wokół siebie. Zieleń mnie uspokaja i sprawia, że odpoczywam, a po takim maratonie z plecakiem turystycznym właśnie tego potrzebowałam.
Prater jednak nie jest takim zwykłym parkiem. Dopiero w 1766 roku Józef II Habsburg podarował ten grunt do użytku publicznego. Wcześniej teren służył jako tereny łowieckie dynastii Habsburgów. Park jest ogromny! Jego główna aleja Hauptallee mierzy 4,5 kilometra. Z pozoru miejsce te wygląda na nudne i spokojne, ale oprócz długich wędrówek czy jazdy rowerem mamy okazję przejechać ją kolejką parkową Liliputbahn Prater. To wąskotorowa kolejka poruszająca się na długości niemalże 5 kilometrów i zatrzymującą się na 3 stacjach. Znajduje się tutaj również klub golfowy, trasy jeździeckie, a nawet można popływać łódką.

Park był moim miejscem docelowym, ponieważ wybierałam się na dworzec autobusowy Erdberg, który znajdował się tuż obok.

Co z cenami podróży? Pierwsza moja myśl to: "chyba wezmę kredyt na odwiedzenie wszystkich muzeów". Naprawdę znajdują się co kilkadziesiąt/kilkaset metrów, a ich ceny z reguły wahają się od 7 euro do nawet 20 euro (bilet łączony - Muzeum Sissi, Komnaty Cesarskie i Kolekcja Sreber ok. 15 euro, Albertina 13 euro, Biblioteka 8 euro, Muzeum Historii Naturalnej 10 euro, Muzeum Historii Sztuki 15 euro). Przy kolejnej wizycie pojawię się podczas nocy muzeów, żeby nie zbankrutować. Wesołe miasteczko jest też większym kosztem. Diabelski Młyn kosztował mnie 12 euro inne atrakcje bujają się od 1,5 euro do 5 euro, za każdą płaci się osobno (choć wydawało mi się, że jest też karnet do wykupienia, ale tego nie potwierdzę).
Natomiast można Wiedeń zwiedzić również "po kosztach", jest wiele miejsc godnych uwagi, za które się nie płaci, lub płaci kilka euro, ale są one okazałe. Wszystko jest kwestią zorganizowania i wyznaczenia swoich priorytetów.

Opinia Aiko: Mimo wielu obaw, pewnego uprzedzenia i niechęci do Wiednia, przekonałam się, że jest to miasto dla mnie. Wyjazd uznaje jako zwiadowczy. Mam na liście wiele ważnych miejsc do odwiedzenia, m.in Belveder, Schönbrunn i Zoo, Operę czy Wieżę Donauturm. Natomiast czy jest to miasto, do którego chciałabym wracać częściej? Jeszcze tego nie wiem. Jednak wiele rzeczy mnie w nim męczyło. Monumentalne budowle, ich przepych i masywność wzbudzała we mnie ogromny podziw, ale gdy pierwszy zachwyt mijał i dostrzegałam jedynie ich muzealny aspekt i takie cukierkowate piękno - nadmuchaną bańkę, na której ciężko dostrzec mijający czas, ideały nie zawsze są pożądane, ja lubię czasem patrzeć na obdrapaną cegłę.
Samo miasto też jest bardzo przytłaczające, ale tylko jego ścisła część, gdzie ulice zalewane są tłumami turystów. Mniejsze i dalsze uliczki są bardziej urokliwe. Minusem jest dla mnie bardzo podobny styl wszystkich zabudowań. Ciężko było mi obrać punkt orientacyjny, więc prawie za każdym razem zaczynałam i kończyłam zwiedzanie przy Muzeum Historii Naturalnej i Sztuki. 
Nie mogę zapomnieć o wielu pozytywnych aspektach, jak czystość, życzliwość i przyjemna aura tworząca się wokół miasta. Było zwyczajnie miło. Wiedeń ma wiele masek i każdy ma okazję dopasować mu odpowiednią: imprezową, kulturalną, odprężającą i wiele innych.
Czekam z niecierpliwością na mój kolejny przyjazd tutaj.

P.S. Wiem, że tegoroczne notki podróżnicze są obszerne, ale nawet nie wyczerpuję w nich tematu. Nie chcę jednak dzielić je na części, bo byłyby zbyt szczegółowe. Brawa dla tych, którzy czytają całość i order uśmiechu tym, którzy w ogóle mnie czytają nawet po części. Do następnej!

Z dnia: 05.08.2019

27 lipca 2019

Dookoła świata: Słowacja - Bratysława

Wyruszyłam w krótką samotną podróż. Spakowałam się w jeden plecak, kupiłam bilet i wio ku przygodzie! Trafiłam do miejsca nie tak odległego, a nawet zbliżonego językiem i kulturą. Dla mnie sami swoi. Czułam się jak u siebie, otaczała mnie piękna zielona przestrzeń i pagórki, czyli wszystko co kocham. Welcome to Slovakia!

Kiedy kupiłam bilet do Bratysławy usłyszałam, że robię źle, że jest to brzydkie miasto, że będę się tutaj nudzić i zmarnuje tylko pieniądze i czas. Nie chcąc się kierować opiniami, nie dałam za wygraną i pojechałam. Czy żałuję? Ani trochę. To nadzwyczaj piękne miasto, mające swój niepowtarzalny klimat. A co najważniejsze, udało mi się tutaj odpocząć, czego właśnie potrzebowałam. Nie jest to miasto porównywalne z Budapesztem, Berlinem czy Londynem. Nie znajdziecie tutaj rozrywki bez liku. Skończy się i w końcu zaczniecie się czuć znudzeni. Ja nie zdążyłam się nudzić. Byłam tutaj tylko 2 dni. Udało mi się zobaczyć najciekawsze atrakcje i poznać kilku interesujących ludzi. 
Puste ulice Bratysławy nad ranem.
Do Bratysławy przyjechałam z samego rana i miałam okazję poznać jej cichą naturę. Przechadzałam się pustymi uliczkami, podziwiałam wówczas opustoszałą historyczną część miasta i cieszyłam się widokiem płynącego Dunaju. Minęłam kilku pijaczków, niektórzy coś do mnie wołali i napatoczyłam się na grupę Polaków. Impreza poprzedzająca ten poranek musiała być nie najgorsza, jedna z ulic była właśnie sprzątana z resztek stłuczonego szkła. Bratysława dopiero budziła się do życia! Ach, nie, to nie było tak! Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dwa dni wcześniej przeturlało się tą ulicą bydło pseudokibiców (w tym dziesiątki Polaków), którzy zdemolowali ogródki piwne, rzucali race i krzesła, raniąc przy tym bezbronnych ludzi. Słowacy najwidoczniej nie zdążyli dokładnie posprzątać do tego momentu. Wstyd mi za naszych „rodaków”. 
Centrum Bratysławy jest bardzo intuicyjne. Właściwie nie korzystałam z mapy, tego poranka przeszła wzdłuż i wszerz całą okolicę i nie udało mi się tam zgubić (a mam ku temu predyspozycje). Bez problemu trafiłam pod swoją bazę noclegową, obiekty turystyczne i przystanek. Praktycznie wszystko znajduje się z promieniu 30-40 minut spacerem. Miasto ma bardzo charakterystyczne zabudowanie, skrzyżowania się od siebie różną, ale dobrze jest sobie obrać za punkt orientacyjny "most ufo" lub zamek na szczycie góry.
Devin

Pierwszym moim punktem zwiedzania były ruiny zamku Devin, który znajduje się na obrzeżach Bratysławy. Wyjątkowo trzeba było dojechać tam autobusem. Wsiadłam do autobusu o numerze 29 na przystanku Mala Scena i wysiadłam na przystanku Strbska, Hrad Devin. Miasto wciąż spało, ale brzegi Dunaju nad Devin wypełnione były spacerowiczami, wędkarzami i porannymi biegaczami. Miałam szczęście, bo ominęła mnie fala turystów, na zamek weszłam tuż po otwarciu. Parkingi były wówczas puste, a gdy wyszłam brakowało już miejsc. 
Zamek kryje w sobie setki lat historii oraz starych legend, których nie chcę przytaczać, zainteresowani znajdą je sami. Na zwiedzanie Devin trzeba poświęcić z kilka godzin, aby faktycznie poczuć jego klimat, choć oczywiście sprinterzy daliby radę w jedną. Wejście na ruiny to koszt 5 euro (bilet normalny), co jest dość niską ceną w stosunku do tego co zobaczymy. Musimy się troszkę powspinać i nachodzić. Warto wejść w każdy zakamarek ruin, bo kryją one również wystawy muzealne oraz zachwycać się niepowtarzalnym krajobrazem ze szczytu wieży. Ruiny to jedno, dookoła jest też kilka ścieżek. Polecam gorąco przechadzkę wzdłuż Dunaju. 
Do Devin można dostać się na trzy sposoby, autobusem (najlepiej linią 29, koszt to 0,90 euro za bilet 30 minutowy do strefy 100 i 101, bilety można zakupić w mieście w automatach lub kioskach), samochodem lub statkiem po Dunaju (koszt około 13 euro w dwie strony. Uwaga! Jeśli zdecydujemy się popłynąć w jedną stronę, cena jest niewiele niższa).
Katedra św. Marcina
Wracając do centrum Bratysławy warto wysiać na przystanku Most SNP i rozpocząć przechadzkę po gwarnym Starym Mieście od Katedry św. Marcina. Jest to najstarszy kościół w mieście, z charakterystyczną niebiesko zdobioną wieżą, na której szczycie znajduje się replika korony św. Stefana. Katedra od XVI do XIX wieku była kościołem koronacyjnym.


Na uliczkach Bratysławy możemy znaleźć kilka ciekawych pomników, przed którymi nie możemy przejść obojętnie. Szukajcie miłego pana z uniesionym cylindrem (Schönera Náci) oraz Kanalarza, którego koniecznie pogłaszczcie po głowie, a przyniesie Wam to szczęście! Warto także patrzeć pod nogi. Okazać się może, że depczemy po koronach królewskich na bruku, które wskazują nam drogę orszaku koronacyjnego. W ten sposób spacerując po malowniczych uliczkach, dotrzemy do Michalskiej Bramy. Posiada ona 51-metrową wieżę, na której szczycie znajduje się rzeźba Michała Anioła z XVIII wieku, muzeum oraz taras widokowy.
Pałac Prezydencki i Slavin
Pałac Prezydencki lub inaczej nazywany Pałac Grassalkovicha, wbudowany w XVIII wieku dzięki chorwackiemu hrabiemu Antonemu Grassalkovicha znajduje się tuż za historyczną częścią miasta. Wokół roztacza się niewielki, ale klimatyczny ogród z widokiem na Pałac. Niestety gdy byłam w Bratysławie, budynek był remontowany od tamtej strony. 
Spacerując już w tamtych rejonach watro odszukać drogi prowadzącej do Slavin. Jest to pomnik żołnierzy radzieckich wzniesiony w 1960 z okazji rocznicy zajęcia miasta przez Armię Czerwoną. Poza kwestią historyczną jest to również świetny punkt widokowy.
Zamek Bratysłwski

Wisienką na torcie podczas zwiedzania Bratysławy niezaprzeczalnie jest Zamek Bratysłwski. Z pewnością nie umknie Waszej uwadze. Już wjeżdżając do miasta zauważyć można wzbijające się ku górze cztery wieże. Wielu nazywa go obróconym do góry nogami stołem i faktycznie z pewnej odległości tak właśnie wygląda. Gdy jednak dojdziemy do jego murów i staniemy na tarasie widokowym, zachwycimy się zdumiewającym krajobrazem - panoramą miasta, można z niego dojrzeć nawet Devin! Jest to doskonałe miejsce obserwacyjne. Za zamkiem znajduje się piękny ogród, który możemy obejść dookoła lub usiąść na ławce i odpocząć. Możemy odwiedzić go również w środku, gdzie znajdują się ekspozycje muzealne. Pomieszczenia budowli są również miejscami reprezentacyjnymi dla prezydenta Słowacji oraz parlamentu, którego siedziba znajduje się tuż obok.
Będąc już na zamku postanowiłam przejść się na drugą stronę Dunaju. Choć przestrzegano mnie, że nie za wiele można tam zobaczyć. Jak już wspominałam nie sugeruje się opiniami i postanowiłam to sprawdzić.


Spacer rozpoczęłam od zejścia z Zamku Bratysławskiego w stronę Dunaju i przejściem przez Most SNP. Most ten jest wyjątkowy! Skrót oznacza "Most Słowackiego Powstania Narodowego", na nim znajduję się przedziwna rzecz, bo spodek kosmiczny - UFO! Na jego szczycie znajduje się restauracja, ale jest to również miejsce dla niezainteresowanych gastronomią, ponieważ druga jego funkcja to punkt widokowy, na który możemy wejść za około 7 euro. Most został wybudowany w 1972 roku i ma prawie 85 metrów wysokości.

Przechodząc na drugą stronę dojdziemy do Sadu Janka Krala. Jest to jeden z najstarszych publicznych parków w Europie Środkowej, jego patronem jest  słowacki działacz narodowy i poeta. Park ma około 42 hektarów i jest bardzo spokojnym miejscem, idealnym na wypoczynek i oderwanie się od miastowego gwaru. Niestety jest troszkę zaniedbany. Nie znajdziemy tam idealnie ściętej trawy, wyplewionych grządek i spryskanych roundupem chodników. Wręcz przeciwnie. Chwasty widzimy na każdym kroku, a trawa spokojnie w niektórych miejscach sięgała łydek.
Warto przejść przez Sad i przejść się wzdłuż Dunaju aż do Starego Mostu. Odległość wydaje się być spora, ale jest to spacer na około godzinkę.
Przechodząc znów na stronę Starego Miasta przez pospolity metalowy most, dojdziemy do urokliwego Kościoła św. Elżbiety pochodzącego z XX wieku. Jest miejscem często odwiedzanym przez turystów z uwagi na jego niebywały kolor - kolor błękitny. Kościół powstał dzięki cesarzowi Franciszkowi Józefowi I, który ufundował jego budowę, prawdopodobnie by uczcić pamięć swojej tragicznie zmarłej żony Elżbiety.


W taki o to sposób udało nam się wspólnie zwiedzić Bratysławę. Ale to jeszcze nie koniec...

Co z cenami podróży? Tegoroczne podróże zaplanowałam zupełnie inaczej. O kwestii tej organizacji napiszę w osobnej notce, bo właśnie ona sprawiła, że dość budżetowo zwiedziłam sporą ilość miejsc. Natomiast jeśli chodzi o samą kwestię cen, to wyjazd dla jednej osoby na taką dwudniową wycieczkę kosztował mnie około 300 zł. Bratysława wydaje się więc być fajnym miejscem dla osób nie chcących wydać fortuny. Oczywiście mówię jedynie o kwestiach cen miejsc turystycznych, które nie kosztują krocie, a nawet wydawały mi się być dość niskie w zastawieniu z podobnymi obiektami w innych krajach oraz o noclegu.

Opinia Aiko: Bardzo polubiłam stolicę Słowacji! Poczułam się trochę jak w domu. Nie byłam przytłoczona ogromnymi, wzniosłymi budowlami, nie czułam szybkości życia, czas biegł wolno. Udało mi się tam odpocząć. Ogromnym plusem tego miasta jest to, że wszystko co chcemy zobaczyć, znajduje się w zasięgu dłuższego spaceru. Ludzie są całkiem sympatyczni i rozmowni, choć oczywiście nie obyło się bez przygód! Kilkukrotnie napatoczyłam się na Panów Żulów, a jeden nawet rzucił w mnie butelką, gdy spokojnie siedziałam nad Dunajem (niby przypadkiem, niby przeprosił, ale na pewno nie celował w kosz, gdyż ten znajdował dobre 10 metrów ode mnie i to po przeciwnej stronie). Dodatkowo jest to dobre miejsce dla osób nie mających wybitnych zdolności językowych. Bez problemu byłam wstanie porozumieć się mówiąc po polsku i rozumiałam z kontekstu co do mnie mówiono. Nie jest to miasto, w którym rozrywki znajdziemy bez liku, ale jest idealne dla osób chcących wyjechać na weekend i zwyczajnie zobaczyć coś ciekawego. Ja planuję tutaj wrócić, mimo wszystko jeszcze kilka miejsc mam do odwiedzenia. :)

W tym roku pojawi się kilka notek podróżniczych. Czeka mnie także dłuższy wyjazd we wrześniu i nieco bardziej egzotyczny niż dotąd. Koniecznie dajcie znać jak tam Wasze wakacje! Dokąd Wy w tym roku postanowiliście się wybrać?

Z dnia: 27.07.2019r.

12 lipca 2019

Bilet w jedną stronę

PodróżePierwszy raz postanowiłam spakować się w jeden plecak i ruszyć ku samotnej przygodzie, bez rodziców, bez przyjaciół, bez żadnego towarzysza życia, ale z misiem, więc teoretycznie nie będę sama, tylko mój pluszowy kumpel nie mówi za wiele, ale za to cierpliwie słucha. Jestem podekscytowana, bo nie wiem co mnie czeka. Nie mam planu zbyt dokładnego. Nie mam też biletu powrotnego. To nie jest tak, że go nie kupiłam specjalnie, a może zapomniałam go kupić? Opowiem Wam później.
Mam kilka przysłowiowych groszy w portfelu, ale czy to wiele? Nie sądzę, chociaż na coś tam starczy. Mam kilka kartek i ołówek, długopis oraz niesamowicie dobry humor. Narysuję coś fajnego na miejscu! 
PodróżeNie znam języka. Zastanawiałam się czy wziąć jakieś „rozmówki”, ale ograniczam bagaż. Kłamię! Równocześnie spakowałam coś zupełnie niepotrzebnego - tym razem tylko o jedną parę butów więcej… w końcu coś na obcasie się może przyda... A, nie! Przepraszam, wzięłam glany.

Spokojnie, niestety to będzie kilka dni takiego szaleństwa. Muszę wrócić w miarę szybko, bo mam umówioną wizytę u lekarza na NFZ, a jak doskonale wiecie, na takie wizyty się długo czeka. Nie może mi przepaść. 

"Ale czemu sama?" - zapytacie. To nie dlatego, że nie mam z kim. Mam dość swojego otoczenia, ludzi. Wrocław mnie bardzo przytłoczył, ostatnie miesiące przeleciały mi jak jeden dzień. W tym czasie pracowałam nad wieloma rzeczami i nie miałam chwili, żeby zrobić coś dobrego dla siebie. Równocześnie zajmowałam się sprawami innych, przyjacielskim wsparciem i motywowaniem do działania. Rezultat? Sama wypaliłam swoje ostatnie płomyki. Problemy innych, stały się moimi problemami. Poczułam się zmęczona. Mam prawo. Długo rozmyślałam, co zrobić, by znów nabrać energii i pomyślałam sobie, że nic mnie tak bardzo nie doładowuje, jak jakaś mała podróż. Mimo że miałam zupełnie inne plany na te wakacje, wróciłam do domu, do moich pięknych gór, na razie na chwilę, bo wcześniej kupiłam bilet.

Jeden bilet dla jednej osoby w jedną stronę i z jednym noclegiem. 
Nazwałam to prezentem dla siebie od siebie. 
Zobaczymy co przyniesie los.

Jutro wyruszam. Gdzie jadę? Dowiecie się wkrótce (chyba, że obserwujecie mnie na twitterze lub snapie to wiecie), odezwę się po powrocie. Jeśli chcecie jakieś pocztówki, śpieszcie się i napiszcie standardowo na maila aikoaikoni@gmail.com.  Ja ne!

Z dnia: 12.07.2019r.

18 kwietnia 2019

O przywiązaniu do...

Ostatnio zastanawiałam się czy obrazy muszą mieć jakieś znaczenie i czy artysta powinien się do swoich dzieł przywiązywać. Zawsze do własnej twórczości podchodziłam bardzo emocjonalnie. Nie lubię krytyki i krytyka mnie demotywuje. Kiedy słyszę, że coś robię źle, mam ochotę rzucić tym o ścianę, jeśli nie "tym", to ewentualnie tą osobą, która w taki, a nie inny sposób oceniła moją ciężką pracę. Kwestia ambicji? Wrażliwość? Zastanówmy się razem.
Jakiś czas temu byłam na wernisażu, artysta wypowiedział zdania, których zupełnie nie potrafię zrozumieć. Chociaż nie! Z jednej strony pojmuję jego myślenie, ale z drugiej jest dla mnie aroganckie i świadczy o przesadnej pewności siebie. Ale własnie... Może jednak o  zdystansowaniu? 
"Prace powstały w ciągu półtora miesiąca, nie było szkiców, wiele z nich malowałem w tym samym czasie i są przypadkowe. To zlepek moich przemyśleń, które skumulowały się w jednym czasie, ale nie jestem do nich przywiązany. Mogę je nawet spalić, po wystawie wyrzucić, zakopać".
Podziwiam osobę, która właśnie w taki sposób podchodzi do własnych prac. Potrafi okazać dystans, ale też prowokuje odbiorców. Ja się dałam złapać w tą sieć, w końcu zastanawiam się nad sensem jego słów. Jest to jednak bardzo rozsądne podejście, którego chciałabym się nauczyć i umieć się nie przywiązywać. Nie tylko w odniesieniu do własnej twórczości, nawet tak po prostu w życiu. 
Być niezależną od opinii ludzi. 
A motywem przewodnim dzisiejszego wpisu będzie najnowszy bazgroł.
Uczę się tego od wielu lat i z każdym rokiem widzę postęp. Kiedyś nie przyznawałam się do rzeczy, które lubię - rysowanie, granie na gitarze, oglądanie anime. "Hej! Ona jest jakaś dziwna, to mangozjeb". Nie potrafiłam ubrać tego co chciałam, bo wydawało mi się, że każdy się na mnie patrzy. Dziś unoszę wysoko głowę i myślę sobie: "Patrz póki możesz, bo prawdopodobnie drugi raz już mnie nie zobaczysz na tej zatłoczonej ulicy, to pierwsza i ostatnia szansa, jedyna". Później zaczęłam walczyć o swoje zdanie i wiedzę, którą posiadam. Ktoś nazywa Cie głupim? Przyznaj mu rację, ale daj do zrozumienia, że nazywając Cię w ten sposób, stoi poziom niżej. Mądrzy ludzie nie wywyższają się, ale niech Cię pouczają, tylko umiejętnie i z klasą.
Teraz uczę się samotności, choć to niełatwe, idzie mi w miarę dobrze. Potrafię chodzić na spacery w pojedynkę. Przyjemniej jest usiąść na ławce w ciszy. 

Może tego nie czuć, gdy się to czyta, ale "przywiązanie", "zależność" (od kogoś/czegoś), "nieśmiałość", to bardzo złe słowa, chciałam je tylko życiowo zobrazować i pokazać, że bariery można pokonywać.

Spójrzmy na to z drugiej strony. Jedną z moich wad/zalet (zaznacz poprawne) jest nadawanie sentymentu różnym przedmiotom. Jestem zbieraczem. Trzymam w skrzyneczce rzeczy, które dostałam nawet 10 lat temu od ludzi, których już imienia nie pamiętam. Jak miałabym nie przywiązywać się do rzeczy, które tworzę całym sercem?
Tak, jest to kolejny "obraz" na płótnie, malowany akwarelami.
Dla mnie obrazy, rysunki, czy każdego rodzaju DIY, które tworzę, mają znaczenie. Kiedy zgubiłam  swój brelok Pandę, przez pół tygodnia chodziłam po całej miejscowości i wypytywałam ludzi, czy aby na pewno jej nie widzieli, a kiedy już ktoś powiedział, że znalazł i wrzucił do kosza, a ten został już opróżniony, myślałam, że na moje serce wybuchnie z rozpaczy. Był to wówczas symbol połączenia, miłości. Tak więc tragedia była podwójna. Dziś mam do tego dystans i Pandy zbieram tylko hobbystycznie (tak dla zabawy).

Piszę to wszystko, bo być może, ktoś z Was zrozumie, że nawet najgorsze bazgroły, dla kogoś mogą mieć wartość. Nawet nie koniecznie dla samego twórcy. Czasem odbiorca stanie przed obrazem i pomyśli: "To obrazuje moje życie, utożsamiam się z tym". 


Zostawiam Was w tym miejscu, być może z jakąś refleksją. Powyższy "bazgroł" ma dla mnie znaczenie, którym się nie podzielę.

P.S.
Śmierdzącego jajka i zimnego dyngusa, mam nadzieję, że rozbolą Was brzuchy od żurku i będziecie długo trawić makowca, a w apteczce zabraknie kropli żołądkowych.
Takie życzenia z przymrużeniem oka. ;) Pomyślcie w te święta o rzeczach ważnych. 
Do następnego, ja ne!

Z dnia: 18.04.2019

8 marca 2019

Książka: "Skrzydło anioła. Historia tajnego ośrodka dla koreańskich sierot"

"Skrzydło Anioła to reportaż literacki przedstawiający niezwykłe wydarzenia sprzed pół wieku."

A wszystko to zaczęło się w od niewinnego grobu, znalezionego na jednym z wrocławskich cmentarzy - trzynastoletniej Kim Ki Dok. Autorka chcąc rozwikłać zagadkę zmarłej Koreanki, odkryła historię tajnego ośrodka w Płakowicach, do którego przybyło 1270 koreańskich sierot w 1953 roku. Dzieci wychowywały się i uczyły pod okiem zarówno koreańskich jak i polskich wychowawców i nauczycieli. Otworzono dla nich trzynaście domów dziecka, zjechał się personel z całej Polski. Wśród nich m.in. lekarze, sprzątacze, kucharze, pracownicy biurowi, pedagodzy... w sumie około sześciuset osób. 
Książka jest reportażem literacki, co oznacza, że to było wydarzenie prawdziwe. To się stało na prawdę. Do Polski, ale nie tylko, bo również do Czech czy Węgier i innych krajów bloku wschodniego, przybyło wiele Koreańskich sierot z bratniej Korei (Północnej), które wychowywały się i uczyły, by móc odbudować swój kraj, państwo Wielkiego Wodza -  Kim Ir Sena (Kim Il Sung)

Płakowice to nie jedyne miejsce, w którym znajdowały się koreańskie dzieci, drugim takim były okolice Warszawy. Różnica między tymi dwoma była natomiast taka, że w pierwszym przypadku ośrodek był tajny, a w drugim jakby bardziej jawny i oficjalny.

Dlaczego zainteresowałam się tą historią?
Odpowiedź mogę udzielić w jednym słowem: studia. Podczas jednego z wykładów profesor opowiedział pokrótce historię płakowickich sierot jako ciekawostkę. Obejrzeliśmy także film, dokument na ten temat, zatytułowany: Kim Ki Dok. Film zawiera w sobie wywiady, parę starych nagrań i zdjęć, ale nie jest to wybitne kino. Trochę wybrakowane (bardzo subiektywna opinia!). Spodziewałam się więcej. Sięgnęłam więc po książkę.

Najgorsze było to, że ja lubię nabywać książki, zanim po nie sięgnę przeleżą na półkach miesiące, a nawet lata, ale w końcu je przeczytam. Problemem jednak było to, że tej książki nigdzie nie ma! Nie można jej kupić. Występuje ona tylko w bibliotekach, zdobycie jej z drugiej ręki było wyzwaniem, musiałam również wykazać się umiejętnościami negocjacyjnymi, a żeby nie przepłacić. Choć za taką wiedzę warto.


Książka składa się z dwóch części: Duchy, Żywi oraz epilogu Życie.
Pierwsza część to głownie opisy wywiadów, zdobywania informacji, dialogi z różnymi świadkami wydarzenia. Zauważyłam, że autorka w ten sposób chciała nam przekazać, jak wielkie trudności miała przed sobą, aby dowiedzieć się prawdy i móc napisać, to co napisała. Główną problematyką rozdziału Duchy jest pytanie "ale co z tą Kim Ki Dok? Kim była? Dlaczego umarła? Dlaczego nie można było jej uratować?". Te pytania i zarówno odpowiedzi odkrywają historię niezwykłego człowieka, lekarza - Tadeusza Partyki. Był to człowiek, któremu zależało najbardziej. Nie jest to tajemnicą, że pisał o niej wiersze, uporczywie walczył o jej życie i dosłownie oszalał na punkcie Azjatki. Równocześnie dowiadujemy się wielu ciekawostek o nim. Jaki był za młodu, kim byli jego przyjaciele, żony, czym się zajmował, co lubił i tak dalej.
Warto jednak zaznaczyć, ze pierwszą część czytało mi się bardzo ciężko. Często gubiłam wątek, nie mogłam się połapać w niektórych dialogach, często były chaotyczne, słownictwo stare, trzeba było przestawić się na taki "dziadkowy język" (wiecie, nie jest to taki czysty język polski z pełnymi zdaniami). Na szczęście ten chaos trwał przez około 60 stron. Potem już było tylko przyjemniej.


Druga część książki to rozdział "Żywi", to już bardziej fabularyzowane opowieści i czyta się je nadzwyczaj przyjemne. Kilka wątków było mi już znane, ale wciąż z zaciekawieniem odkrywałam nowe. "Żywi" opisuje historię samego ośrodka. W jaki sposób został stworzony, kto tam pracował oraz czym się zajmował. Pani Krysowata wyodrębniła kilka szczególnych postaci, zaczynając od tego skąd się tam wzięli, z jakich rodzin pochodzili i dlaczego zgodzili się pracować w miejscu, które de facto dla świata miało nie istnieć. Gdy już poznamy tożsamości poszczególnych osób, nastaje to co najważniejsze - opis życia koreańskich sierot w Płakowicach.
Myślę, że rozdział ma dwa główne wątki. Pierwszy to ogólna problematyka dotycząca wychowywania i w ogóle porozumiewania się z dziećmi, a druga to nakreślenie "hańby" ośrodka, a więc historia śmierci Kim Ki Dok oraz bezskutecznej walki o jej życie.
Autorka zalewa nas wieloma informacjami, szczegółowo opisuje zderzenie kulturowe, wszelkie zakazy i nakazy, które obowiązywały w ośrodku. Relacje między poszczególnymi pracownikami. Co ciekawe, odkrywamy tutaj opowiastki romantyczne, zdrady, nieszczęśliwą miłość... Choć książka odwołuje się do historii lat 50. XX wieku, to faktycznie nie oddaje rzeczywistości tamtych lat. Ludzie pracujący w ośrodku byli zupełnie odizolowani, inaczej traktowani, mieli wszystko co im trzeba i co potrzeba dzieciom. Żyli w zamkniętych murach, wejście na teren ośrodka był strzeżony, nikt z zewnątrz nie mógł tak po prostu tam przebywać.
Szczególne miejsce zajmują opisy chorób i zmagania personelu z eliminacją tych problemów. Kim Ki Dok nie była jedynym dzieckiem chorującym, ale jedynym, które zmarło i jedyne, które nie wróciło do Korei Północnej, dlatego przewija się przez książkę jako jedna z najważniejszych postaci.
Opowieść kończy epilog "Życie", w którym autorka sprostowuje i wyjaśnia kilka zagwozdek. Równocześnie podsumowuje wszystkich bohaterów i przede wszystkim zwraca uwagę na to, że książka jest drugim życiem dla Kim Ki Dok.

Czy warto? To zależy. Jeśli interesujecie się historią i ciekawostkami jest to książka dla Was.  Natomiast jak już wspomniałam, książka nie oddaje charakteru obecnych w niej lat, więc nie liczcie na jakieś typowe "systemowe i polityczne opowiastki". Nie jest to też literatura pełna wrażeń, nie ma rozwijających się akcji, jest przewidywalna. Autorka w pierwszej części zdradza nam już trochę jej treści, ale nie zwiedźcie się! Choć na początku przeczytacie o końcu opowieści, nie oznacza to, że środek go nie uzupełnia. 
Mnie ta historia poruszyła.

Tytuł:  "Skrzydło anioła. Historia tajnego ośrodka dla koreańskich sierot" 
Autor: Jolanta Krysowata
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2013
Ilość stron: 268



Z dnia: 08.03.2019

11 lutego 2019

(Nie)idealny

Ohayou, cześć i czołem, wszystkim tym, którzy jeszcze tutaj zerkają!

Minęło wiele czasu od ostatniej notki, chciałabym się wytłumaczyć z tej niesamowicie długiej nieobecności, bo ostatni wpis był aż w październiku...
Przede wszystkim cały czas pisałam! Mam wiele postów w edycji, począwszy od koncertów, przez filmy i książki, aż po podsumowanie koreańskich dram z 2018 roku, czy kreatywne notki z rysunkami i malunkami. Natomiast powstrzymywałam się od wszelkich publikacji głownie ze względu na osobiste problemy i brak chęci na wszelkie interakcje. Coś się popsuło w moim życiu i psychicznie nie byłam wstanie ogarnąć zbyt wielu rzeczy, a faktycznie skupiałam się jedynie na studiach i pracy, no i tak zostało aż do dziś. Jeszcze parę spraw muszę sobie poukładać, ale jestem na dobrej drodze w rozwiązaniu problemu. Mam siły i chęci oraz masę pomysłów, które chcę teraz realizować oraz spełniać się w pasjach, zagubionych
i przytłumionych negatywnymi emocjami.

Zastanawiałam się nawet jakiś czas temu nad zostawieniem bloga, a nawet jego usunięciem, co było by kompletną głupotą! W końcu przypomniałam sobie coś ważnego. To jest jedyne miejsce, w którym tak po prostu chwale się tym co lubię robić i to zostaje tutaj, trwale. Mogę do tego wrócić, powspominać, a nawet sama z siebie się pośmiać. Sprawdzić, jak na przestrzeni lat zmieniało się moje życie i moje zainteresowania, mój gust i upodobania. Dokładnie 21 stycznia minęło 6 lat. Przez tyle lat jestem tutaj, a pisanie wcale mi się nie znudziło. Blogosfera to trochę inne miejsce niż snapchat, instagram, facebook lub twitter... Nie chcąc tego zepsuć wracam z przytupem. To jest pewne. :)


Możecie za początek zapowiedzi potraktować mój drugi w życiu obraz na płótnie. Postanowiłam się przestawić z ołówka na farby i z papieru na płótno. Ostatnio bawi mnie malowanie, mam w nim więcej swobody. Rysunek jest stresujący, muszę pilnować by kreska był możliwie "idealnie" postawiona, by oddawał on rzeczywistość w jakimś stopniu, a tutaj maznę gdzieś kolorem żółtym, gdzieś zielonym i stworzę coś. Coś niekoniecznie idealnego, ale mającego charakter, coś wyjątkowego i innego, i mojego. Mogę oddać się fantazji. Na razie planuję malować pejzaże, krajobrazy, naturę, otoczenie, wszystko co nie jest idealne i co nie chce takie być. Czyli nie ludzi! To jest pewne.


Tak wygląda mój drugi w życiu, nieidealny, obraz na płótnie.

Do następnego! Ja ne!

Z dnia: 11.02.2019



3 października 2018

Produkcje (nie)polecane: "Outsider"

Rok produkcji: 2018; Gatunek: thriller, akcja; Czas trwania: 2h

Amerykanin, Nick Lowell (Jared Leto) znajdujący się w japońskim więzieniu poznaje jednego z członka yakuzy - Kiyoshiego (Tadanobu Asano), który wkrótce pomaga mu wydostać się z więzienia. Nick w ramach wdzięczności zaczyna pracować w niebezpiecznym i przestępczym świecie japońskiej mafii.

Fabuła toczy się w latach 50. XX wieku w Japonii. Pierwsze minuty na ekranie to sceny z więzienia. Autorzy nie wprowadzają nas w szczegóły życia głównego bohatera. Nie wiemy skąd Nick wziął się w więzieniu, natomiast po dłuższym czasie okazuje się, ze jest dezerterującym żołnierzem, który przybył po wojnie wraz z wieloma innymi Amerykanami w celu okupacji Japonii po II wojnie światowej.

Główny bohater ma dość ciekawą osobowość. Wygląda niepozornie, szczupły o anemicznym wyglądzie mężczyzna, jakby mu wszystko było obojętne, trochę wycofany i małomówny. Co więcej mimo swojej przeszłości, również honorowy i wierny ideałom. Sprawia wrażenie zagubionego i nic dziwnego - znajduje się w obcym miejscu wśród obcych mu ludzi, w atmosferze świeżo powojennej. Sam też gra rolę gaijin, czyli cudzoziemca, przez co nie jest w ogóle według Japończyków godny zaufania. 

Film jest pełen niedomówień. Brak wyjaśnień, retrospekcji, sprawia to, że my widzowie, możemy się wiele domyślać i dopowiadać. Na dobrą sprawę ani się nie kończy ani się nie zaczyna, dla mnie ten wątek z życia Nicka był wyrwany, co nie oznacza, że to źle.  W jakimś sensie tajemniczość tworzy cały klimat filmu, natomiast główny bohater nie jest zbyt wyrazisty w tym wszystkim i to może bardzo przeszkadzać odbiorcy, ponieważ wokół niego występuje kilka postaci bardziej dominujących.

Sceneria filmu jest przepełniona ciemnymi barwami - szarością, brązami, granatem, przez co mamy poczucie "ciężkiej atmosfery", ale jest to w tonie filmu gangsterskiego, nie brakuje również scen brutalnych, choć te akurat nie spełniły w ogóle moich oczekiwań. Z jednej strony są drastyczne, a z drugiej zaś czegoś w nich brakuje i sprawiają wrażenie płytkich, jakby były pozbawione emocji.

Największym minusem filmu jest brak dynamiki. Sceny są niejednokrotnie przedłużane. Choć nadal w porównaniu z koreańskimi dramami to tak naprawdę nic wielkiego, to jednak nie jest to produkcja dla niecierpliwych  widzów. Natomiast warto zaznaczyć, że wiele takich scen jest potrzebnych i z wielka przyjemnością się na nie patrzy. Film ukazuje wiele kadrów powojennej Japonii, zwraca uwagę na pojedyncze drobnostki, detale, co według mnie dodaje uroku całej produkcji.

Patrząc na fabułę, ciężko jest mi się ustosunkować. Z jednej strony jest to film, który chce w jakimś stopniu pokazać kulturę azjatycką, ale z drugiej trudno tu mówić o faktach czy rzeczywistym przekazaniu realiów historycznych, bo przecież w jaki sposób tuż po wojnie biały człowiek, walczący z Japończykami, mógłby dołączyć do Yakuzy i stać się tam "kimś" w tak rozbudowanej i honorowej organizacji?

Ostatecznie jest to jedna z tych produkcji, której nie polecam każdemu. Zdecydowanie odradzam ją fanom kultury azjatyckiej, jak również osobom, które kochają porywającą akcję lub chcą zobaczyć coś unikatowego. Prawda jest taka, że fabuła nie porywa i w pewnym momencie staje się przewidywalna. Natomiast jeśli ktoś ma chęć na kino ukazujące świat japońskiej mafii z dużym przymrużeniem oka, jak również chce spokojną fabułę z ciekawie uchwyconymi kadrami, to film dla Was.

Ocena: 4/10 

Z dnia: 4.10.2018