TOP koreańskie dramy!

Najlepsze koreańskie dramy minionych lat. Subiektywne podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Sposób Aiko na poznanie Japończyka. Jak szukać, zeby znaleźć dobrego kowersatora?

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy, czyli jak wyglądał pobyt Japończyka w polskim domu.

Koloryzacja włosów henną

Fakty i mity o hennie do włosów. Ocena i wnioski po kilkumiesięcznej koloryzacji.

Dookoła świata

Seria opowieści podróżniczych Aiko o tym gdzie była i co widziała. Poszerzające horyzonty wpisy o otaczającym nas świecie.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Kilka słow o ksiażce Beaty Pawlikowskiej. Czy warto rozpocząć przyjodę z językiem japońskim właśnie z tą ksiażką?

Praca we Włoszech

Jednym z doświadczeń życiowych Aiko, był wyjazd na praktyki zawodowe do słonecznej Italii. Jak to wygląda za kulisami?

Jestem nosicielką dredów

Fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi i jak pielęgnuje, a także czy jest to fryzura dla każdego? O tym dowiecie się dzięki Aiko!

Nama Chocolate

Przepis na własnoręcznie robione walentynkowe czekoladki.

Tutorial na Pandę brelok

Aiko pandowa świruska, pokazuje jak wykonała swoją brelokową Pandę.

Pol'And'Rock 2018

Najpiękniejszy festiwal świata okiem Aiko-chan! Czy zmiana nazwy festiwalu zmieniła cały festiwal?

8 września 2020

Dookoła świata: życie w Holandii

 
To nie jest tak, że już wiem, jak tutaj żyć. Nie wiem wielu rzeczy i wciąż się uczę, ale się wypowiem, na tyle, na ile wydaje mi się, że mogę to zrobić. Dzisiaj opowiem Wam o kilku moich spostrzeżeniach i o tym jak mi tutaj jest. Dobrze? Witam ponownie w Hadze. 

Każdy ma swój powód dlaczego tutaj jest i wydaje mi się, że wielu z nas wcale nie dlatego, że o tym marzyła. Holandia kojarzy się z emigracją zarobkową, a nie wypadem turystycznym. Spędzając tutaj czas przez ostatnie miesiące, wiem jedno - to nie jest kraj dla mnie do życia. Dlaczego? 

Nie czuję chemii. Jestem tutaj, ale nie żyję w taki sposób, jaki żyłam do tej pory. Mimo wszystko odzyskuję siły i chłonę pozytywną energię. Jedyne czego mi brakuje, to odpowiedni rytm dnia - rutyny, intymności, natury. Choć nie przeczę, że jej tu nie ma, ale jest mniej uchwytna niż w Polsce, paradoksalnie mamy znacznie więcej zieleni, nawet w dużych miastach. Mieszkając do tej pory we Wrocławiu, czułam ciągły pęd, tutaj żyję spokojniej, muszę planować sobie każdy tydzień, posiłki, czas na naukę, wolny czas i weekendy żeby nie poddać się dwóm czynnościom - wirowi pracy i spaniu. Niemniej moja praca jest nieprzewidywalna, więc nie mogę liczyć na powtarzalność. 

Mural, Haga, Scheveningen
Życie w mieszkaniu pracowniczym 
Zmartwię Was, nie przeżyłam szoku, ponieważ nastawiałam się na coś gorszego. Słyszałam historie o 30 osobowych domach, kłótniach, kradzieżach i wszelkich patologicznych zachowaniach, jak choćby  o mężczyźnie dźgającym nożem swoją dziewczynę czy próbach gwałtu. Takie sytuacje się zdarzają. Dlatego warto zapamiętać jedną ważną rzecz: najważniejszy jest egoizm, martwmy się o siebie, a potem po innych. Nie oznacza to, że mam złe doświadczenia, bo tak naprawdę lepiej trafić nie mogłam. Wyjechałam wraz z trójką znajomych i nasza czwórka mieszkała w wspólnym mieszkaniu jeszcze z jedną przemiłą polską parą. Tak, zadanie zaliczone, suma osób to 6.
Mieszkania pracownicze z reguły muszą spełniać odpowiednie wymogi związane np. z metrażem. W każdym mieszkaniu znajdziecie chociażby duży salon i odpowiednią ilość łazienek w stosunku do osób zamieszkałych. Warunki w rzeczywistości mogą być nieco inne niż każdemu może się to wydawać. Osobiście mam niewielki pokój wraz z koleżanką, w którym łączna wolna przestrzeń wynosi chyba max półtora metra kwadratowego. Naprawdę człowiek stoi i już się robił tłok. Natomiast pozostałe pokoje są wystarczająco duże i wygodne. Oczywiście większość jest kilkuosobowych (2-3), jedynki zdarzają się rzadko. Jadąc samemu i mieszkając w takim miejscu warto pamiętać, aby nie zabierać, żadnych rzeczy wartościowych, a te istotne dla nas (portfel, telefon) mieć zawsze przy sobie. Tym samym miejmy na uwadze, że może się okazać, iż do dyspozycji mamy jedną szafę dla siebie na cały nasz dobytek, zero miejsca w kuchni czy łazience na pozostawienie własnych rzeczy - minimalizm jest istotny.
Myślę również, że powinniśmy posiadać odpowiednie cechy do życia w takiej "wspólnocie". Brak konfliktowego charakteru, umiejętność wyrażania swoich zdań, schludność, wówczas mamy sytuację idealną. Niestety nieuniknione są napięcia i nieporozumienia. 

Życie w społeczeństwie colorful
Wracając do spostrzeżeń z trzeciego akapitu, dlaczego właściwie nie czuję połączenia z tym krajem? Byłam już w wielu krajach, z każdym z nich lubiłam się bardziej lub mniej, ale z reguły podobały mi się miejsca, gdzie ludzie często się uśmiechali. Gdzie widać było, że żyją pełnią życia. Czułam to we Włoszech, czułam to w Maroko czy Słowacji, gdzie mieszanka kulturowa była znacznie mniejsza i nie kumulowało się w jednym miejscu tak wiele nacji. Nie miało się uprzedzeń i porównań, a idąc ulicą nie zgadywało się z odległości 5 metrów czy minie nas Polak, Ukrainiec, Turek albo Bułgar. Gdybym miała zdefiniować jednym słowem Niderlandy, powiedziałabym: "colorful".
(A tak poza tym tęcza jest wszędzie a ja ją lubię :) 


Nie ma to mieć negatywnego wydźwięku! Lubię obcować w środowisku wielokulturowym. Ba, mam na to papiery, że potrafię (serio!). Tu chodzi o coś innego. Podziały są tu widoczne. Pracując z Polakami, pomimo że mamy ciągłą styczność z obcokrajowcami, wcale nie wyłamujemy się, ciężko jest wyjść z kręgów polskości i wkroczyć w obcą kulturę celem poznania jej. A ja właśnie dlatego wyjeżdżam! Chcę poznać kraj i ludzi, którzy tutaj mieszkają. A może właśnie to jest urok tego państwa? 


Życie codzienne
Życie tutaj jest łatwe. Uczciwie pracując i zarabiając najniższe stawki, jesteśmy w stanie wynająć pokój czy nawet mieszkanie, zdrowo jeść i odłożyć trochę pieniądza. Wcale nie dziwię, że jest tu tak wielu emigrantów zarobkowych. Niemniej problemem jest wykonywana praca. Będąc nieważne z jakim wykształceniem, jako emigrant, wykonuje się tu często pracę, która nie jest odbiciem naszych umiejętności, a co dopiero ambicji. W pewnym momencie orientujemy się, że jesteśmy tylko narzędziem w rękach gigantycznego przedsiębiorcy nieznającego słowa "szacunek".
Brakuje mi również przestrzeni życiowej, pomimo, że ludzie są tutaj obojętni wobec naszego wyglądu, wyznań, orientacji i zachowania nie do końca czuję się swobodnie. Jak wspomniałam czuję się zamknięta w kręgu polskości. Co więcej pomimo że kraj sprzyjać może wyobrażeniu, że każdy żyje tutaj własnym życiem, to jednak rasizm jest powszechny. 
Irytuje mnie wszechobecny konsumpcjonizm i nadmierna ilość plastiku. W Polsce wydaje mi się to być łatwiejsze. Wykonaliśmy kawał dobrej roboty narzucając u nas trend EKO. To dobrze o nas świadczy! Brakuje mi tego również tutaj, ponieważ od dłuższego czasu staram się żyć minimalistycznie, zdrowo i świadomie względem otaczającego nas środowiska, w Holandii jest mi ciężej utrzymać swoje przekonania na wodzy. 
Oczywiście państwo ma masę pozytywnych aspektów, jak choćby znakomitą siatkę dróg i autostrad, dzięki czemu jesteśmy w stanie szybko się przemieszczać po całym kraju. Cudowny jest kult rowerów i to, że każdego poranka widzę panią w obcasach i spódniczce jadącą do pracy jednośladem (holenderska wersja EKO?). Dla pieszych natomiast oznacza to wzmożoną ostrożność na chodnikach, bo pamiętajmy o jednym - ścieżką rowerową jeździć mogą również skutery. 


Życie podczas koronawirusa
Obecnością wirusa nikt się nie przejmuje. Myślę, że to dobrze odzwierciedla realną sytuację w Niderlandach. Powszechne są tablice informacyjne przy drogach i wejściach do sklepów lub restauracji. W radio co któreś słowo słyszy się "coronavirus" zamiennie z "COVID". W centrum miast teoretycznie istnieje ruch prawostronny na deptakach i chodnikach dla pieszych, nawet mamy namalowane pasy i strzałki, a w godzinach szczytu zdarza się spotkać panów kierujących ruchem i pilnujących, żeby każdy chodził jak trzeba. W Amsterdamie i Rotterdamie były wskazania i decyzje, które nakazują noszenie masek w centrum - nikt się nie stosuje. Do sklepów i restauracji możemy wchodzić swobodnie nie mając zasłoniętych ust (nieraz zdarzają się wyjątki, zwykle jest to napisane przed wejściem). Popularne i dbające o wizerunek sieciówki, starają się ograniczać ilość gości. Wszędzie trzeba też dezynfekować ręce. Jedynym wymagającym uwagi miejscem, gdzie ubiera się maseczki, jest komunikacja publiczna (autobusy, tramwaje, metro, pociągi).
W pracy sytuacja jest nieco bardziej zabawniejsza, a może żałosna? Przy niektórych stanowiskach pracy oddzielają nas szyby pleksi pomimo, że wchodząc do stołówki siedzimy ramie w ramie przy tym samym stole lub jedziemy do pracy wspólnym samochodem upchani jak sardynki. Nie istnieją żadne specjalne wymogi higieniczne, osoby wykazujące jakiekolwiek stany infekcji pracują bez żadnych ograniczeń. Teoretycznie podpisujemy każdego ranka oświadczenie, że czujemy się zdrowi i nie mieliśmy kontaktu z nikim, kto chorował na COVID-19. Temperatura ciała nie jest mierzona. Myślę, że możecie "bezpiecznie" kupować owoce i warzywa przyjeżdżające do Polski prosto z Holandii (to znaczący sarkazm).

Podsumowując:
Im dłużej tutaj jestem, mam coraz bardziej mieszane uczucia do tego miejsca. Teoretycznie wszystko jest w porządku, ale wewnętrznie czuję, że tutaj nie pasuję. 

Kolejne notki już podróżnicze! Mata ne!



Przydatne linki:

Z dnia: 08.09.2020 

25 lipca 2020

Dookoła świata: praca w Holandii

Wyemigrowałam. Sfrustrowana, nie wytrzymałam presji i w ciągu tygodnia zdecydowałam spakować się w jedną walizkę, wsiąść do samochodu z grupą przyjaciół i wyruszyć w dwunastogodzinną podróż. Wylądowałam w mieście nad Morzem Północnym, które ma ważną funkcję krajową - mieszka tu królowa, znajduje się tu siedziba parlamentu oraz funkcję międzynarodową - znajduje się tutaj Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Welcome to Haga!
Morze Północne
To musiało się wydarzyć! Już od kilku miesięcy ciągnął się za mną pomysł wyjazdu GDZIEKOLWIEK. Bardzo chciałam się uwolnić od ciągłych problemów, stresu, przestać myśleć. Nadarzyła się okazja i udało mi się rzucić wszystko i wyjechać z Polski do Królestwa Niderlandów (Holandia), gdzie planuję zostać jakiś czas. Nie mam zbyt wielu planów, chcę pożyć, popracować, pozwiedzać, odpocząć od burzliwej codzienności, jaką miałam.

Jak wygląda życie emigranta zarobkowego? Jest ciężkie. Pracuję już od 6 lat i robiłam w życiu różne rzeczy, ale głównie pracowałam w usługach i zajmowałam się obsługą klienta. W tym czasie miałam przyjemność pracy w bankach, biurach, jako animator, pracownik sklepu itp. Pierwszy raz mam styczność z pracą fizyczną.

A jak wygląda Wasza praca? Czym się zajmujecie?

Z widokiem na siedzibę parlamentu w Hadze.
Praca - dzień z życia 
Mój dzień pracownika produkcji wygląda dość nudnie. Codziennie rano o 4:00 dzwoni budzik. Potem dzwoni kolejny o 4:05 i znów o 4:10. Dopiero za trzecim razem czuję obowiązek stoczenia się z łóżka. Z oczami na zapałkach przygotowuje sobie sycące śniadanie w formie płatków z mlekiem sojowym. Czasem się umaluję, a czasem nie. To nie ma większego znaczenia, bo to nie jest dzień, w którym będę wyglądać pięknie. Wychodząc z domu ciągle zastanawiam się czy wzięłam odpowiednią ilość jedzenia. Zaraz Wam powiem dlaczego. 
Dochodzę na tak zwany „punkt zbioru”. W zależności z kim i gdzie jadę do pracy godzina jest różna, ale załóżmy, że to będzie 5:30. Startuję o 6:00. 
Stoję przed blaszanym stołem w ogromnym magazynie. Dookoła widzę setki palet z kartonami, a w kartonach są owoce. Jest też zimno. Dlatego ubrać się trzeba ciepło: leginsy z puszkiem, rajtuzy, dwie pary skarpetek, glany z wkładkami termicznymi, bluza termiczna i druga bluza termiczna, sweter i drugi sweter, a na to fartuch, na głowie wełniana czapka, a na czapce czepek. Jestem gotowa! Nie. Nadal mi zimno. 
Kolejne godziny spędzam wykonując jedną czynność: sprawdzam czy owoce lub warzywa są ładne i sortuje je do odpowiednich kartonów. Trochę też dźwigam. Po trzech tygodniach pracy moje bicepsy zdecydowanie zwiększyły swoją objętość. Codziennie przerzucam w sumie kilka ton. Pracuję tak 8 godzin, czasem 10 godzin, czasem 12 godzin… Idąc do pracy nie wiem kiedy wrócę. Dlatego zapasy jedzenia i ubrań są dla mnie istotne. W międzyczasie mam kilka przerw, co 2-3 godziny po 15 minut i jedną 30 minutową. Wracając do domu około godziny 18:00 nie czuję rąk ani nóg, kręgosłupa również. Nie mam siły zrobić obiadu. Pragnę tylko gorącej kąpieli i snu. Wszystkie te czynności wykonuję mechanicznie przez 5 dni z rzędu wyczekując weekendu, bo w weekend moje życie wygląda zupełnie inaczej...

1) W każdy piątek, na zakończenie tygodnia w canteen jest rozdawane piwo za free.
2) Nawet nie wyobrażacie sobie, ile trzeba  pracy żeby zjeść takie ładne bataty (nie, nie chodzi mi o umiejętność gotowania).
Zalety i wady
Wady. Wydawać się może, że praca ma wiele wad i tak jest. Człowiek nie ma szans rozwoju, wie doskonale, że wykonuje pracę za niską stawkę. Przez większość czasu w tygodniu jest bardzo zmęczony. Pomimo, że system pracy jest dobrze zorganizowany, to irytujący. Nigdy nie wiadomo gdzie i ile się będzie pracowało. Codziennie około godziny 18-19 otrzymujemy wiadomość z informacją: o której mamy pojawić się na „punkt zbioru”, z kim jedziemy, dokąd jedziemy oraz o której rozpoczynamy pracę. Planning codziennie może się zmieniać i to, że jednego dnia pracowaliśmy 8h w miejscu X z ludźmi Y, nie oznacza, że kolejnego dnia będzie tak samo. Tym samym, nie mamy pewności, że każdego dnia będziemy pracować. 
Inną rzeczą są warunki pracy i to jak odbiją się one w przyszłości na zdrowiu. Praca w zimnie, praca z ciężarami, praca z pyłem i pleśnią, praca ze słabym sztucznym światłem i wiele innych czynników. W sumie mamy okazje zostać kalekami jeszcze zanim dożyjemy starości.

Zalety. Jeżeli macie smykałkę do języków, jesteście wstanie nauczyć się tutaj prawie każdego języka świata: arabskiego, czeskiego, hiszpańskiego, niderlandzkiego, ukraińskiego, wietnamskiego i wielu wielu innych. Głównym plusem pracy w międzynarodowym środowisku jest poznawanie nowych kultur, nauka tolerancji oraz szacunku. Innym zaś jest wiedza o warzywach i owocach. Teraz już wiem, jak je sprawdzać i jakich nie kupować, wiem też w jaki sposób są traktowane „na stole produkcyjnym”. W pewnym sensie praca uczy również pokory, wykonywania prostych rzeczy, co ciekawe, takich, które nie mogą być zastąpione przez maszyny. Oczywiście pensja jest również wyższa niż ta w Polsce, jednak życie tutaj jest znacznie droższe. O czym napiszę w kolejnych notkach. 

Podsumowując
Pewnie jeszcze wiele się nauczę, pewnie jeszcze wiele zobaczę, pewnie jeszcze wiele przeżyję złego i dobrego. Ale dopóki moje życie się zatrzymało, stoję na wielkim skrzyżowaniu i nie potrafię się zdecydować, w którą stronę iść, dopóki nie zrozumiem czego pragnę, będę postępować zgodnie z intuicją i zarabiać na marzenia. Czuję także, że zbliża się pewna rewolucja w moim życiu, zachodzą zmiany i w niedalekiej przyszłości uda mi się odbić od dna. 

W kolejnych notkach będzie trochę o życiu tutaj oraz zbliża się kilka notek podróżniczych! Kolejne miesiące to nie tylko pobyt w Hadze!

Pochwalcie się w komentarzach, czym się zajmujecie na co dzień? Co myślicie o emigracji zarobkowej?

Standardowo, jeśli ktoś z Was zbiera pocztówki ze świata, możecie skontaktować się ze mną przez maila: aikoaikoni@gmail.com i podać adres korespondencji. W zamian oczekuję szerokiego uśmiechu na Waszych twarzach. :)


Z dnia: 25.07.2020

4 lipca 2020

Jak pandemia zmieniła moje życie?

A Twoje jak zmieniła?

Zostań chwilę ze mną i zastanówmy się wspólnie. Spróbujmy odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań: 
  • Jak wykorzystałeś swój czas podczas narodowej kwarantanny?
  • Czy w jakiś sposób zainwestowałeś w siebie?
  • Czego nauczyłeś się w tym czasie?
  • Czy dzięki temu, stałeś się lepszym człowiekiem?
  • Nad czym chcesz jeszcze popracować?
Pomimo że realnie wciąż jesteśmy podczas pandemii, będę się wypowiadać w czasie przeszłym, ponieważ nie odczuwamy jej w ten sam sposób, jak trzy miesiące temu. Wybaczcie taką narrację, ale uważam ją za słuszną. 

Kwarantanna była dla mnie pewnym etapem przejściowym w życiu. Podobnie jak u większości z was. Prawdopodobnie wielu z czytelników nie pracowało w tym okresie. Przestało chodzić do szkoły oraz na uczelnie i rozpoczęło „życie online”. Ja też. O czym wspominałam w poprzednim wpisie. Ale zmieniło się więcej… 

Właściwie wciąż się zmienia, szczególnie mój światopogląd. Przestaję być tak bardzo wyrachowana i zaczynam doceniać więcej niż kiedyś. Może to już starość? A może w końcu miałam czas żeby się zatrzymać i zacząć myśleć o swoim życiu, o tym czego chcę oraz jaka chcę być? 

Zmieniło się więcej niż myślicie. U was też? 

Pandemia miała zbyt wiele skutków ubocznych. Doświadczyłam w swoim życiu pośrednio lub bezpośrednio wielu nowych doznań. Na przykład? Zetknęłam się z depresją, nerwicą, bezrobociem, samotnością i wieloma innymi. Nigdy nie byłam tak bardzo sfrustrowana. Nie odczuwałam tak silnego smutku, bezradności i stresu, a przede wszystkim braku wsparcia w trudnych chwilach. Nie będę opowiadać jakich. Nie wracajmy do tego co było złe i zacznijmy mówić o tym co dobre. 

Po fali życiowych porażek, okazało się, że nie miałam na nie wpływu. Nie mogłam, choć to robiłam, obarczać się wszystkimi trudnościami. W międzyczasie pojawiło się wokół mnie kilka dobrych dusz, które zaopiekowały się moimi myślami i pomogły na nowo ułożyć domek z kart. 

ZMIANY! To pozytywny aspekt pandemii. Rozliczę się z pytań, które zadałam na wstępie. 

Jak wykorzystałeś/aś czas podczas narodowej kwarantanny?
Żyłam aktywnie, na swój sposób. Każdego dnia rano ćwiczę przez około 20-30 minut. Prawie codziennie, a przynajmniej co drugi dzień chodzę na długie spacery. Robię około 10 tys. kroków dziennie, czyli około 7 km. Te dwie czynności są dla mnie bardzo istotne, z kilku względów. Mają pozytywny wpływ ogólnie na zdrowie fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne. Poranne ćwiczenia wyrabiają w nas odpowiednie nawyki, poprawiają sprawność. Z kolei spacery są swego rodzaju medytacją. Zawsze uprawiam je w parkach lub lasach, staram się wdychać świeże powietrze, koić zapachem roślin i uspokajać myśli. 

Czy w jakiś sposób zainwestowałeś/aś w siebie?
Szczególnie w nową wiedzę! Oprócz aktywności fizycznej ćwiczyłam też swój umysł. Wzięłam się mocno za swoją życiową trudność - język angielski. Oprócz tego, że w tym czasie byłam na kursie językowym, poświęcałam bardzo dużo czasu na przyswajanie wiedzy we własnym zakresie. Czekał mnie egzamin, który blokował moją obronę dyplomową. Ciężką pracą i poświęconym czasem, udało mi się pokonać słabość. Egzamin zdałam, a teraz czekam na obronę. 
Wróciłam także do dziedzin nauki, które wchodzą w skład moich zainteresowań, na przykład marketingu i PR, planuje rozwinąć się w tym kierunku i połączyć dwie dziedziny - reklamę i dyplomację. 

Czego nauczyłeś/aś się w tym czasie?
Żyć w harmonii i doceniać niedocenione. Zawsze prułam do przodu. Miałam to co chciałam. Aż w końcu bańka pękła i okazało się, że to wszystko nie było na tyle trwałe, na ile powinno. Może nie było odpowiednie dla mnie? Zaczęłam żyć bliżej natury i próbować cieszyć się z porannych śpiewów ptaków, zachodów słońca czy zapachu trawy. Zauważyłam, że wielu rzeczy nie potrzebuję: dużej ilości kosmetyków, tysiąca rodzai spodni, różnych niepotrzebnych gadżetów. Powoli pozbywam się ich i korzystam z prostych rzeczy. Na przykład? Powróciłam do naturalnej pielęgnacji włosów i twarzy, ograniczyłam mięso już w 90% i jestem na dobrej drodze do wegetarianizmu. 


Czy dzięki temu, stałeś się lepszym człowiekiem?
Pojęcie dobra jest bardzo subiektywne. Ale staram się stawiać obok sytuacji, a nie w jej centrum. Myśleć przed tym, gdy mówię. Brać pod uwagę krzywdy innych, bo sama byłam kiedyś skrzywdzona. Nabieram dystansu do życia i pomagają mi w tym wszystkie powyżej przytoczone rzeczy: aktywność fizyczna, medytacja, zdobywanie wiedzy, ograniczenie konsumpcjonizmu. Ten proces ciągle trwa, on dopiero się rozwija, ale myślę, że jestem na dobrej drodze do bycia lepszą dla samej siebie, a przez co też dla innych.

Nad czym chcesz jeszcze popracować? 
Na razie mam krótkoterminowe cele. Zmiany jakie zaczęły zachodzić w moim myśleniu z pewnością będą się dokonywać przez kolejne miesiące. Chcę, żeby z mojego życia zniknęły rzeczy, których nie potrzebuję. Stawiam na obcowanie z naturą i medytację. Chcę się więcej uczyć, pomimo że studia są na ukończeniu planuję dalej polepszać swoje umiejętności językowe i wrócić również do nauki japońskiego. Chce w końcu postawić pewny krok w przód, z którego nie będę musiała się już nigdy cofać. 

Podsumowując, w ciągu minionych 3 miesięcy:
  • zwiększyłam aktywność fizyczną
  • zdobyłam nowa wiedzę
  • zmieniłam dietę na zdrowszą
  • zadbałam o wygląd w naturalny sposób
  • ograniczam zachowanie konsumpcjonistyczne
  • zmieniam myślenie o samej sobie
Więc?
Kończę w życiu pewien rozdział. Kończę studia. Planowałam początkowo zostać we Wrocławiu, szukać pracy na pełen etap i działać w lokalnej społeczności.Chociaż słowo "planowałam" jest źle użyte, jak to ZROBIŁAM. Ale...
Ale wreszcie się złamałam, brakło mi sił. Zrezygnowałam ze wszystkiego: z obrony dyplomowej, z pracy, z działalności społecznej, z obecnego życia. To była szybka decyzja. Zrobiłam to, co potrafię najlepiej. Spakowałam się w jedną walizkę...I zniknęłam z miejsca, które mnie nie chciało - z Polski.
Gdzie jestem i co się dzieje, opiszę kolejnym razem!

Podzielcie się w komentarzach, co u Was się zmieniło w ciągu ostatnich miesięcy/tygodni/dni?


Z dnia: 04.07.2020

5 kwietnia 2020

Zakazana zieleń

"I mija czasz, każdym wdechem mniej go mam, choć za mną setki prób, 
tak bardzo żal niewypowiedzianych słów i marzeń rzucanych w piach" ~ Lorein


10 marca mój uniwersytet ogłosił, że z powodu COVID-19 od dnia kolejnego zajęcia nie będą odbywać się w normalnym rytmem. Przeszliśmy na e-learning, planowo ma to trwać do 14 kwietnia. Sytuacja zmusiła mnie do wyjechania z Wrocławia, ale nie z powodu studiów. Z dnia na dzień straciłam jedną pracę. Wkrótce potem mój drugi pracodawca ogłosił, że zawiesza działalność aż do odwołania i póki co nie otrzymam zaległej wypłaty z lutego oraz z marca.  Miałam dwie prace i nagle nie mam żadnej. Siedziałam i płakałam. 


Wróciłam do domu. I było lepiej. Ucieszona widokiem swojej rodzinnej miejscowości i przeplatańcem pogodowym - dwa dni wiosny, tydzień zimy i znów wiosna, a potem zima... Tak jest ciągle. Zapomniałam o problemach i starałam się robić to co muszę. Pomimo utraty pracy wciąż mam wiele obowiązków: nauka online, kursy online, spotkania online. Życie rozpoczęło wirtualny bieg. 
Zaczęłam doceniać chwile spędzane z rodzicami, których rzadko dotychczas widywałam. Smaczniejszy stał się ciepły posiłek oraz przyjemniejsze sprzątanie. Codzienna kawa nabrała lepszego smaku, rozkoszuje się nią spijając piankę ubitego mleka. A zawsze piłam czarną.
Ale najbardziej cieszy mnie to, co daje mi górska wieś - hałas natury: szumiącą wodę z pobliskiej rzeczki, śpiewy ptaków, kwakanie pływających po stawie kaczek, widok wijących się na wietrze drzew oraz beczące kozy na tle ogromnego pola ze zwiniętymi belami siana, czy nawet osiadające na wybijających z ziemi krokusach pszczółki.


Z natury najpiękniejszy jest las. Wbrew pozorom, wyjątkowo okazały o tej porze roku. Ostre słońce przebijające się przez strzeliste drzewa, padające prosto na ściółkę miejscowo jeszcze pokrytą śniegiem, to widok niezapomniany. Nie ma takiego drugiego. Drzewa są dla mnie lekiem uspokajającym. Patrzenie na nie działa kojąco, ale lepszy jest efekt, kiedy można go poczuć. Zapach wilgotnego lasu, buty oblepione błotem i dotyk szorstkiej kory przytulanego pnia. Poziom stresu momentalnie spada. Problemy stają się błahe. Czujesz szczęście.


Zebrałam już wiele sił! Jednak po raz kolejny życie mnie zaskoczyło. Wciąż nie mogę uwierzyć, że otacza mnie tak wiele fałszywych ludzi. Traktowana jestem jak zabawka, zastępstwo, człowiek bez uczuć, maszynka do poprawy humoru, darmowa pomoc psychologiczna... Kiedy ktoś mnie potrzebuje jestem zawsze w gotowości, a potem zostaje wyrzucona do kosza jak śmieć. Jednego dnia słyszę, że ktoś mnie kocha, drugiego że to był błąd. Nie mam zaufania do ludzi już od dawna, ale dotychczas w nich wierzyłam. Teraz już nawet nie mam wiary, że pod skorupą kryje się coś więcej.


Miał to być całkiem wesoły wpis, taki motywujący! Żebyśmy wszyscy nabrali dystansu do sytuacji w jakiej się znajdujemy i w obliczu ograniczeń oraz otaczających nas krzywd ludzkich (zmęczenie, brak pracy, bankructwo, choroba, śmierć) byli dla siebie wyrozumiali.Czasem warto krzyknąć ze złości i popuścić łzę ze smutku, ale najważniejsze, żeby szukać ciągłej motywacji i siły. Moją motywacją był las. Chciałam Was do niego na chwilę zaprosić, mimo zakazu wstępu!

P.S. Nie ma notek, bo nie mam siły psychicznej. Do napisania w lepszych czasach!

Z dnia: 05.04.2020

24 grudnia 2019

Dookoła świata: Niemcy - Miśnia, Drezno i jarmark

Wielokrotnie przejeżdżałam przez te państwo i przeżywałam niezapomniane przygody. Bywałam na targach turystycznych w Berlinie, bawarskiej Norymbergi i przeżyłam podróż donikąd, czyli trzytygodniowe wakacje w 3 dni w Ingolstadt (kompendium wiedzy dla podróżników "jak zniszczyć sobie wakacje", polecam). Tym razem liznęłam klimatu Saksonii. Welcome to Germany! 


Nawał zobowiązań, pracy i nauki doprowadził mnie jak zwykle do stanu chorobowego. Od dwóch tygodni bez skutku leczę przeziębienie. Na szczęście mam na to sprawdzony już sposób. Co roku przeprowadzam eksperyment i choruję przed świętami, tylko po to, żeby wyleczyć się grzańcem (żarcik, nie robię tego specjalnie, ale jakoś tak bywa, że okres przedświąteczny spędzam w łóżku). W tym roku postanowiłam spróbować trunków naszych zachodnich sąsiadów.

Albechtsburg Meissen.
Jedyne 3 godziny jazdy ode mnie, leży urokliwe miasto nad Łabą, w kraju związkowym Saksonia. Mowa o Miśni lub z języka niemieckiego Meissen (Meißen). Miejscowość została założona ponad tysiąc lat temu i jej historia przeplata się nieco z naszą - polską historią. Szczególną ciekawostką może być to, że na początku XVIII wieku założono tam Królewsko-Polską i Elektorsko-Saską Manufakturę Porcelany - była pierwszą manufakturą porcelany w Europie. Głodni nowych wrażeń dojechaliśmy właśnie tam!
Katedra św. Jana i św. Donata.



Pionierskim miejscem w Meissen jest wzgórze zamkowe, a na nim pochodzący z XV wieku Zamek Albechtsburg Meissen, w którym znajduje się bogato wyposażone muzeum. Tuż obok, na dziedzińcu dostrzeżemy wzbijającą się do nieba Katedrę św. Jana i Donata, nazywana inaczej Meissner Dom. Na szczyt góry wejdziemy urokliwymi ścieżkami z cienkimi schodkami tuż przy murach porośniętych zielenią. Miejsce prezentuje się okazale, zachęca do zwiedzania nawet w deszczową pogodę.
Ścieżka wokół zamku oraz słup poczty polsko-saskiej.
Równie kuszące są dolne partie miasta, gdzie zobaczyć można między innymi Kościół św. Afry, Ratusz z XV wieku czy pobliskie muzea, a odchodząc już z centrum wstąpić do manufaktury porcelany lub zobaczyć słup dystansowy poczty polsko-saskiej z XVIII wieku.

Ceny:
Bilet wstępu do Zamku w Meissen to koszt 8 euro, natomiast można zakupić sobie bilety łączone. Zamek wraz z Manufakturą to bilet 15 euro, a z katedrą 11 euro. 

W Miśni nie zabawiliśmy zbyt długo. Pożarliśmy pajdę chleba z serem i wypiliśmy gorąca czekoladę. Pojechaliśmy około 30 kilometrów dalej do Drezna.
Zwinger.
Drezno chodziło mi po głowie już od dłuższego czasu. I muszę przyznać, że wrócę tutaj na pewno. Jednodniowa wycieczka to zdecydowanie za mało czasu na tak piękne i duże miasto - stolicę Saksonii! Miasto, podobnie jak Meissen, jest położone nad Łabą. Posiada bardzo bogatą i długą historię, ale podczas II wojny światowej niestety zostało doszczętnie zniszczone. Co prawda odbudowano je, jednak nie jest to nadal większość historycznej zabudowy, a jedynie jej niewielka część.


Póki jeszcze niezastała nas noc wyruszyliśmy na spacer po uliczkach Drezna. Szybko zaprowadziły nas do najbardziej popularnego miejsca, jakim jest Zwinger. Budowla z ogromnym dziedzińcem otoczona kilkoma pawilonami, galerią oraz bramą koronną. Wychodząc z rezydencji Wettynów napotykamy konny pomnik jednego z królów wspomnianej dynastii - Jana. Następnie pokierowaliśmy się na most Fryderyka Augusta, który obecnie nie prezentuje się najlepiej, ponieważ jest w przebudowie. Po drugiej stronie Łaby spotkaliśmy Złotego Jeźdźca, będącym Królem Auguste II Mocnym (również królem Polski).
Orszak książęcy.
Wietrzna pogoda zmuszała nas powoli do powrotu w miejsce najbardziej pożądane. Czas na rozgrzanie się grzańcem i przekąszenie czegoś typowo jarmarkowego (ważne że niezdrowe i tłuste!). Wracając niemalże tą samą drogą trafiliśmy na  Orszak książęcy. Zapętlę dzisiejszy wpis i wrócę myślą do Miśni, która odgrywa tutaj główną rolę. Malowidło początkowo było naniesione na ścianę techniką sgraffito, ale ze względu na jej nietrwałość postanowiono przenieść dzieło na ceramiczne kafelki pochodzące z miśnieńskiej porcelany. Obraz ścienny składa się z 25 tysięcy płytek i ma 101m szerokości, to czyni go najdłuższym tego typu na świecie. Orszak przedstawia 35 władców reszta postaci to uczeni, żołnierze, dzieci czy zwierzęta.
Jarmark w Dreźnie z Kościołem Marii Panny w tle.

Dzień zakończyliśmy grasując na jarmarkach. Zdecydowanie jest to jeden z piękniejszych i największych jarmarków na jakich byłam. Nie jest jednolicie położony. Składa się z wielu marketów położonych na kilku placach i wzdłuż wielu uliczek. Każdy z nich był przepełniony i nadzwyczaj urokliwy mimo tłumów. Nadzwyczaj klimatyczny i oczywiście nastawiony na wydatki turystów. Niemniej jednak warto go odwiedzić dla samego świątecznego nastroju.

A wy byliście w tym roku na jakimś jarmarku?

_________________________________

Coś z życia Aiko
Mam cichą nadzieję, że powoli powrócę do świata żywych. Dni uciekają mi między palcami. Wydaje mi się jakby nadal był październik. Zwyczajnie stanęłam i przestałam się ruszać albo ruszam się tak szybko, że nawet tego nie czuję? Raczej to drugie. Ostatni rok studiów, choć sam w sobie niewymagający, to pisanie pracy dyplomowej zajmuje mi wiele czasu i cierpliwości. Próbuję to godzić z innymi obowiązkami - spotkaniami, aktywnościami studenckimi i pozauczelnianymi, a szczególnie pracą, a właściwie to dwiema już pracami...
Co byłoby obecnie moim największym dramatem? Zgubienie kalendarza. A właściwie byłoby to szczęściem. Uwolniłabym się od krępujących mnie obowiązków. Nie taką dorosłość chciałam, która wyciska ze mnie strumieniami radość i marzenia. Zabiera mi siły i chęci, a na miejscu ambicji zostawia jedynie poczucie wykonania w poprawny sposób pewnego zadania. Najgorszy jest bark celu i pustka. Może rok 2020 będzie tym lepszym.

Na te święta życzę wszystkim, i każdemu z osobna, spokoju, odcięcia się od zgiełku, ale przede wszystkim spędzenia czasu w wyjątkowy sposób, taki jaki sobie wymarzycie z osobami które kochacie lub nawet sami. Na Nowy Rok z kolei życzę pomyślności i radości z tego co przyniesie jutro.

P.S.
Notki z Maroka jeszcze będę! (;
Z dnia: 24.12.2019

25 października 2019

Dookoła świata: Maroko - kuchnia, kultura, stereotypy i bezpieczeństwo

Zapamiętam piasek, pomarańczową ziemię, kępy wyschniętej trawy, narzucone kamienie i drzewa samotnie rosnące w oddali, a pod nimi osiołek. Zatłoczone miasta, trąbiące skutery, nawoływanie z pobliskich straganów i dzieci proszące o pieniążek, uśmiechy oraz serdeczność, ale również spojrzenia spode łba. Gdybym miała opisać swoją ostatnią podróż, to właśnie tym dla mnie było państwo w północno-zachodniej części Afryki. Welcome to Maroco!


Nareszcie to zrobiłam! Udało mi się przekroczyć nudny europejski kontynent i wyruszyć w podróż po Maroku. Nie do jednego miasta, nie do dwóch... Przejechałam niemalże całe państwo, poznałam cudownych ludzi, zobaczyłam ocean, pustynię, wąwozy, miasta te małe i te duże, piękne parki, nawdychałam się kurzy, oblazły mnie mrówki, a bezdomne koty doprowadzały do płaczu, z powodu mojej alergii rzecz jasna. Doświadczeń było co niemiara, w większości pozytywne. 

Dzisiaj jeszcze ze mną nie pozwiedzacie, jak zazwyczaj, tak się ułożyło, że po powrocie do Polski zastałam nawał obowiązków, spod których ciężko jest mi się wygrzebać. Staram się od miesiąca wszystko poukładać, ale średnio mi to idzie. Dlatego notki będą pojawiały się znów rzadziej, ale będą zawierały dużo treści. Dziś jeszcze mało o samej podróży i cudownych miejscach w jakich byłam, a więcej o kuchni, trochę o kulturze, stereotypach oraz jakie mam odczucia po tej nieco egzotycznej podróży. Jedziemy!



Kuchnia
Jeśli chodzi o kuchnię marokańską nie byłam w tym temacie zielona i choć nie przepadam za nowinkami żywieniowymi, to czułam się znakomicie jedząc ichniejsze dania, każde z nich charakteryzowało się intensywnością smaku, czyli tym co lubię najbardziej!
Śniadania były dość skromne i lekkie. Zazwyczaj podawano nam marokańskie chlebki - khobz. Jest to rodzaj pieczywa pszennego, przypominającego placki. Serwowano je do kanapek, ale odgrywały one bardzo dużą rolę także w daniach głównych, szczególnie jako sztućce. Podczas śniadania zajadaliśmy się własnie nim i towarzyszyły mu zazwyczaj świeże oliwki, zarówno czarne jak i zielone (koniecznie niewydrylowane!), oliwa, pomidory oraz dżem. Alternatywą do chleba były naleśniki czyli tzw. baghir - naleśniczki te są mniejsze od naszych standardowych. Różnią się także składnikami, ponieważ zawierają w sobie m.in. drożdże czy semolinę. Dodatkiem do śniadania były nieraz croissanty oraz sok pomarańczowy.
Obiady były bardzo sycące. Dobrze pamiętam smak hariry, jest to zupa, dość popularna i podawana jako przystawka. Przyrządza się ją z soczewicy, zawiera w sobie kawałki smażonej wołowiny (czasem ryb). Popularna jest także sałatka marokańska składająca się głownie z pomidorów, cebuli, oliwek i granatów. Daniem głównym często był tażin, mający wiele odsłon (np. wegetariański, z kurczakiem, rybą, wołowiną, jagnięciną). To gulasz smażony w charakterystycznych glinianych naczyniach z pokrywą w kształcie stożka. Nie posiada jedynego określonego smaku, a dodatków do podstawowych składników może być wiele. Przeciwnikiem cudownego tażina może być kuskus podawany w kształcie stożka, zrobiony z kaszy pszennej i podawany z mięsem, często z ostrym sosem. Lekkim zamiennikiem może być omlet berberyjski podawany w blaszanym talerzyku lub na patelni z dodatkiem warzyw, często spotykany w odsłonie z pomidorami i oliwkami.
Harira, tadżin i omlet berberyjski
Na wieczorną przekąskę mogą nam posłużyć regionalne owoce lub świeżo wyciskany sok np. z trzciny cukrowej, granatów lub pomarańczy. A jeśli mamy ochotę na coś bardziej sycącego, to polecam mesmena lub inaczej nazywany rghayef, czyli naleśniki. Nie są to zwyczajne naleśniki, przypominają raczej połączenie ciasta naleśnikowego z ciastem francuskim - są warstwowe. Podawane zwykle w wersji słodkiej z miodem, twarożkiem lub konfiturą.
Po tak wielu pysznościach warto zapamiętać nazwę green mint tea. Nazwa mówi sama za siebie, jest to zielona herbata z miętą  parzona w metalowym imbryku, dodaje się do niej sporą ilość cukru. Jest doskonała na poprawę trawienia i choć podawana na gorąco w upalne dni, smakuje dobrze i orzeźwia. A jeśli znajdują się tutaj smakosze i degustatorzy piw polecam Casablankę oraz Flag Special, są delikatne w smaku, do kupienia w klasycznie "dużej" szklanej butelce 330ml.
Green mint tea, mesmen oraz często spotykana lekka wersja śniadania w hotelach.
Kultura i stereotypy
Stereotypy są i będą, i pozytywne i negatywne. Ja nie byłam nimi przesadnie nasiąknięta, nie czytałam przewodników, moja wizja Maroka powstała na skutek wspaniałych opowieści z podróży moich rodziców kilka dobrych lat temu. Wówczas oglądając zdjęcia i słysząc ich przygody nie mogłam sobie wyobrazić, jak jadę do tego kraju. Nigdy nie gustowałam w pustynnych i stepowych krajobrazach. Kocham bujną zieleń, szczególnie pokrywającą pobliskie góry. Nie lubię brudu i kurzu, boję się zatruć pokarmowych (bo ich nie miewam), a najgorszym złem są dla mnie upały. Wyobrażenia te niezbyt odpowiadały mojemu poczuciu komfortu, ale rzeczywistość je zweryfikowała.
Choć kraj znajduje się w Afryce nie jest tutaj aż tak gorąco, jakby mogło się wydawać. Klimat  jest zbliżony do tego nad hiszpańskim wybrzeżem - latem jest upalnie, a zimą całkiem chłodno (wiecie, że może spaść tutaj nawet śnieg?!). Dlatego idealną porą na zwiedzanie jest wiosna lub jesień. Jednak musimy pamiętać, że np. w okresie drugiej połowy września mogą się już pojawić opady (nam się udało na takowe trafić).
Krajobraz Maroka jest bardzo zróżnicowany. Choć w większości otacza nas pomarańczowy piach, kamienie i bruk, to w rzeczywistości jest tutaj całkiem dużo zieleni. Duże miasta dbają o powstawanie stref zielonych, ale największym zaskoczeniem są gaje palmowe i oazy, które wyłaniają się wśród suchego, pustynnego krajobrazu i wnet zauważamy wijącą się rzekę, a wokół niej otaczającą ją zieleń.


Wyobrażenie samego wyglądu kraju zostało zweryfikowane. Jednak co z mieszkańcami? Zapewne większość wie, że Maroko jest krajem islamskim, co oznacza, że niemal wszyscy jego obywatele są muzułmanami, ale jest to równocześnie kraj odznaczający się dość dużą tolerancją na inne religie. Ciekawostką jest, że ten kraj jest obecnie domem dla około 4-5 tysięcy Żydów, którzy przez setki lat zamieszkiwali te tereny i żyli dom w dom z Berberami, kształtując gospodarkę i kulturę tego państwa. Ludność ta może się czuć tam w miarę bezpiecznie, szczególnie przez wzgląd na to, że bardzo często mieszkają niedaleko rezydencji króla, co oznacza, że w pewnym sensie są pod jego "ochroną".
Marokańczycy wobec nas - Europejczyków zachowują się bardzo przyjaźnie, ale musimy pamiętać, że głownie dlatego, że gospodarka marokańska w dużej mierze (choć nie tylko, co ją właśnie wyróżnia np. od Egiptu lub Tunezji) opiera się na turystyce. Marokańczycy są zaś bardzo przedsiębiorczymi ludźmi i potrafią świetnie wykorzystać tą sytuację. Pamiętajcie, że będąc w tym kraju, trudno być "swoim". Bardzo często otrzymacie cenę dla turysty za zwykłe pomarańcze czy pieczywo (zazwyczaj ceny nie są nigdzie napisane). Mieliśmy sytuację, w której sprzedawca warzywniaka trzy razy przeliczał nam cenę zakupionych owoców, bo wydawała mu się za niska, jak dla "obcych". Równocześnie podczas transakcji nigdy nie schodzą im uśmiechy z twarzy, są bardzo mili, zagadują i nierzadko powiedzą coś w naszym języku. Wszystko to sprawia, że chętniej kupujemy za krocie, dlatego podstawową zasadą jest TARGOWANIE się na straganach (np. kupując biżuterię lub ubranie, warto krzyknąć na sam początek co najmniej połowę ceny). W miejscach mało turystycznych zarabianie na nas nie jest już tak bezczelne, co nie znaczy, że nie mamy się trzymać na baczności.
Blada twarz przyciąga całą gamę ludzi, szczególnie, jeśli jest się kobietą o jasnych lub rudych włosach, jak ja. Przede wszystkim wszędzie są dzieci, ciągle podbiegają wyciągają rączkę i mówią z szerokim uśmiechem "madame" prosząc przy tym o pieniążek. W takich sytuacjach warto mieć trochę drobnych w kieszeni (1-2 dirhamy) albo ćwiczyć asertywność. Inną sytuacją są zaczepiający mężczyźni. Podczas samotnych spacerów, a nawet w towarzystwie bywałam łapana biegu i "zapraszana na herbatkę do pobliskiej restauracji", schemat był dość podobny. Zazwyczaj na odczepnego, umawiałam się z tymi Panami na kolejny dzień, byle przestali już namawiać i bym mogła iść dalej, oczywiście nie przychodziłam, a nawet więcej - byłam już w drodze do innego miasta.


Bezpieczeństwo
Rzecz, o której warto mówić podczas podróży gdziekolwiek, to bezpieczeństwo. Jadąc do Maroka słuchaliśmy opinii wielu losowych osób, które nijak oddawały rzeczywistość. Przy czym żadna z nich nie była w tym kraju. Argumenty są bardzo często takie same: "a w mediach mówili kiedyś o...", wiele z nich jest odosobnionych, jednorazowych, rzadkich...(bo czy u Was w mieście też kiedyś zgwałcono jakąś kobietę? Pewnie tak!). Jak wspominałam Maroko dba o swoją turystykę i o to, aby nie zadziało się tam tak, jak np. w Egipcie. Krótko mówiąc - trzymają za mordę.
Zacznijmy od tego, że jest to kraj policyjny. Przed każdym wjazdem do miasta znajduje się patrol policji, który ma prawo sprawdzić wjeżdżających (rzadko zatrzymują białych), mijamy ich z prędkością 20 km/h, jeśli na to pozwolą. Notabene, jeśli chodzi o patrole jest ich wiele na drogach i warto jeździć zgodnie z przewidzianą prędkością. Policji jest też sporo w samych miastach, a dokładniej w miejscach bardzo turystycznych, gdzie mogą pojawić się naciągacze. Szczególnie dużo służb mundurowych spotkamy przy rezydencjach króla, gdzie powinniśmy zachowywać się na odpowiednim poziomie i nie sprawiać wrażenia dziwnego zachowania.
Do tego punku dodałabym również wcześniej opisane sytuacje, jak nagabywanie przez mężczyzn lub proszenie o pieniądze. Inną sprawą są naciągacze np. taksówkarze, których przed skorzystaniem z usługi warto zapytać o cenę dojazdu do konkretnego punktu lub popularni w Marrakeszu zaklinacze węży, którym pod żadnym pozorem nie wolno robić zdjęcia, bo  będą chcieli od nas fortuny.
Wiele o bezpieczeństwie możemy także przeczytać na naszej stronie rządowej MSZ, choć nie do końca się ze wszystkim zgadzam, to też nie twierdzę, że nie ma zagrożenia. Natomiast istnieją miejsca nieco niestabilne, jak tzw. Sahara Zachodnia, która nie ma uregulowanego statusu i tam odradza się podróże (akurat byliśmy w pobliżu i było całkiem przyjemnie) oraz pogranicze z Algierią (czego testować nie chcieliśmy). Podchodziłabym jednak sceptycznie do ewentualnych działań terrorystycznych albo porwań dla okupu, szansa na takie zdarzenia raczej jest mniejsza niż w niektórych europejskich krajach.


Na koniec żegnam Was zdjęciem swojej własnej osoby i wspomnę tylko, o tym, że jest to miejsce, w którym nakrycie głowy nie jest konieczne, jak również skromy obiór, ale tylko w miejscach bardzo turystycznych i gdy podróżujecie w grupie. W miastach zalewanych przez turystów, spotkacie niejedną muzułmańską parę chodzącą za rączkę albo przytulającą się w tłumie. Jest tam bardzo przyjaźnie. Pamiętajcie jednak, że im oddalacie się od tych typowych i popularnych miejsc, tolerancja mieszkańców może maleć i spotkać się możecie z wrogim wzrokiem.
Dotyczy to w szczególności pań o jasnych włosach i bardzo bladej cerze.
Osobiście niejednokrotnie czułam się jak dziwadło ze swoją rudą czupryną i skórą koloru mąki. 



Mam nadzieję, że na kolejną notkę nie będziecie czekać miesiąc, ja ne!

Co myślicie podróżach do obcej kultury oraz o próbach wtapiania się w nią?
Czy byliście kiedyś w Maroku?


z dnia: 25.10.2019

2 września 2019

Turystyka na opak: typy turystów



Najpiękniejsze miejsce na ziemi - latem jest królestwem zieleni, zimą zaś śniegu, a ja niczym księżna tych ziem, dostosowuje się do klimatu i z pełną odpowiedzialnością kocham każdą porę roku po równo (no może zimę trochę bardziej...). Najpiękniejszym miejscem na ziemi jest koniec świata. To tutaj dojeżdża niewielka ilość autobusów - aż cztery rano i jeden popołudniu, a wieczorem nic. Żartownisie czasem mawiają, że w okresie zimowym, czyli zazwyczaj od listopada do kwietnia, jesteśmy odcięci od cywilizacji. Bywało i tak, nie zaprzeczam.Welcome to my home!


Czyżbyście mieli już dość notek o temacie turystycznym? Mam nadzieję że nie, ponieważ dziś chcę Wam zaserwować kolejną dawkę, ale tym razem z serii "turystyka na opak". Jest to seria opowiadająca o nieco innym rodzaju turystyki, z którym jestem nawet bardziej związana niż z "pospolitym" podróżowaniem. W końcu każdy z Was może spakować się w walizkę i wyjechać, ale nie każdy może gościć!

Już kiedyś pisałam na blogu o tym, że mieszkam i pomagam w prowadzeniu agroturystyki moich rodziców. O życiu w takim miejscu możecie poczytać TUTAJ.

Raz na rok nadchodzi moment, kiedy to ja jestem szefową i gospodynią tego miejsca, a w tym czasie rodzice zwiedzają świat. Wówczas nachodzą mnie różne myśli. Przypominam sobie wiele komicznych sytuacji i zastanawiam się zawsze: "na jakich gości trafię tym razem". Dziś opowiem o typach klientów, tych lubianych i nielubianych przeze mnie. Mogłabym do tego podejść książkowo i wrócić pamięcią do szkolnych nazw, ale wymyślę swoje własne, takie które dokładnie oddają moje uczucia względem nich. Czytajcie z lekkim przymrużeniem oka. :)



Przyjaciel
Typ, który lubię najbardziej. Są to ludzie bardzo przyjaźnie nastawieni do wszystkiego. Uwielbiają długie rozmowy, nie tylko na tematy związane z usługą, jaką chcą otrzymać, ale bardzo często opowiadają o swoim życiu i pytają o cudze, a więc należą do osób bardzo towarzyskich. Poszukują gospodarza przyjaciela, dzięki któremu będą czuć się jak w domu. Rzadko są klientami jednorazowymi, powracają jak bumerang, niejednokrotnie stają się po dłuższym czasie prawdziwymi znajomymi na gruncie prywatnym, a nawet najszczerszymi przyjaciółmi, na wiele długich!



Dusigrosze
Tych turystów często już określam po zobaczeniu rejestracji samochodowej. To stereotypowe, ale nierzadką regułą jest, że osoby przyjeżdżające z konkretnego regionu, zachowują się w sposób bardzo podobny (ale nie powiem o jakie regiony mi chodzi, możecie zgadywać!), czyli oszczędzają na wszystkim i targują się o wszystko! Jest to trudny typ turysty i można go podzielić na różne podkategorie. Łączy ich jedna cecha: zawsze pytają o możliwe zniżki, nawet jeśli zamówili najtańszy pakiet pobytu. Pytają o tanie i dobrej jakości restauracje i atrakcje turystyczne. Lubią czasem ponarzekać (oczywiście na ceny). W skrajnych przypadkach uciekają z niedopłatą albo podjadają innym gościom z lodówki.

Dzieci 500+
Tytuł noszą dość prześmiewczy, ale to zdecydowanie bardzo ciężki typ klienta, wymagający szczególnego opanowania i wyrozumiałości ze względu na jego młody wiek. Ich rodzice zawsze oczekują niższej ceny i najwyższej jakości obsługi. Czas wytłumaczyć dlaczego, targowanie się o cenę dla dziecka jest niemile widziane. Warto zwrócić uwagę, że dzieci wbrew pozorom wymagają więcej uwagi, więcej dokładności, więcej uśmiechu, więcej wszystkiego, a więc więcej pracy. Fakt, że młody gość zajmuje połowę łóżka i je niecałą porcję śniadania, nie odejmuje pracy gospodarza, a wręcz przeciwnie. Nie jest to regułą i oczywiście nie dotyczy to wszystkich rodzin, jednak wiele dzieci jest nieusłuchanych, hałaśliwych, brudzących, a ich rodzice nie zwracają im należytej uwagi, natomiast obsługę traktują jako nianię lub złą pana/panią od pouczania.

Ciche myszki
Czyli turyści indywidualiści. Zadowolą się krótkim "dzień dobry" oraz "do widzenia". Czasem wracają w te samo miejsce, a czasem nie. Zwykle są bardzo dobrze przygotowani i wiedzą jakie atrakcje turystyczne mogą zwiedzić na miejscu, i robią to intensywnie. Raczej nie opowiadają o sobie i nie lubią słuchać opowieści innych. Generalnie, nie pogadamy za wiele. Nie zapadają również w pamięć, są jak ninja - niezauważalni.



Wyluzowani
Przemili i rozmowni, ale niezłe z nich leniuszki. Należą do osób, które rozkładają leżaki i chillują się na nich od rana do nocy. Nie chodzą w góry, mając je tuż pod nosem, nie zwiedzają wszystkich atrakcji, nie poznają dokładnie regionu, w którym są. Mają czas, bo jeśli nie w tym roku, to przyjadą w kolejny i zobaczą co trzeba, albo i nie, bo właściwie będą czymś ważnym zajęci. Czym? Zajmują się odpoczynkiem, nawet bardzo intensywnym - wakacje są od tego, aby "robić nic"!



Pospolici
Zwykle przyjeżdżają i odjeżdżają, czasem nawet wielokrotnie. Jednak nie zapadają w pamięć. Typ zbliżony do "cichej myszki" z małą różnicą - oni się odzywają. Pytają co zwiedzić, chwalą się gdzie byli, rozmawiają o sobie i słuchają cudze opowieści. Dlaczego są pospolici? Z reguły nie zapadają w pamięć, ponieważ nie zrobili nic pamiętliwego (złego lub dobrego) albo nie wyróżniają się cechami charakteru lub wyglądem. Ogromny plus jest taki, że pozostawiają po sobie dobre wrażenie.


Postacie z wstępem jednorazowym
To są ludzie, których nie chce widzieć więcej razy w swoim życiu, niż ten jeden raz, kiedy tutaj przyjeżdżają. Czarna lista istnieje, to nie żart. Na taką listę trzeba sobie jednak zasłużyć albo czynami, albo sposobem bycia. Historii do opowiedzenia jest wiele, czasem trafiam na osoby opryskliwe, nieprzyjemne i gburowate - takie typowe buraki. Innym razem przybywają dziwaki - creepy natręty, którzy wzbudzają bardzo negatywne emocje, a nawet strach i niepewność. Niejednokrotnie zdarzały się agresywne jednostki, wyznające zasadę "klient nasz pan", której ja nie wyznaję. Takim turystom stanowczo mówi się "nie" podczas kolejnych rezerwacji.


Typów turystów, których spotykam jest o wiele więcej. Zastanawiając się, którym z opisanych jestem, to chyba coś pomiędzy przyjacielem a pospolitym gościem, bardzo lubię rozmowę i cenię sobie nowe przyjaźnie, choć z dystansem do nich podchodzę. A wy? Podpisujecie się pod którymś z opisów? Jak opisalibyście się jako turystę? 

Mój czas wakacyjnej pracy w agroturystyce dobiegł końca, jestem w drodze do... Ci który obserwują mnie na twitterze, to wiedzą! Jeśli tego nie robicie to koniecznie zaobserwujcie i śledźcie moją podróż, ponieważ przez kolejne dwa tygodnie będę objeżdżać jedno z najbardziej atrakcyjnych państw czarnego kontynentu. Wciąż jeśli macie ochotę to napiszcie do mnie maila, a zawitają do Was piękne pocztówki z aikowymi pozdrowieniami i rysunkami na odwrocie.
Ciepłego września i wiele uśmiechu, ja ne!

Z dnia: 02.09.2019

17 sierpnia 2019

Niezbędnik podróżnika: moja pierwsza samotna podróż

„A co ty koleżanek nie masz? Sama będziesz jechać?” 
„Co to za frajda... Nawet gęby do nikogo nie otworzysz. I żeby Ci się nic nie stało!” 

Jedni mówili: „odważna”, drudzy zaś, że „głupia”, a ja dochodzę do wniosku, że ktoś, kto tak mówi, to zwyczajna „boidupa”. I tym krótkim rymem rozpoczęłam notkę o mojej pierwszej samotnej, ale krótkiej podróży. Zawsze musi być ten pierwszy raz. A kiedy lubisz spontaniczność, nie boisz się wyzwań i samego siebie, jedź!
Podczas pakowania plecaka w ogóle nie myślałam o tym, co mnie może spotkać i że coś może pójść nie tak. Pozytywne myślenie mnie nie opuszczało. Miałam ku temu kilka racjonalnych przesłanek.
Panda - czyli mój mały towarzysz podróży.
Zajawka do podróży 
Przeglądając mojego bloga, można zauważyć, że podróżuję od kilku dobrych lat. Nie są to wakacyjne wycieczki do jednego konkretnego miasta w stylu all inclusive, a raczej spontaniczne, objazdowe, niekoniecznie sprecyzowane cenowo, miejscowo i terminowo wyjazdy. Dotychczas jednak nie miałam okazji jeździć samotnie. Podyktowane to było tym, że moje podróżowanie rozpoczęło się, gdy byłam nastolatką. Moi rodzice postanowili zwiedzać Europę (i nie tylko) samochodem i aż do dwudziestego roku życia w ten sposób spędzałam wakacje. W międzyczasie pojawiało się kilka innych wycieczek, jak np. do Londynu czy do Budapesztu, gdy nie korzystaliśmy z własnego transportu, ale nadal stawialiśmy na wykorzystywanie różnego rodzaju środków komunikacji przy bardzo intensywnym zwiedzaniu, bo nie lubimy się nudzić. W moim życiu ułożyło się również tak, że do tej pory nigdy nie byłam sama i zawsze znajdowałam chętnych kompanów (wyjazdy szkole, z przyjaciółmi czy partnerem i rodziną). Ale ten rok stanął na głowie, a ja postanowiłam to wykorzystać i sprawdzić czy samotność nie jest taka zła.

Pewność siebie 
Pewność siebie nie wynika z tego, że uważam się za osobę tak bardzo zajebistą, że nie ma mi równych. Nie! Chodzi tutaj o to, że doskonale znam realia i przez wiele lat jeżdżenia po Europie, nauczyłam się jak to jest. Doświadczałam zarówno pozytywnych jak i negatywnych rzeczy. Miałam styczność z innymi kulturami i językiem. Spałam w dobrych hotelach, miernych campingach, a nawet w samochodzie na stacji benzynowej albo dziko w lesie. Gubiłam się i cudownie odnajdywałam. Trafiałam do losowo wskazanych na mapie miejsc, które były o wiele piękniejsze od tych planowanych wcześniej. Miałam przez wiele lat bardzo szeroki wachlarz doświadczeń, który nauczył mnie, że wszędzie są ludzie pomocni. Nawet nie znając języka można się dogadać, a bycie obcokrajowcem turystą ma wiele przywilejów. Tego wszystkiego nauczyli mnie rodzice – to bardzo cenna umiejętność odnajdywania się w każdej sytuacji. 
Niemniej samotna podróż jest bardziej wymagająca od grupowych, musiałam się też zmagać z moimi wewnętrznymi oporami i zająć się logistyką tej niedługiej wycieczki.

Dworzec autobusowy w Bratysławie.
Organizacja 
Organizację wyjazdów do tej pory omawialiśmy wspólnie i trzeba było dojść do konsensusu, wykłócić swoją rację lub się dostosować. Tym razem musiałam poradzić sobie sama – zająć się dojazdem, noclegami i planem zwiedzania. Bardzo lubię tą część, bo uwielbiam mieć nad wszystkim kontrolę (ale brakowało mi dobrych rad). 
Zależało mi na budżetowym wyjeździe, dlatego głównie zaoszczędziłam na dojazdach i noclegach. Jak?
  • Autobusy – to świetny środek komunikacji. Jeśli planujemy objazdówkę, możemy wyszukać naprawdę tanie i liczne połączenia w każdy zakątek Europy. Dodatkowym atutem jest to, że autobus z reguły dojeżdża do centrum miasta, bo właśnie tam znajdują się dworce główne. Rezultat jest taki, że równocześnie oszczędzamy czas i środki na komunikację miejską. Minusem mogą być ewentualne korki na trasach oraz wygoda. Na pierwsze nie mamy żadnego wpływu, ale na drugie już tak. Trzeba sprawdzać opinie przewoźników, wybierać te sprawdzone transporty o niewielkiej ilości wypadków oraz afer i najlepiej z nowymi autokarami. Wiele przewoźników ma miejsca premium, które zapewniają więcej miejsca na nogi. Dodatkowym atutem jest możliwość szybkiego zakupienia i rezygnacji z biletu. Za bilety autobusowe podczas całej swojej trasy (Wrocław-Bratysława-Wiedeń-Brno-Wrocław) zapłaciłam 175 zł
  • Hostele – to była dla mnie nowość. Pierwszy raz nocowałam w hostelach, ale wiedziałam czego się spodziewać i kompletnie nie przeszkadzało mi, że będę spała w pokoju z obcymi ludźmi. Porównałam to sobie do kolonii z czasów dzieciństwa. Byłam przygotowana na wiele scenariuszy: mogę trafić na imprezowiczy, mogą zdarzyć się kradzieże i wiele innych. Natomiast nie spotkała mnie żadna niemiła niespodzianka. Mieszkałam w czterech różnych obiektach i każdy z nich był inny. Łączyło je jedno: multikulturowość. To świetne miejsce do zawiązania nowych przyjaźni, podszkolenia się w języku i poznania obcych kultur. Hostele mają jeszcze jeden ogromny plus – są tanie i zlokalizowane przy centrum miasta. Zarówno w Bratysławie jak i w Brnie mieszkałam tuż przy rynku, a w Wiedniu w odległości 30 minut spacerem od starego miasta. Ich komforty były różne od wysokich i samoobsługowych, przez optymalne w których nic nie brakowało, po takie bardziej hardkorowe, gdzie np. nie miałam nawet drabinki ani obramowania wokół łóżka, a było ono piętrowe. Za swoje wszystkie noclegi zapłaciłam około 350 zł.
Pokoje w hostelach.
Obawy i jak się ich pozbyć 
  • Od lat zmagam się z nauką języka angielskiego, która wyjątkowo słabo mi idzie. Wynika to z mojej niechęci i lenistwa, ale to nie oznacza, że powstrzymuję się od przekroczenia granicy. Raczej mnie to zachęca, abym mogła przełamać swoją barierę. Natomiast masa osób (szczególnie te starsze pokolenie) obawia się braku znajomości języka obcego i traktuje to jako wymówkę. Jest na to pewien sposób - internet i aplikacje w telefonie. Podstawowym narzędziem mojej podróży stał się telefon. To właśnie przez niego w mgnieniu oka rezerwowałam bilety na transport, bilety na atrakcje turystyczne i noclegi. Działo się tak z dwóch ważnych powodów: nie musiałam stać w kolejkach do kas oraz oszczędzałam papier (kwestia ekologiczna), a dodatkowo nie musiałam stresować się rozmową. Obecnie każdy z operatorów powinien zapewnić nam odpowiednią taryfę na terenie UE, więc warto z tego korzystać w sposób mądry. Ach! I koniec z wymówkami, telefon może mówić nawet za nas! 
  • Bezpieczeństwo jest kolejną kwestią budzącą wątpliwości. Natomiast nie jechałam do obcych mi krajów, byłam w nich już wielokrotnie. Żeby nie być gołosłowną, co do ich bezpieczeństwa, możecie zerknąć na ranking najbezpieczniejszych państw świata, w którym czołówkę zajmują kraje europejskie. To jest doskonały argument do tego, żeby rozpocząć takie podróże właśnie tutaj! Osobną rzeczą jest przestrzeganie podstawowych środków ostrożności, czyli przykładowo nie włóczyć się w nocy po niewielkich i szemranych uliczkach oraz mieć  wykupione ubezpieczenie (zawsze wykupuje dodatkowe, bo nierzadko dopada mnie Prawo Murphy'ego - i tu polecam notkę o najbardziej beznadziejnej podróży: "Podróż donikąd"). Oczywiście wielu sytuacji nie da się przewidzieć. Ja bardzo często trafiam na regionalnych pijaczków żądających ode mnie pieniędzy (i rzucających we mnie butelką, jak to miało miejsce w Bratysławie), żebraków, którzy często wcale nie są tacy biedni (pamiętam, że w Bolonii było popularne żebranie na psa, bo zwierzak wywoływał więcej współczucia niż człowiek) oraz miejskich handlarzy (którzy są bardzo popularni w krajach na południu, pojawiają się znikąd i mają ze sobą wszystko, czego możemy potrzebować, kupimy u nich okulary, torebki, koce, parasole itp.). Do każdego z tych rodzajów ludzi trzeba podejść indywidualnie i wyczuć sytuację. Nie możemy reagować agresywnie, ale trzeba być bardzo asertywnym. W razie nachalności takich osób ewentualnie postraszyć policją, która jest raczej przychylna turystom.
Mój dobytek podczas tej podróży oraz budżetowe śniadanie w jednym z parków w Wiedniu.
Opinia Aiko
Podsumowując to całe doświadczenie, z pewnością mogę powiedzieć, że był to tylko przedsmak i "próba mikrofonu". Przede wszystkim chciałam zobaczyć, jak się czuję sama ze sobą w takiej sytuacji, czy poradzę sobie z organizacją oraz czy dogadam się z moim miernym angielskim. Ostatecznie wszystko oceniam na plus, mimo kilku problemów i niedogodności, ale urok podróży jest taki, że nie wszystko da się przewidzieć, w końcu to przygoda!
Bardzo chciałabym wyruszyć gdzieś dalej. Za rok kończę pierwszy stopień studiów i wydaje mi się, że to może być właśnie ten czas. Coraz mniej jestem przywiązana do Polski. Wrocław, w którym mieszkam na co dzień, nie jest dla mnie miejscem przyjaznym, a choć bym chciała, nie mogę spędzić tak po prosu kolejnych lat w rodzinnej miejscowości na wiejskiej sielance. A gdyby tak postawić na plecak i wygodne buty?

Notki powiązane: 
Słowacja - Bratysława
Austria - Wiedeń
Czechy - Brno
Z dnia: 17.08.2019

11 sierpnia 2019

Dookoła świata: Czechy - Brno

Mówię o nich "nasi przyjaciele", ponieważ zawsze czuję się u nich jak w domu. Są bardzo otwarci i tacy radośni. Zastanawiam się czy to przypadkiem nie zasługa ich narodowego trunku - piwa. Taka moja mała teoria, że łyczek dobrego (!) piwa wyzwala zawsze uśmieszek na twarzy. Welcome to the Czech Republic!

Nie mogłam zakończyć swojej krótkiej podróży w Wiedniu. Musiałam pojechać dalej, spontanicznie zakupiłam bilet do Brna. Pokusa była zbyt wielka, a odległość wręcz przeciwnie, w dodatku wielokrotnie przejeżdżałam przez to miasto przypatrując się zamkowi na szczycie góry i gdzieś tam miałam chrapkę na więcej.


Na zwiedzanie Brna nie miałam zbyt wiele czasu, a właściwie czułam się już do tego stopnia zmęczona, że nie miałam siły biegać po całym mieście z plecakiem turystycznym i w rezultacie poświęciłam jedynie czas na zwiedzanie Starego Miasta, więc ciężko mówić o wczuciu się w klimat. To raczej były krótkie odwiedziny.
Przyjechałam późnym wieczorem, zakwaterowanie miałam w ścisłym centrum. Dzięki temu zobaczyłam nocną naturę miasta. Tłumy na ulicach były rozbawione i głośne, a miejsc we wszystkich pobliskich barach i klubach brakowało. Nad jednym nich miałam własnie nocleg. W czasie mojego przybycia nagrywano spot zapraszający do pobliskiego klubu. Nawet żartobliwie namawiano mnie do wystąpienia w nim. Gwarno było do białego rana, ale był to przyjemny hałas. Czuć było, że te miasto żyje własnym życiem i nie należy do nudnych.
Nad ranem zauważyłam inne oblicze tego miasta. Czułam się zupełnie jak pierwszego dnia w Bratysławie. Starówka  była opustoszała. Standardowo natknęłam się na tutejszego pijaczka, który chciał ode mnie pieniędzy. Tym razem był nieco bardziej agresywny, więc najadłam się nieco stresu, mówiąc mu, że nie mam nawet złamanej korony. Co było z resztą prawdą, bo dysponowałam tylko euro, w końcu nie przewidywałam wycieczki do Brna. Pomimo nieprzyjemnego początku dnia, reszta była nie najgorsza.
Czechy, Katedra św. Piotra i Pawła
Katedra św. Piotra i Pawła
Mieszkałam jakieś dwie minuty od Katedry św. Piotra i Pawła, tak więc stała się ona moim przystankiem numer jeden. Miałam wyjątkowe szczęście natykać się na ludzi bezdomnych w tej części miasta, zarówno pod kościołem jak i w parku za nim. Pomyślałam: "być może taki to urok tego miasta".
Katedra znajduje się na wzgórzu Petrov, obecnie jest przedstawicielem stylu barokowego. Chociaż jak wiele tego typu budowli początkowo była romańska. Oczywiście wewnątrz możemy zachwycić się pięknym ołtarzem, witrażami czy rzeźbą Marki Boskiej z Dzieciątkiem. Dodatkowo za opłatą możemy wejść na wieżę oraz do skarbca. Tuż obok Katedry znajduje się Denisowy sad.
Denisovy sad
Park jest świetnym miejscem widokowym na Brno! Jego nazwa jest wspomnieniem francuskiego uczonego Edwarda Denisa, który niezwykle szanował czeski naród i uważał go za jeden z najbardziej rozwiniętych politycznie w tej części Europy. Był badaczem ich historii i przyczynił się do powstania Czechosłowacji. Ponadto w Denisovym sadzie znajduje się obelisk z 1818 roku upamiętniający zakończenie wojen napoleońskich, a także pawilon z kolumnami. 
Tuż obok parku znajdują się Ogrody i Tarasy Kapucynów, a w ich pobliżu Klasztor Kapucynów i Krypty Kapucynów w których znajdują się... mumie! Grobowiec służył do pochówków braci zakonu oraz jego dobroczyńców. Został zaprojektowany w taki sposób, aby zapewnić budowli odpowiednią wentylację zapobiegającą całkowitemu rozkładowi ciał - były one suszone, a nie mumifikowane. W XVIII wieku grobowiec przestał pełnić swoją funkcję, ponieważ władca Józef II obawiał się wybuchu epidemii. Obiekt został udostępniony zwiedzającym już w dwudziestoleciu międzywojennym.
Plac główny w Starym Mieście
Historyczna część miasta raczej nie należy do ciekawych. Zabudowa jest dość pospolita, jak na moje oczekiwania, jestem raczej przyzwyczajona do takiego widoku również w polskich miastach. W oczy może rzucić się kilka charakterystycznych pomników, fontann, czy też wykończeń otaczających nas kamienic. Dość oryginalnym i nowoczesnym dodatkiem na placu głównym jest zegar astronomiczny, którego kształt daje wiele do myślenia, a zastosowanie praktyczne jest raczej dość mizerne. 
Zamek Spilberk
Sztandarowym miejscem jest oczywiście Zamek Spilberk. Aby na niego dość musimy nastawić się na niewielką wspinaczkę. Wokół zamku jest dość dużo zieleni i mamy możliwość wspiąć się rozmaitymi ścieżkami o różnym nachyleniu, jest to całkiem fajne miejsce do spacerowania. Prędzej czy później idąc w górę dojdziemy pod bramę zamku. Dość znaczną jego część można obejść bez biletu. Ten jednak musimy zakupić, gdy planujemy wejść do lochów, na wieżę widokową oraz do części muzealnej. Zamek jest szczególnie znany z jego funkcji więziennej za panowania Habsburgów. Niestety wyjątkowo mi się nie podobał... Jestem bardzo negatywnie nastawiona na odpicowane do orzygu miejsc wielowiekowych, które mają jedynie funkcję muzealną. Wydaje mi się że ich dusza zostaje wyssana. Najbardziej rażące były dla mnie manekiny ustawione w kazamatach, które imitowały więźniów. Były wyjątkowo sztucznym i odrzucającym mnie dodatkiem. Chociaż dzieciom z pewnością by się spodobały.

Spędziłam w Brnie jedynie dzień i przyznam szczerze, trochę się tam nudziłam. Wydaje mi się, że odwiedziłam w centrum miejsca głównie przyciągające uwagę turystów, ale w rzeczywistości jedynym, które zawróciło moją, to Krypta Kapucynów. Najbardziej przykro mi z powodu zamku, na którego zawsze spoglądałam zza szyby samochodu z pragnieniem.


Co z cenami podróży? Kiedyś już o tym wspominałam, ceny w Czechach nie wydają mi się być duże. Bilety poszerzające zwiedzanie Katedry to cena 40 koron (normalny), do Krypty Kapucynów 70 koron (normalny), Spilberk kosztował mnie 170 koron (bilet studencki, wydaje mi się że normalny to kwota 280 koron, natomiast można sobie zakupić bilet, który nie obejmuje wszystkich atrakcji i wówczas jest dużo taniej).

Opinia Aiko: Jestem bardzo zawiedziona Brnem, ale równocześnie nie oczekiwałam od niego zbyt wiele. Czechy niestety postrzegam jako kraj z dość pospolitymi atrakcjami miejskimi. Miejscowości zwykle są ładne, czyste, ludzie uśmiechnięci i rozmowni, ale atrakcje są bardzo muzealne, przez co pozbawione duszy, mimo naprawdę bogatej historii. Właśnie dlatego praktycznie nie piszę o Czechach, mimo że bywam w nich znacznie częściej. Nie skreślam jednak ich grubą kreską, państwo te ma naprawdę interesujące miejsca, tylko według mnie jest to głownie natura. W takim wydaniu ukażą się Czechy kolejny raz.

Swoją samotną podróż zakończyłam właśnie tam - w Brnie. Wróciłam do Wrocławia, a następnie do rodzinnej miejscowości, teraz z niecierpliwością wyczekuję kolejnej podróży, która będzie miała miejsce już we wrześniu. Jeśli chcecie pocztówki z wyjątkowego kraju  (będzie to objazdówka, ale nie samotna), to oczywiście dajcie znać przez maila, podając swój adres. Macie czas do września. Standardowo nic nie oczekuję w zamian, oprócz Waszego uśmiechu. Kolejna podróż będzie egzotyczna i bardzo wyczerpująca, ale w końcu pojadę do raju! A może tylko tak mi się wydaje?

Info:
Jak widać, odradzam się jak feniks z popiołów. Przez bardzo długi czas blog był zaniedbany, a szczególnie Wy - moi czytelnicy, czyli w dużej mierze inni bloggerzy. Powoli wracam do aktywnego działania, dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, za to, że te miejsce nadal odznacza się znacznym ruchem i on ciągle się zwiększa. "Czytamy się" za tydzień! Opowiem Wam o zmaganiach w mojej pierwszej samotnej podróży i czy nadal chcę w ten sposób zwiedzać świat. 
Ja ne!

Z dnia: 11.08.2019