TOP koreańskie dramy!

Najlepsze koreańskie dramy minionych lat. Podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Najlepszym sposobem jest internet. Naszego nowego azjatyckiego przyjaciela możemy ponać na...

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy. Jak przyjąc Japończyka w polskim domu?

ONE OK ROCK w Polsce

Relacja z trzeciego już z kolei koncertu, jedynego i najulubieńszego zespołu japońskiego Aiko.

Kosmopolita

Aiko opowiada o swoich podróżach po Europie, relacjonuje, opiniuje i poleca.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Recenzja podręcznika do nauki języka japońskiego Beaty Pawlikowskiej

Jak komunikują się Azjaci?

LINE - jeden z najpopularniejszych komunikatorów azjatyckich, podobnie jak Skype, ma możliwość przeprowadzenia rozmowy głosowej czy też video rozmowy, a także standardowo rozmowy pisanej.

Krótko o dredach

W pigółce fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi, jak pielęgnuje. Co to są dredloki i czy każdy może nosić dredy?

Nama Chocolate

Nama choco to japońskie czekoladki walentynkowe, robione domowym sposobem i wręczane mężczyznom w dniu zakochanych.

Zrób swoją Pande!

Tutorial od Aiko, jak zrobić własną Pande brelok.

Pol'And'Rock 2018

Najpiękniejszy festiwal świata okiem Aiko-chan!

18 kwietnia 2019

O przywiązaniu do...

Ostatnio zastanawiałam się czy obrazy muszą mieć jakieś znaczenie i czy artysta powinien się do swoich dzieł przywiązywać. Zawsze do własnej twórczości podchodziłam bardzo emocjonalnie. Nie lubię krytyki i krytyka mnie demotywuje. Kiedy słyszę, że coś robię źle, mam ochotę rzucić tym o ścianę, jeśli nie "tym", to ewentualnie tą osobą, która w taki, a nie inny sposób oceniła moją ciężką pracę. Kwestia ambicji? Wrażliwość? Zastanówmy się razem.
Jakiś czas temu byłam na wernisażu, artysta wypowiedział zdania, których zupełnie nie potrafię zrozumieć. Chociaż nie! Z jednej strony pojmuję jego myślenie, ale z drugiej jest dla mnie aroganckie i świadczy o przesadnej pewności siebie. Ale własnie... Może jednak o  zdystansowaniu? 
"Prace powstały w ciągu półtora miesiąca, nie było szkiców, wiele z nich malowałem w tym samym czasie i są przypadkowe. To zlepek moich przemyśleń, które skumulowały się w jednym czasie, ale nie jestem do nich przywiązany. Mogę je nawet spalić, po wystawie wyrzucić, zakopać".
Podziwiam osobę, która właśnie w taki sposób podchodzi do własnych prac. Potrafi okazać dystans, ale też prowokuje odbiorców. Ja się dałam złapać w tą sieć, w końcu zastanawiam się nad sensem jego słów. Jest to jednak bardzo rozsądne podejście, którego chciałabym się nauczyć i umieć się nie przywiązywać. Nie tylko w odniesieniu do własnej twórczości, nawet tak po prostu w życiu. 
Być niezależną od opinii ludzi. 
A motywem przewodnim dzisiejszego wpisu będzie najnowszy bazgroł.
Uczę się tego od wielu lat i z każdym rokiem widzę postęp. Kiedyś nie przyznawałam się do rzeczy, które lubię - rysowanie, granie na gitarze, oglądanie anime. "Hej! Ona jest jakaś dziwna, to mangozjeb". Nie potrafiłam ubrać tego co chciałam, bo wydawało mi się, że każdy się na mnie patrzy. Dziś unoszę wysoko głowę i myślę sobie: "Patrz póki możesz, bo prawdopodobnie drugi raz już mnie nie zobaczysz na tej zatłoczonej ulicy, to pierwsza i ostatnia szansa, jedyna". Później zaczęłam walczyć o swoje zdanie i wiedzę, którą posiadam. Ktoś nazywa Cie głupim? Przyznaj mu rację, ale daj do zrozumienia, że nazywając Cię w ten sposób, stoi poziom niżej. Mądrzy ludzie nie wywyższają się, ale niech Cię pouczają, tylko umiejętnie i z klasą.
Teraz uczę się samotności, choć to niełatwe, idzie mi w miarę dobrze. Potrafię chodzić na spacery w pojedynkę. Przyjemniej jest usiąść na ławce w ciszy. 

Może tego nie czuć, gdy się to czyta, ale "przywiązanie", "zależność" (od kogoś/czegoś), "nieśmiałość", to bardzo złe słowa, chciałam je tylko życiowo zobrazować i pokazać, że bariery można pokonywać.

Spójrzmy na to z drugiej strony. Jedną z moich wad/zalet (zaznacz poprawne) jest nadawanie sentymentu różnym przedmiotom. Jestem zbieraczem. Trzymam w skrzyneczce rzeczy, które dostałam nawet 10 lat temu od ludzi, których już imienia nie pamiętam. Jak miałabym nie przywiązywać się do rzeczy, które tworzę całym sercem?
Tak, jest to kolejny "obraz" na płótnie, malowany akwarelami.
Dla mnie obrazy, rysunki, czy każdego rodzaju DIY, które tworzę, mają znaczenie. Kiedy zgubiłam  swój brelok Pandę, przez pół tygodnia chodziłam po całej miejscowości i wypytywałam ludzi, czy aby na pewno jej nie widzieli, a kiedy już ktoś powiedział, że znalazł i wrzucił do kosza, a ten został już opróżniony, myślałam, że na moje serce wybuchnie z rozpaczy. Był to wówczas symbol połączenia, miłości. Tak więc tragedia była podwójna. Dziś mam do tego dystans i Pandy zbieram tylko hobbystycznie (tak dla zabawy).

Piszę to wszystko, bo być może, ktoś z Was zrozumie, że nawet najgorsze bazgroły, dla kogoś mogą mieć wartość. Nawet nie koniecznie dla samego twórcy. Czasem odbiorca stanie przed obrazem i pomyśli: "To obrazuje moje życie, utożsamiam się z tym". 


Zostawiam Was w tym miejscu, być może z jakąś refleksją. Powyższy "bazgroł" ma dla mnie znaczenie, którym się nie podzielę.

P.S.
Śmierdzącego jajka i zimnego dyngusa, mam nadzieję, że rozbolą Was brzuchy od żurku i będziecie długo trawić makowca, a w apteczce zabraknie kropli żołądkowych.
Takie życzenia z przymrużeniem oka. ;) Pomyślcie w te święta o rzeczach ważnych. 
Do następnego, ja ne!

Z dnia: 18.04.2019

8 marca 2019

Książka: "Skrzydło anioła. Historia tajnego ośrodka dla koreańskich sierot"

"Skrzydło Anioła to reportaż literacki przedstawiający niezwykłe wydarzenia sprzed pół wieku."

A wszystko to zaczęło się w od niewinnego grobu, znalezionego na jednym z wrocławskich cmentarzy - trzynastoletniej Kim Ki Dok. Autorka chcąc rozwikłać zagadkę zmarłej Koreanki, odkryła historię tajnego ośrodka w Płakowicach, do którego przybyło 1270 koreańskich sierot w 1953 roku. Dzieci wychowywały się i uczyły pod okiem zarówno koreańskich jak i polskich wychowawców i nauczycieli. Otworzono dla nich trzynaście domów dziecka, zjechał się personel z całej Polski. Wśród nich m.in. lekarze, sprzątacze, kucharze, pracownicy biurowi, pedagodzy... w sumie około sześciuset osób. 
Książka jest reportażem literacki, co oznacza, że to było wydarzenie prawdziwe. To się stało na prawdę. Do Polski, ale nie tylko, bo również do Czech czy Węgier i innych krajów bloku wschodniego, przybyło wiele Koreańskich sierot z bratniej Korei (Północnej), które wychowywały się i uczyły, by móc odbudować swój kraj, państwo Wielkiego Wodza -  Kim Ir Sena (Kim Il Sung)

Płakowice to nie jedyne miejsce, w którym znajdowały się koreańskie dzieci, drugim takim były okolice Warszawy. Różnica między tymi dwoma była natomiast taka, że w pierwszym przypadku ośrodek był tajny, a w drugim jakby bardziej jawny i oficjalny.

Dlaczego zainteresowałam się tą historią?
Odpowiedź mogę udzielić w jednym słowem: studia. Podczas jednego z wykładów profesor opowiedział pokrótce historię płakowickich sierot jako ciekawostkę. Obejrzeliśmy także film, dokument na ten temat, zatytułowany: Kim Ki Dok. Film zawiera w sobie wywiady, parę starych nagrań i zdjęć, ale nie jest to wybitne kino. Trochę wybrakowane (bardzo subiektywna opinia!). Spodziewałam się więcej. Sięgnęłam więc po książkę.

Najgorsze było to, że ja lubię nabywać książki, zanim po nie sięgnę przeleżą na półkach miesiące, a nawet lata, ale w końcu je przeczytam. Problemem jednak było to, że tej książki nigdzie nie ma! Nie można jej kupić. Występuje ona tylko w bibliotekach, zdobycie jej z drugiej ręki było wyzwaniem, musiałam również wykazać się umiejętnościami negocjacyjnymi, a żeby nie przepłacić. Choć za taką wiedzę warto.


Książka składa się z dwóch części: Duchy, Żywi oraz epilogu Życie.
Pierwsza część to głownie opisy wywiadów, zdobywania informacji, dialogi z różnymi świadkami wydarzenia. Zauważyłam, że autorka w ten sposób chciała nam przekazać, jak wielkie trudności miała przed sobą, aby dowiedzieć się prawdy i móc napisać, to co napisała. Główną problematyką rozdziału Duchy jest pytanie "ale co z tą Kim Ki Dok? Kim była? Dlaczego umarła? Dlaczego nie można było jej uratować?". Te pytania i zarówno odpowiedzi odkrywają historię niezwykłego człowieka, lekarza - Tadeusza Partyki. Był to człowiek, któremu zależało najbardziej. Nie jest to tajemnicą, że pisał o niej wiersze, uporczywie walczył o jej życie i dosłownie oszalał na punkcie Azjatki. Równocześnie dowiadujemy się wielu ciekawostek o nim. Jaki był za młodu, kim byli jego przyjaciele, żony, czym się zajmował, co lubił i tak dalej.
Warto jednak zaznaczyć, ze pierwszą część czytało mi się bardzo ciężko. Często gubiłam wątek, nie mogłam się połapać w niektórych dialogach, często były chaotyczne, słownictwo stare, trzeba było przestawić się na taki "dziadkowy język" (wiecie, nie jest to taki czysty język polski z pełnymi zdaniami). Na szczęście ten chaos trwał przez około 60 stron. Potem już było tylko przyjemniej.


Druga część książki to rozdział "Żywi", to już bardziej fabularyzowane opowieści i czyta się je nadzwyczaj przyjemne. Kilka wątków było mi już znane, ale wciąż z zaciekawieniem odkrywałam nowe. "Żywi" opisuje historię samego ośrodka. W jaki sposób został stworzony, kto tam pracował oraz czym się zajmował. Pani Krysowata wyodrębniła kilka szczególnych postaci, zaczynając od tego skąd się tam wzięli, z jakich rodzin pochodzili i dlaczego zgodzili się pracować w miejscu, które de facto dla świata miało nie istnieć. Gdy już poznamy tożsamości poszczególnych osób, nastaje to co najważniejsze - opis życia koreańskich sierot w Płakowicach.
Myślę, że rozdział ma dwa główne wątki. Pierwszy to ogólna problematyka dotycząca wychowywania i w ogóle porozumiewania się z dziećmi, a druga to nakreślenie "hańby" ośrodka, a więc historia śmierci Kim Ki Dok oraz bezskutecznej walki o jej życie.
Autorka zalewa nas wieloma informacjami, szczegółowo opisuje zderzenie kulturowe, wszelkie zakazy i nakazy, które obowiązywały w ośrodku. Relacje między poszczególnymi pracownikami. Co ciekawe, odkrywamy tutaj opowiastki romantyczne, zdrady, nieszczęśliwą miłość... Choć książka odwołuje się do historii lat 50. XX wieku, to faktycznie nie oddaje rzeczywistości tamtych lat. Ludzie pracujący w ośrodku byli zupełnie odizolowani, inaczej traktowani, mieli wszystko co im trzeba i co potrzeba dzieciom. Żyli w zamkniętych murach, wejście na teren ośrodka był strzeżony, nikt z zewnątrz nie mógł tak po prostu tam przebywać.
Szczególne miejsce zajmują opisy chorób i zmagania personelu z eliminacją tych problemów. Kim Ki Dok nie była jedynym dzieckiem chorującym, ale jedynym, które zmarło i jedyne, które nie wróciło do Korei Północnej, dlatego przewija się przez książkę jako jedna z najważniejszych postaci.
Opowieść kończy epilog "Życie", w którym autorka sprostowuje i wyjaśnia kilka zagwozdek. Równocześnie podsumowuje wszystkich bohaterów i przede wszystkim zwraca uwagę na to, że książka jest drugim życiem dla Kim Ki Dok.

Czy warto? To zależy. Jeśli interesujecie się historią i ciekawostkami jest to książka dla Was.  Natomiast jak już wspomniałam, książka nie oddaje charakteru obecnych w niej lat, więc nie liczcie na jakieś typowe "systemowe i polityczne opowiastki". Nie jest to też literatura pełna wrażeń, nie ma rozwijających się akcji, jest przewidywalna. Autorka w pierwszej części zdradza nam już trochę jej treści, ale nie zwiedźcie się! Choć na początku przeczytacie o końcu opowieści, nie oznacza to, że środek go nie uzupełnia. 
Mnie ta historia poruszyła.

Tytuł:  "Skrzydło anioła. Historia tajnego ośrodka dla koreańskich sierot" 
Autor: Jolanta Krysowata
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok: 2013
Ilość stron: 268



Z dnia: 08.03.2019

11 lutego 2019

(Nie)idealny

Ohayou, cześć i czołem, wszystkim tym, którzy jeszcze tutaj zerkają!

Minęło wiele czasu od ostatniej notki, chciałabym się wytłumaczyć z tej niesamowicie długiej nieobecności, bo ostatni wpis był aż w październiku...
Przede wszystkim cały czas pisałam! Mam wiele postów w edycji, począwszy od koncertów, przez filmy i książki, aż po podsumowanie koreańskich dram z 2018 roku, czy kreatywne notki z rysunkami i malunkami. Natomiast powstrzymywałam się od wszelkich publikacji głownie ze względu na osobiste problemy i brak chęci na wszelkie interakcje. Coś się popsuło w moim życiu i psychicznie nie byłam wstanie ogarnąć zbyt wielu rzeczy, a faktycznie skupiałam się jedynie na studiach i pracy, no i tak zostało aż do dziś. Jeszcze parę spraw muszę sobie poukładać, ale jestem na dobrej drodze w rozwiązaniu problemu. Mam siły i chęci oraz masę pomysłów, które chcę teraz realizować oraz spełniać się w pasjach, zagubionych
i przytłumionych negatywnymi emocjami.

Zastanawiałam się nawet jakiś czas temu nad zostawieniem bloga, a nawet jego usunięciem, co było by kompletną głupotą! W końcu przypomniałam sobie coś ważnego. To jest jedyne miejsce, w którym tak po prostu chwale się tym co lubię robić i to zostaje tutaj, trwale. Mogę do tego wrócić, powspominać, a nawet sama z siebie się pośmiać. Sprawdzić, jak na przestrzeni lat zmieniało się moje życie i moje zainteresowania, mój gust i upodobania. Dokładnie 21 stycznia minęło 6 lat. Przez tyle lat jestem tutaj, a pisanie wcale mi się nie znudziło. Blogosfera to trochę inne miejsce niż snapchat, instagram, facebook lub twitter... Nie chcąc tego zepsuć wracam z przytupem. To jest pewne. :)


Możecie za początek zapowiedzi potraktować mój drugi w życiu obraz na płótnie. Postanowiłam się przestawić z ołówka na farby i z papieru na płótno. Ostatnio bawi mnie malowanie, mam w nim więcej swobody. Rysunek jest stresujący, muszę pilnować by kreska był możliwie "idealnie" postawiona, by oddawał on rzeczywistość w jakimś stopniu, a tutaj maznę gdzieś kolorem żółtym, gdzieś zielonym i stworzę coś. Coś niekoniecznie idealnego, ale mającego charakter, coś wyjątkowego i innego, i mojego. Mogę oddać się fantazji. Na razie planuję malować pejzaże, krajobrazy, naturę, otoczenie, wszystko co nie jest idealne i co nie chce takie być. Czyli nie ludzi! To jest pewne.


Tak wygląda mój drugi w życiu, nieidealny, obraz na płótnie.

Do następnego! Ja ne!

Z dnia: 11.02.2019



3 października 2018

Produkcje (nie)polecane: "Outsider"

Rok produkcji: 2018; Gatunek: thriller, akcja; Czas trwania: 2h

Amerykanin, Nick Lowell (Jared Leto) znajdujący się w japońskim więzieniu poznaje jednego z członka yakuzy - Kiyoshiego (Tadanobu Asano), który wkrótce pomaga mu wydostać się z więzienia. Nick w ramach wdzięczności zaczyna pracować w niebezpiecznym i przestępczym świecie japońskiej mafii.

Fabuła toczy się w latach 50. XX wieku w Japonii. Pierwsze minuty na ekranie to sceny z więzienia. Autorzy nie wprowadzają nas w szczegóły życia głównego bohatera. Nie wiemy skąd Nick wziął się w więzieniu, natomiast po dłuższym czasie okazuje się, ze jest dezerterującym żołnierzem, który przybył po wojnie wraz z wieloma innymi Amerykanami w celu okupacji Japonii po II wojnie światowej.

Główny bohater ma dość ciekawą osobowość. Wygląda niepozornie, szczupły o anemicznym wyglądzie mężczyzna, jakby mu wszystko było obojętne, trochę wycofany i małomówny. Co więcej mimo swojej przeszłości, również honorowy i wierny ideałom. Sprawia wrażenie zagubionego i nic dziwnego - znajduje się w obcym miejscu wśród obcych mu ludzi, w atmosferze świeżo powojennej. Sam też gra rolę gaijin, czyli cudzoziemca, przez co nie jest w ogóle według Japończyków godny zaufania. 

Film jest pełen niedomówień. Brak wyjaśnień, retrospekcji, sprawia to, że my widzowie, możemy się wiele domyślać i dopowiadać. Na dobrą sprawę ani się nie kończy ani się nie zaczyna, dla mnie ten wątek z życia Nicka był wyrwany, co nie oznacza, że to źle.  W jakimś sensie tajemniczość tworzy cały klimat filmu, natomiast główny bohater nie jest zbyt wyrazisty w tym wszystkim i to może bardzo przeszkadzać odbiorcy, ponieważ wokół niego występuje kilka postaci bardziej dominujących.

Sceneria filmu jest przepełniona ciemnymi barwami - szarością, brązami, granatem, przez co mamy poczucie "ciężkiej atmosfery", ale jest to w tonie filmu gangsterskiego, nie brakuje również scen brutalnych, choć te akurat nie spełniły w ogóle moich oczekiwań. Z jednej strony są drastyczne, a z drugiej zaś czegoś w nich brakuje i sprawiają wrażenie płytkich, jakby były pozbawione emocji.

Największym minusem filmu jest brak dynamiki. Sceny są niejednokrotnie przedłużane. Choć nadal w porównaniu z koreańskimi dramami to tak naprawdę nic wielkiego, to jednak nie jest to produkcja dla niecierpliwych  widzów. Natomiast warto zaznaczyć, że wiele takich scen jest potrzebnych i z wielka przyjemnością się na nie patrzy. Film ukazuje wiele kadrów powojennej Japonii, zwraca uwagę na pojedyncze drobnostki, detale, co według mnie dodaje uroku całej produkcji.

Patrząc na fabułę, ciężko jest mi się ustosunkować. Z jednej strony jest to film, który chce w jakimś stopniu pokazać kulturę azjatycką, ale z drugiej trudno tu mówić o faktach czy rzeczywistym przekazaniu realiów historycznych, bo przecież w jaki sposób tuż po wojnie biały człowiek, walczący z Japończykami, mógłby dołączyć do Yakuzy i stać się tam "kimś" w tak rozbudowanej i honorowej organizacji?

Ostatecznie jest to jedna z tych produkcji, której nie polecam każdemu. Zdecydowanie odradzam ją fanom kultury azjatyckiej, jak również osobom, które kochają porywającą akcję lub chcą zobaczyć coś unikatowego. Prawda jest taka, że fabuła nie porywa i w pewnym momencie staje się przewidywalna. Natomiast jeśli ktoś ma chęć na kino ukazujące świat japońskiej mafii z dużym przymrużeniem oka, jak również chce spokojną fabułę z ciekawie uchwyconymi kadrami, to film dla Was.

Ocena: 4/10 

Z dnia: 4.10.2018

14 września 2018

Wakacyjne bazgroły 2018

Postanowiłam, że tym razem zrobię taki podsumowujący post z moimi tegorocznymi rysunkami, nie było takich już od... kilku lat. Co najmniej dwóch, a może i dłużej. Zauważam regres, bo w końcu bardzo długo nic nie rysowałam. W końcu się zebrałam w sobie i o to efekty! 

Panna młoda i Gruszka

Na rozgrzewkę dwa szybkie, luźne, nocne bazgrołki rysowane pisakami. Pierwszy przedstawia pannę młodą, co łatwo się domyślić, drugi przedstawia Panią Gruszkę. Bo tak. Pomysły narodziły się w głowie.

Panda

Panda, Pandy za mną chodzą od kilku lat. Mam piżamę Pandę, wisiorek Pandę, zegarek Pandę, termofor Pandę, skarpetki Pandę, koszulkę Pandę i inne takie... Brakowało mi rysunku Pandy. Wymyśliłam sobie Pandę odbitą w tafli wody. Niestety nie potrafię zbyt dobrze rysować wody, a właściwie w ogóle. Początkowo chciałam zrobić bardziej realistyczne odbicie, ale poszłam na łatwiznę i zamiast odbicia zrobiłam rozmazane plamy. Efekt oceńcie sami. Rysunek oczywiście wykonany ołówkami B2-B7.

Fuji

To trochę niechciany rysunek z mojej strony, choć ma wiele fanów. Robiony tuszem kreślarskim i stalówką 0.5mm. Generalnie był to eksperyment, tuszem do tej pory rysowałam może ze trzy razy. A rysunek był improwizacją - nie miał nawet szkicu, więc proporcje czy cienie i rzuty nie są w ogóle zachowane. Jest wiele zdjęć miasta z tłem Góry Fuji, więc gdzieś tam odtwarzając to w pamięci postanowiłam narysować coś podobnego. Koncepcja "niedokończonego rysunku" nie była przypadkiem. 

Japonka

Japonka to też takie eksperyment. Generalnie nie maluję farbami, nie cierpię kolorów i praktycznie nigdy ich nie używam. Ani farb (choć najczęściej), ani kredek, a w szczególności nie korzystam z pasteli. Malunek był wzorowany, choć koncepcja się w między czasie znacznie zmieniła. Zdecydowanie uważam to za nieudany twór. 

Notesik Lisek

No dobra... Trochę kłamałam, są sytuacje w których uwielbiam używać kolorów. Ten notes jest tego przykładem. Lubię efekt rozmytych farb i "estetycznych plam", ale o tym już jakiś czas temu pisałam w tej notce. Samo malowanie trwało w tym wypadku jakieś 15-20 minut, natomiast cały notes był robiony zupełnie od zera. Znalazłam spiralkę z jakiegoś starego i nie potrzebnego zeszytu, i postanowiłam to wykorzystać. Miałam również twardą tekturkę i ozdobne kartki. Najdłużej z tego wszystkiego trwało dziurkowanie ich. Z efektu jestem bardzo zadowolona!

Anime


Rysunek robiony znów tuszem, kolorowe elementy zaś kredkami. Przedstawia postacie z Naruto, praca jest wzorowana i robiona dla kolegi na zamówienie.


Nagłówek
Ostatnim "wakacyjnym bazgrołem" jest oczywiście nagłówek bloga. Chciałam bardziej nawiązać do tematyki strony, która z czasem, jak wiecie, trochę ewoluowała i właściwie więcej pojawia się tu notek podróżniczych czy kulturowych. Pomyślałam sobie o dwóch miejscach, na które lubię patrzeć i padło na Wielkiego Bena z Londynu i  wenecką gondolę.


To na razie tyle, z moich wakacyjnych "arcydzieł". Dajcie znać, które z powyższych się Wam podoba najbardziej oraz czy sami zajmujecie się malowaniem lub rysowaniem. 
Czym się inspirujecie, a także jakie macie motywacje, żeby trenować jak najwięcej?

Do następnej notki, ja ne!

Z dnia: 14.09.2018

1 września 2018

Pol'and'Rock festival 2018 (cz.2)

Miasteczko festiwalowe w Kostrzynie nad Odrą, było pełne atrakcji, można było w nim nieźle poszaleć, dobrze odpocząć i wiele się nauczyć,  ale zacznijmy od początku. 

Podróż i przyjaciele
Dojazd do Kostrzyna to wiele godzin podróży pociągami, rozmowy z zupełnie obcymi ludźmi i zawieranie nowych znajomości, ale również imprez i długie zabawy.
W tym roku planowaliśmy wyjazd grupowy, wyjechałam sama z domu w południe o 12 jednego dnia, a przyjechałam z piątką cudownych ludzi do Kostrzyna po 5 rano drugiego. W między czasie mieliśmy domówkę, poznawaliśmy nowe ciekawe osobowości, dużo śpiewaliśmy, wykrzykiwaliśmy nasze  dziwne hasła festiwalowe i zupełnie nie myśleliśmy o codzienności.
Sam podróż pociągiem była niezwykle męcząca. Okazało się, ze nasz pociąg jechał prawdopodobnie z Bielsko-Białej, co oznaczało, że we Wrocławiu nie było możliwości, żeby znaleźć jakiekolwiek miejsca do... stania. Pociąg był oczywiście bezprzedziałowy, a w przestrzeni między fotelami znajdowały się same bagaże i ludzie, w tym my. Większość z nas nie miała możliwości nawet ruchu przez bite 4h jazdy, ale znajdowały się miłe dusze siedzące, które na jakiś czas udostępniały swoje miejsca na kanapach. To było miłe.


Pole namiotowe
Poszukiwania miejsca na namioty na Woodstocku to istna katorga. W ubiegłym roku chcieliśmy rozbić się na Polu Malinowskiego, a w ostateczności znaleźliśmy się za nim i właściwie  kawałek poza terenem festiwalowym. W tym roku zrezygnowaliśmy z tego pomysłu i postanowiliśmy szukać miejsca bliżej centrum festiwalu, godzina szukania i się opłaciło. Mieliśmy względnie blisko do ASP, Dużej Sceny, gastronomii, toi-toiów czy pryszniców, a co najważniejsze - w lesie. Miejsce prawie idealne. Prawie? Niestety trzeba było się wspinać na sporą górkę.

Akademia Sztuk Przepięknych
ASP to jest to, co lubię chyba najbardziej na Woodstocku. To właśnie tutaj możemy spotkać się ze znanymi ludźmi, posłuchać co mają do powiedzenia i zadawać im pytania. Gośćmi tegorocznego Pol'and'Rock byli m.in. Dorota Wellman, Artur Barciś czy Himalaiści - Piotr Tomala, Dariusz Załuski, Krzysztof Wielicki. Są to ludzie lubiani, ciekawi i posiadający autorytet. Wieczorami z kolei odbywały się inne wydarzenia kulturowe, jak choćby zabawny stand-up z udziałem m.in. Rafała Rutka Rutkowskiego i Adama Grzanki lub muzyczny i niezwykle wzruszający występ Czesława Mozila.
Oczywiście nie tylko duży namiot ASP był wart uwagi, bo odwiedzaliśmy również warsztaty i namioty edukacyjne, gdzie można było rozmawiać np. o mowie nienawiści, wolności i niezależności sądów, brać udział w warsztatach improwizacji komediowej lub w debacie oksfordzkiej. Możliwości było wiele. Namioty edukacyjne przypominały nam o naszych prawach jako obywateli, czy np. o działaniach ekologicznych, dzięki którym małymi krokami możemy coś zmienić i nabyć nowych eko-nawyków.


Koncerty
Muzyka i muzyka, tylko z tym kojarzy się Woodstock/Pol'and'Rock, więc i o niej napiszę. W tym roku niebywałe upały dawały się we znaki, w związku z tym zrezygnowaliśmy ze wszystkich koncertów w godzinach popołudniowych i udawaliśmy się tylko na te wieczorno-nocne. Na dobrą sprawę  faktycznie udaliśmy się tylko na 3 koncerty:

  • Hunter, czyli jeden z ulubionych zespołów. I mimo że byłam już na ich wielu koncertach, nadal mi się nie nudzą, choć są już przewidywalni.
  • Łydka Grubasa, na ich koncercie byłam pierwszy raz i liczyłam na niezły roz****dol. Tak własnie było, udało się chłopakom wskoczyć na Małą Scenę i porwać publiczność - ich koncert wspominam najlepiej.
  • Lao Che, na ich występie byłam niepierwszy i zapewne nieostatni raz. Nie jest to kapela, którą słucham na co dzień, ale bardzo przyjemnie i miło mi się bawi na ich koncertach.
Jak widać, fizycznie byliśmy na niewielu koncertach, natomiast z naszego obozowiska doskonale słyszeliśmy Duża Scenę i nawet lekko ją widzieliśmy zza drzew. W rezultacie słyszeliśmy również dobre granie zespołów jak Alestorm, Nocnego Kochanka, TABU, Goo Goo Dols czy Judas Priest. 

Ale to nie wszystko. Już kolejny rak na Woodstocku można było się bawić na Wiewiórstocku! Czyli małej zbitej scenie w lesie, niedaleko ASP.  Tym razem można było poskakać tam m.in. z Pull the Wire, CHORZY i oczywiście Wiewiórem Na Drzewie. Ta scena jest naprawdę wyjątkowa, emanowała mega pozytywną energią, mimo że zespoły grały jedynie kilka godzin i tylko jednego dnia. 


Powroty
Powrotów nie lubię najbardziej, są męczące i już nie takie energiczne. Wszyscy marzą o dwóch rzeczach: prysznicu i jedzeniu od mamy (niektórzy jeszcze o zimnym piwie).
Tak naprawdę pierwszy raz wracałam w klasyczny sposób z festiwalu, czyli pociągiem i ostatniego dnia. Wcześniej nie miałam takiej okazji i nie wiedziałam z czym to się wiąże. Gdy przybyliśmy na dworzec w Kostrzynie w końcu zauważyliśmy ogromną ilość ludzi. Ich zagęszczenie było nieporównywalne z tym na terenie festiwalu. Tłumy szalały, każdy pragnął zmieścić się w swoim pociągu, a to była nie lada gratka.
Choć byliśmy niemalże na początku odprawy na stacji i weszliśmy jako jedni z pierwszych pasażerów na peron, to w momencie wejścia do pociągu już nie było w nim miejsc! Totalnie zrezygnowani staliśmy znów między siedzeniami trzymając pod nogami swoje bagaże. Aż nagle... Zaczęły się rozmowy w przedziale dotyczące kierunku jazdy pociągu - niektórzy twierdzili, że pociąg jedzie w kierunku Szczecina, inni zaś, że w zupełnie przeciwnym. Los się do nas uśmiechnął - na nieszczęście innych. Trójka siedzących przy nas panów musiała opuścić pociąg, ponieważ ten, jak się ostatecznie okazało, jechał w kierunku Bielsko-Białej. Najgorsze w tej opowieści jest to, że to nie byli jedyni pasażerowie. Wielu było śmiertelnie przekonanych, że jedzie na północ Polski aż przez kilka kolejnych przejechanych już stacji.


Słowa podsumowania mogą brzmieć tylko tak: było jak zawsze super!


11 sierpnia 2018

Pol'and'Rock Festival 2018 (cz.1)

Nie ważne, czy to Przystanek Woodstock, czy Pol'and'Rock...
Najważniejsze, że jest to Najpiękniejszy Festiwal Świata!
"Nazwa tak naprawdę używana jest tylko oficjalnie przez organizatorów, ale nikt z nas Woodstokowiczy nie wypowie nazwy Pol'and'Rock!" - to możemy usłyszeć od wielu uczestników. Osobiście jest mi to zupełnie obojętne. Cały czas będę mówić, że jadę na Woodstock, jakkolwiek go nazwą.


Tegoroczna edycja była wyjątkowa po każdym jednym względem. Wielki plus dla organizatorów, bo w porównaniu z ubiegłoroczną, zrobili nawet dwa kroki do przodu. Wydaje mi się również, że sam festiwal wzbudzał też mniej kontrowersji niż rok temu, równocześnie był mniej upolityczniony. Choć to wciąż okropny minus! Wykorzystywanie imprezy tego pokroju do przepychanek ideologicznych, przeszkadza uczestnikom i sprawia, że zabawa jednak w jakimś stopniu nie jest do końca beztroska, a w końcu o to chodzi.


Zaraz będzie czysto!
Nowa akcja i wydaje mi się że faktycznie uświadamiająca ludziom jak wiele syfu robią podczas festiwalu, zwracano uwagę i starano się przypominać uczestnikom o pozostawianiu po sobie porządku. Przed rozpoczęciem imprezy pojawiły się informacje, że na polu powstanie 35 punktów, gdzie można pozostawić śmieci i faktycznie, niemal  na każdym skrzyżowaniu były miejsca zrzutu odpadów, dzięki czemu w ogóle nie trzeba było myśleć o tym, gdzie je zostawić. Co więcej, nawet nie trzeba było mieć swoich worków, bo uczestnicy mogli je dostać od organizatorów. 


Impreza podwyższonego ryzyka
Jak już wiadomo, festiwal otrzymał status "podwyższonego ryzyka", co mnie bardzo wkurzało rok temu, natomiast w tym, w ogóle tego nie odczułam. Co prawda były zamontowane bramki przed wejściem na Viva Kultura, Namiot ASP czy na Małej Scenie, ale rewizje nie były już tak dokładne i bardziej "ludzkie" w porównaniu z tym co było w zeszłym roku. Duża scena natomiast była "otwarta", a wokół niej stał Pokojowy Patrol i kontrolował uczestników, jeśli były jakieś nie prawidłowości. To mi się podobało, czułam się bezpieczniej z myślą, że dookoła sceny krąży patrol i obserwuje czy np. ktoś nie pije alkoholu (tak, bo nie można było). Jest to lepsza opcja niż trzepanie cudzych rzeczy z przesadną dokładnością, bo jeśli ktoś będzie chciał "coś przemycić" to i tak to zrobi wbrew zakazowi, a chodzący Patrol wśród tłumie eliminował właśnie takie sytuacje. W ubiegłym roku się z tym nie spotkałam i mimo bramek oraz natarczywych przeszukiwań, widziałam więcej niebezpiecznych sytuacji, niż w tym roku. Wygląda na to że, zaufanie, rozsądek i świadomość tłumu o samokontroli jest lepszym rozwiązaniem.


Kontrowersje
Oczywiście pisząc wcześniej, że w tym roku było mniej kontrowersji, mam na myśli, że osobiście nie odczułam jako uczestniczka żadnych niedogodności ze strony organizatorów festiwalu i nie byłam świadkiem żadnych afer, ale takie się jednak wydarzyły. Najbardziej głośnia wydaje mi się sytuacja związana z Państwową Strażą Pożarną, która odmówiła polewania wodą festiwalowiczów przy scenie, argumentując że nie będą jeździć ciężkim sprzętem w tłumie i zaproponowano w zamian kurtyny wodne, na co organizatorzy się nie zgodzili i poprosili o pomoc służby z Berlina. Dla mnie nie robiło to wielkiej różnicy, ponieważ nie planowałam się bawić przy scenie za dnia w  tak wysokiej temperaturze, wybieraliśmy wieczorne koncerty. Oczywiście kontrowersje również wzbudzały (chyba mniej wśród uczestników, a jak zawsze bardziej dla obserwatorów) informacje o różnych przestępstwach zarejestrowanych przez policję, jak: przestępstwa narkotykowe, kradzieże, rozboje. W sumie oficjalnie policja mówi o 213 zarejestrowanych przestępstwach. Standardowo nie byłam świadkiem żadnych wydarzeń tego typu, już kolejny raz, więc ze swojej strony i bardzo subiektywnej oceny mogę tylko napisać: "tak, według mnie jest bezpiecznie".


Dziś, już kilka dni po festiwalu mówi się o tym, że Jurek Owsiak chce oddać festiwal w ręce miasta Kostrzyn nad Odrą. Miasto i tak od wielu lat aktywnie uczestniczy i współpracuje w organizacji imprezy. 
Ale czy to faktycznie dobry pomysł? 

Dużo więcej o tym jak się bawiliśmy na Pol'and 'Rock już w następnej notce.  Ja ne!
Z dnia:11.08.2018


24 lipca 2018

Pomysł na: szkatułka w stylu japońskim

Ohayou minna!
Bardzo dawno nie było nic z kreatywności, a ostatnio trochę poświęciłam się DIY oraz rysunkom. Efekty w pierwszej kolejności można obserwować na moim snapchacie, tak więc jeśli chcecie być na bieżąco, to serdecznie zapraszam.


Dzisiaj z kolei chce Wam pokazać niedawno zrobioną szkatułkę w stylu japońskim, z motywem sakury. Moja praca nad nią trwała kilka dni, a pomysł się zrodził dość spontanicznie przy porządkach w biżuterii.
Do przygotowania szkatułki potrzebujemy:
  • tekturki (dwa elementy 10x10 cm oraz cztery elementy 10x4 cm)
  • nożyczki
  • linijkę
  • farby akwarelowe
  • klej magic
  • świecę (niekoloryzującą)
  • włóczkę
  • białą igłę z nitką i naparstkiem
  • ozdobne koraliki
Szkatułka jest wykonana z tektury o wymiarach 10x10x4 cm (odpowiednio: długość, szerokość,wysokość).

Pierwszym etapem było pomalowanie tekturek na biało. Niestety jedyne farby jakie miałam pod ręką to farby wodne, dlatego musiałam pomalować je aż czterokrotnie.

Bardzo nie lubię używać kolorów w swoich pracach, ale tutaj miałam bardzo prosty plan.
Plusem używania akwareli jest uzyskiwanie efektu rozmytych barw w sposób bardzo płynny. Nie robimy ostrych konturów, tylko delikatne przejścia odcieni barw poprzez nakładanie warstw farby od najjaśniejszej do najciemniejszej i ewentualne rozmycie czy rozjaśnienie z reguły otrzymujemy dzięki użyciu wody.  Ta technika jest doskonała do uzyskania naprawdę dobrego efektu japońskiej sakury. Wystarczy najpierw namalować kontury drzewa (w moim wypadku jeszcze wcześniej tło), a następnie nakładać tylko warstwy różowej farby. Oczywiście pierwsza warstwa różu musi być najbardziej obszerna na kartce, kolejne zaś powinny zawężać swą granicę i pojawiać się tylko punktowo. Dzięki temu osiągamy przejścia koloru różowego od najjaśniejszego do najciemniejszego. I tu własnie jest ten haczyk, że malowanie farbami wodnymi jest czasochłonne, musimy odczekać aż wyschnie nam jedna warstwa farby, aby można było na nią nałożyć kolejną inaczej uzyskamy jedną wielką plamę.

Kolejnym krokiem było sklejenie elementów. W tym celu jak zawsze używam sprawdzonego kleju magic, który przede wszystkim po wyschnięciu jest przeźroczysty, więc nie zostawia po sobie żadnych śladów. Dodatkowo nie schnie zbyt szybko, ale również nie za wolno, co pomaga we wprowadzaniu ewentualnych poprawek podczas sklejania elementów i uzyskania efektu idealnego dopasowania się.

Świeczka to super rozwiązanie do takich delikatnych artystycznych tworów, które zabezpiecza nam nasze dzieło przed różnymi zewnętrznymi czynnikami, a szczególnie przed wodą! To naprawdę dobry impregnat. Po pomalowaniu tektury i wyschnięciu farby warto przetrzeć całą powierzchnię białą niebarwiącą świecą. W przypadku ewentualnego zalania pudełeczka, woda nie wchłonie się tekturę i nie zniszczy jej. Co więcej gdy pudełko stoi na wierzchu może się zakurzyć, a śliska powierzchnia uzyskana dzięki nawoskowaniu, pomoże nam w starciu kurzu nawet wilgotną szmatką. Dodatkowo jest milsze w dotyku, osobiście nie lubię szorstkiej struktury po pomalowaniu farbami i zazwyczaj w taki sposób się jej pozbywam.

Lubię mozolne, precyzyjne i dokładne prace, dlatego głupia postanowiłam, że obkleję wnętrze  swojej szkatułki białą włóczką. Tutaj znów użyłam kleju magic, który nie tylko jest dobry do sklejania papieru, ale również innych materiałów jak np. drewno, porcelana czy tkaniny.

Chciałam by moja szkatułka była "bogato zdobiona". Mam masę różny koralików, łańcuszków, tasiemek, ale tym razem postawiłam głownie na mini diamenciki. 

Element końcowy. Po ozdobieniu pudełka zastanawiałam się jak przymocować górę zamykającą pudełko. Zastanawiałam się nad użyciem mini zawiasów, ale to nie miało by wielkiego wkładu pracy, więc standardowo jak czegoś nie chcę zrobić w sposób zbyt łatwy, wybieram ten bardziej skomplikowany, ale za razem tradycyjny i w ten sposób zawiasami stała się nić. 

EFEKT KOŃCOWY


Jestem mega zadowolona z efektu końcowego. Poświęciłam sporo czasu na zrobienie pudełeczka w stylu japońskim. Wszystkie elementy, detale są bardzo przemyślane i nie było mowy tutaj o przypadkowym wykorzystaniu czegokolwiek.

Dajcie znać:
 Czy Wam się coś takiego podoba? 
Czy również tworzycie takie rzeczy?  
A może w ogóle Was to nie kręci ani się nie podoba?

Kiedyś, bardzo dawno, bo chyba nawet w gimnazjum zajmowałam się robieniem małych modeli szafek własnie w taki sposób i choć jest zajmujący, to bardzo mnie satysfakcjonuje (przykład takiej szafeczki z boku).
Krótko nawiązując do tego co się u mnie dzieje, odnosząc się do tego o czym wspominałam na wstępnie, to swoje studenckie wakacje spędzam w domu pomagając i pracując przy agroturystyce rodziców. W między czasie dużo czytam, dużo oglądam i dużo tworzę. W związku, że dużo rysuję, a naprawdę dawno tego nie robiłam, to prawdopodobnie pokaże na blogu tylko kilka prac w jakimś zbiorczym poście. Do recenzji filmów i książek o tematyce azjatyckiej kompletnie nie mam weny, ale te prędzej czy później również się tutaj ukażą.

Ogłoszenie imprezowe:
Za tydzień wybywam na Pol'andRock Festiwal, czyli nieśmiertelny Woodstock w Kostrzynie. Planowo będę tam od samego rana 1 sierpnia do 4 sierpnia zapewne godzin popołudniowych, więc jeśli znajdzie się dusza chętna na spotkanie, to nie trudno jest się ze mną skontaktować (najszybciej jak zawsze przez snapa, ale również przez twittera nieliczni mogą to zrobić i oczywiście przez FB).
Do następnego, mata ne! ^__^


Z dnia: 24.07.2018

1 czerwca 2018

Anime: "Aggretsuko"




Rok produkcji: 2018 Ilość odcinków: 10; Gatunek: komedia, muzyczna

Nienawidzisz swojej pracy i na dodatek jesteś gnębiony przez szefa? Spokojnie! Na ratunek przychodzi karaoke. W tym małym pokoiku masz szansę się wyszaleć, pozbyć się wszelkich złych emocji, wytańczyć, wypić, najeść, a co najważniejsze wykrzyczeć i wyśpiewać w rytmach... death metalu?


Dwudziestopięcioletnia Ruda Panda Retsuko pracuje w dużej korporacji jako księgowa. Pracuje na najwyższych obrotach, zły szef obarcza ją dodatkową robotą i traktuje jak śmiecia. To wszystko sprawia ze Retsuko nienawidzi swojej pracy i bardzo chciałaby z niej odejść. Niestety główna bohaterka jest bardzo przykładną obywatelką, niesamowicie odpowiedzialną - zawsze wywiązuje się ze swoich obowiązków, jest dla wszystkich miła i nie potrafi nikomu niczego odmawiać. 

Aggretsuko pojawiło się na japońskich ekranach już dwa lata temu, ale dopiero za sprawą Netfix, w tym roku z wielkim powodzeniem, rozprzestrzenia się na ekranach reszty świata. To anime kierowane do odbiorców chcących poznać szarą rzeczywistość młodych ludzi pracujących w wielkich korporacjach, zmagających się z poważnymi codziennymi problemami. Poznajemy głownie singli pragnących miłości, akceptacji innych i chcących realizować swoje życiowe cele.  

Aggretsuko przedstawia nam dziewczynę o nieco złożonej osobowości. Retsuko charakteryzuje "fałszywa grzeczność". Choć główna bohaterka nie zgadza się z wieloma rzeczami, które musi zrobić wywiązuje się z nich, mimo braku sił oraz chęci. Sprawia to, że staje się wykorzystywana przez swoich przełożonych i innych pracowników korporacji, dlatego też dziewczyna nazywa się "przykładną obywatelką", bo wykonuje swoją służbę obywatelską w sposób perfekcyjny - nie zawodząc nikogo.
Z drugiej zaś strony Retsuko pokazuje charakterek zamykając się w pokoju karaoke i wylewając  z siebie wszystkie smutki i złości wykrzykując do mikrofonu piosenki death metalowe. To właśnie element, który świetnie kontrastuje z ukazaną rzeczywistością, w której musi się znajdować Ruda Panda. 

Postacie poboczne odgrywają ważną rolę w życiu Rutsuko. Warto nadmienić, że zestawienie charakterów i zachowania z odpowiadającymi im postaciami zwierząt nie wydaje się być przypadkowe. Autorzy doskonale wiedzieli, jaką mają symbolikę, ale również jak zachowują się w środowisku naturalnym: 
* Ton - szef działu księgowości, jest skrajnym szowinistą, nie szanuje swoich pracowników, wykorzystuje ich i jest ucieleśnieniem "typowej męskiej świni".
* Fenneko - pracuje w biurze wraz z Retsuko, wnikliwa obserwatorka, bardzo spostrzegawcza, potrafi bardzo szybko przejrzeć czyjeś uczucia i zachowania. Jest ucieleśnieniem cwanego liska.
* Washimi - pracuje jako sekretarka prezesa firmy jest typowym eleganckim drapieżnikiem, posiada zachowania łowieckie, jest pewna siebie, zrównoważona, dba o swoje interesy i zawsze wygrywa. To ucieleśnienie ptaka Sekretarza. 

Autorzy stworzyli serial, na pierwszy rzut oka, z kreską przesłodzoną, jest podobna do oprawy Hello Kitty, zawiera wiele "udziwnień" - gwiazdeczki, kreseczki, zimne poty i inne dodatki wstawiane w "naturalny obraz" anime. Natomiast przesadzenie to ma swoje zastosowanie i nie jest ono natarczywe, dobrze komponuje się z humorem serialu. 

Dla mnie ogromnym plusem jest niekonwencjonalne zastosowanie muzyki metalowej. Jak wspominałam wyżej wstawki z karaoke Rutsuko dodają charakteru, ale to nie jedyny moment, kiedy mamy z nią styczność. W momentach mniej oczekiwanych, gdy bohaterka zaczyna się irytować i wybuchać złością w innych sytuacjach, niż podczas zaplanowanego śpiewania w pokoju karaoke, jesteśmy świadkami przeistoczenia się całości oprawy anime. Kreska nabiera agresywnego stylu, linie przestają być delikatne, zacierają się, a mimika twarzy Rudej Pandy się zniekształca. W tle słychać muzykę i krzyki Rutsuko. Warto przysłuchiwać się tekstowi (czytać go), bo tłumaczy on nieraz zamiary, chęci i emocje głównej bohaterki. 


Anime naprawdę polecam osobom, które lubią oglądać coś zwyczajnego, ale za razem nieschematycznego. Niby serial opowiada zwykłą historie, ale bohaterka nie jest zwykła. Postacie poboczne ogrywają dużą rolę. Co więcej niesie za ze sobą pewien morał. Jaki? Dowiecie się, jeśli obejrzycie.
Serial jest na tyle przyjemny, że nie sposób znaleźć w nim minusy. Chociaż ja jednego się dopatrzyłam, mianowicie jest zdecydowanie za krótki! Każdy odcinek trwa tylko 15 minut i jest ich 10, co daje nam czas trwania długiego filmu rozłożonego na kilka części.
Definitywne:

Ocena: 10/10


Z dnia: 1.06.2018

11 maja 2018

Dookoła świata: Czechy - ścieżka w koronach drzew

Ahoj! Pepiki, knedliki, piwo i ciasteczka z liśćmi konopi. Wiele nas łączy, to nasi słowiańscy bracia i siostry, mający podobna flagę (dodając niebieski trójkącik). To zachodnio-południowi sąsiedzi, ludzie o śmiesznym języku. Zabawni, przyjaźni, a jacy temperamentni! Dzisiaj: welcome to the Czech Republic!


Ścieżka w koronach drzew znajduje się po stronie czeskiej karkonoskiego parku narodowego. Przejeżdżając granicę polsko-czeską w Lubawce kierujemy w stronę Jańskiech Łaźni, czyli zimowego kurortu narciarskiego i letniej strefy wędrówek górskich. Nie są to wysokie góry, ich poziom waha się od około 600 do prawie 1300 metrów nad poziomem morza. 
Ścieżka w koronach drzew została otwarta w ubiegłym roku (2017) na początku lipca, od tamtej pory jest jednym z ulubieńszych miejsc odwiedzanych przez polskich turystów! Nie kłamię. Już będąc na parkingu przygniata nas ogromna ilość polskich tablic rejestracyjnych. Zainteresowanie obiektem jest tak ogromne, że do samej kasy biletowej czekaliśmy około 40 minut. Na nasze nieszczęście się rozpadało, ale nawet deszcz nie spowodował, że kolejka malała.
Fakt, że ścieżka znajduje się w parku narodowym, jest o tyle ciekawy, że właśnie tutaj możemy znaleźć gatunki roślin i zwierząt, których nie mamy możliwości spotkać nigdzie indziej. Ścieżka, którą podążamy jest swego rodzaju ścieżką edukacyjna pozwalającą nam zapoznać się poprzez wiele tablic informacyjnych z ciekawostkami tam występującymi, jak choćby wiadomości o tamtejszej glebie czy o systemie korzeniowym drzew. Informacje nie są zapisywane w języku polskim, jedynie w czeskim i angielskim.




KŁADKA
Wbrew pozorom to właśnie tutaj jest najwięcej atrakcji, choć i sama wieża daje nam wiele frajdy. Na kładce mamy wiele przystanków z tablicami informacyjnymi, ale również przejścia dające nam sporą dawkę adrenaliny. Możemy pokonywać tam nasz lęk przed wysokością, jeśli taki mamy, przechadzając się po specjalnie zbudowanych torach z przeszkodami i spoglądając na przepaść znajdującą się pod nami, która sięga nawet do 24 metrów!






WIEŻA
Wieża to spirala wyciągająca się ku samych koron drzew mająca kilkanaście pięter i licząca aż 45 metrów wysokości. Podejście jest bardzo delikatne, dogodne również dla osób poruszających się na wózkach. A widoki? Widoki wspaniałe! Na szczycie wieży poczujemy się jak ptaki, cały górski krajobraz jest u naszych stóp. Co ciekawsze, wcale nie musimy schodzić tą samą trasą na dół, bo możemy zjechać. Wewnątrz wieży znajduje się 50-cio metrowa zjeżdżalnia, dostępna dla osób powyżej lat 6 i wzrostu 120 cm. Czyli nie dla maluchów! Doda nam to masę adrenaliny i jeszcze więcej zadowolenia z wycieczki.


Co z cenami podróży? Cóż, nie wypowiem się odnośnie stosunku cen do jakości noclegów, gdyż nigdy nie nocowałam nigdzie w Czechach, bo mieszkam bardzo blisko granicy, ale z łatwością przechodzi mi przez gardło, że ceny w Czechach są dużo niższe niż tutaj w Polsce. Zdecydowanie opłaca się kupować wiele produktów zagranicą takich jak: dobre czeskie piwo, czekolady (koniecznie studencka), produkty zawierające liście konopi (ciasteczka, czekolady, przyprawy, leki i inne), leki/kosmetyki zdrowotne np. Alpa (bardzo polecam na bóle mięśniowe czy stawowe podczas przeziębień, ale również i na przewlekłe choroby tego typu, stosowana do masażu, kąpieli czy okładów) i naprawdę wiele, wiele innych dobrych produktów, które u nas są dużo droższe. Jeden w tym haczyk – lepiej nie kupować przy samej granicy, koniecznie poszukajcie coś kilka/kilkanaście kilometrów od niej.
Ceny wejść w miejsca turystyczne, porównując z regionem w którym mieszkam są zdecydowanie tańsze niż w Polsce. Wejście na Ścieżkę w koronach drzew to koszt 220 koron, czyli około 35 złotych dla osoby dorosłej i 180 koron dla dzieci do lat 14 (choć często tą granicę naciągają). Istnieją także bilety rodzinne, które opłacają się najbardziej. Czy jest to drogo? Według mnie nie, patrząc na to co możemy zobaczyć i jak wielką frajdę z tego mieć. Natomiast ceny parkingów w Czechach są dość spore, nas to kosztowało 70 koron, co w przeliczeniu daje około 11 złotych. Niestety nie ma możliwości zaparkowania w żadnym innym miejscu.

Opinia Aiko: Ja bardzo lubię Czechy, najbardziej te zielone i swojskie niedaleko naszej granicy, gdzie mam podobne widoki na szczyty górskie, mogę wędrować i czuć ten sam zapach drzew co w moich Sowich Górach. Uwielbiam Czechy za ludzi, ich poczucie humoru, ale też temperament, który jest wybitnie wybuchowy. A szczególnie za to, że czuję się tam jak w domu. 

Z dnia: 16.05.2018