TOP koreańskie dramy!

Najlepsze koreańskie dramy minionych lat. Subiektywne podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Sposób Aiko na poznanie Japończyka. Jak szukać, zeby znaleźć dobrego kowersatora?

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy, czyli jak wyglądał pobyt Japończyka w polskim domu.

Koloryzacja włosów henną

Fakty i mity o hennie do włosów. Ocena i wnioski po kilkumiesięcznej koloryzacji.

Dookoła świata

Seria opowieści podróżniczych Aiko o tym gdzie była i co widziała. Poszerzające horyzonty wpisy o otaczającym nas świecie.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Kilka słow o ksiażce Beaty Pawlikowskiej. Czy warto rozpocząć przyjodę z językiem japońskim właśnie z tą ksiażką?

Praca we Włoszech

Jednym z doświadczeń życiowych Aiko, był wyjazd na praktyki zawodowe do słonecznej Italii. Jak to wygląda za kulisami?

Jestem nosicielką dredów

Fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi i jak pielęgnuje, a także czy jest to fryzura dla każdego? O tym dowiecie się dzięki Aiko!

Nama Chocolate

Przepis na własnoręcznie robione walentynkowe czekoladki.

Tutorial na Pandę brelok

Aiko pandowa świruska, pokazuje jak wykonała swoją brelokową Pandę.

Pol'And'Rock 2018

Najpiękniejszy festiwal świata okiem Aiko-chan! Czy zmiana nazwy festiwalu zmieniła cały festiwal?

24 grudnia 2019

Dookoła świata: Niemcy - Miśnia, Drezno i jarmark

Wielokrotnie przejeżdżałam przez te państwo i przeżywałam niezapomniane przygody. Bywałam na targach turystycznych w Berlinie, bawarskiej Norymbergi i przeżyłam podróż donikąd, czyli trzytygodniowe wakacje w 3 dni w Ingolstadt (kompendium wiedzy dla podróżników "jak zniszczyć sobie wakacje", polecam). Tym razem liznęłam klimatu Saksonii. Welcome to Germany! 


Nawał zobowiązań, pracy i nauki doprowadził mnie jak zwykle do stanu chorobowego. Od dwóch tygodni bez skutku leczę przeziębienie. Na szczęście mam na to sprawdzony już sposób. Co roku przeprowadzam eksperyment i choruję przed świętami, tylko po to, żeby wyleczyć się grzańcem (żarcik, nie robię tego specjalnie, ale jakoś tak bywa, że okres przedświąteczny spędzam w łóżku). W tym roku postanowiłam spróbować trunków naszych zachodnich sąsiadów.

Albechtsburg Meissen.
Jedyne 3 godziny jazdy ode mnie, leży urokliwe miasto nad Łabą, w kraju związkowym Saksonia. Mowa o Miśni lub z języka niemieckiego Meissen (Meißen). Miejscowość została założona ponad tysiąc lat temu i jej historia przeplata się nieco z naszą - polską historią. Szczególną ciekawostką może być to, że na początku XVIII wieku założono tam Królewsko-Polską i Elektorsko-Saską Manufakturę Porcelany - była pierwszą manufakturą porcelany w Europie. Głodni nowych wrażeń dojechaliśmy właśnie tam!
Katedra św. Jana i św. Donata.



Pionierskim miejscem w Meissen jest wzgórze zamkowe, a na nim pochodzący z XV wieku Zamek Albechtsburg Meissen, w którym znajduje się bogato wyposażone muzeum. Tuż obok, na dziedzińcu dostrzeżemy wzbijającą się do nieba Katedrę św. Jana i Donata, nazywana inaczej Meissner Dom. Na szczyt góry wejdziemy urokliwymi ścieżkami z cienkimi schodkami tuż przy murach porośniętych zielenią. Miejsce prezentuje się okazale, zachęca do zwiedzania nawet w deszczową pogodę.
Ścieżka wokół zamku oraz słup poczty polsko-saskiej.
Równie kuszące są dolne partie miasta, gdzie zobaczyć można między innymi Kościół św. Afry, Ratusz z XV wieku czy pobliskie muzea, a odchodząc już z centrum wstąpić do manufaktury porcelany lub zobaczyć słup dystansowy poczty polsko-saskiej z XVIII wieku.

Ceny:
Bilet wstępu do Zamku w Meissen to koszt 8 euro, natomiast można zakupić sobie bilety łączone. Zamek wraz z Manufakturą to bilet 15 euro, a z katedrą 11 euro. 

W Miśni nie zabawiliśmy zbyt długo. Pożarliśmy pajdę chleba z serem i wypiliśmy gorąca czekoladę. Pojechaliśmy około 30 kilometrów dalej do Drezna.
Zwinger.
Drezno chodziło mi po głowie już od dłuższego czasu. I muszę przyznać, że wrócę tutaj na pewno. Jednodniowa wycieczka to zdecydowanie za mało czasu na tak piękne i duże miasto - stolicę Saksonii! Miasto, podobnie jak Meissen, jest położone nad Łabą. Posiada bardzo bogatą i długą historię, ale podczas II wojny światowej niestety zostało doszczętnie zniszczone. Co prawda odbudowano je, jednak nie jest to nadal większość historycznej zabudowy, a jedynie jej niewielka część.


Póki jeszcze niezastała nas noc wyruszyliśmy na spacer po uliczkach Drezna. Szybko zaprowadziły nas do najbardziej popularnego miejsca, jakim jest Zwinger. Budowla z ogromnym dziedzińcem otoczona kilkoma pawilonami, galerią oraz bramą koronną. Wychodząc z rezydencji Wettynów napotykamy konny pomnik jednego z królów wspomnianej dynastii - Jana. Następnie pokierowaliśmy się na most Fryderyka Augusta, który obecnie nie prezentuje się najlepiej, ponieważ jest w przebudowie. Po drugiej stronie Łaby spotkaliśmy Złotego Jeźdźca, będącym Królem Auguste II Mocnym (również królem Polski).
Orszak książęcy.
Wietrzna pogoda zmuszała nas powoli do powrotu w miejsce najbardziej pożądane. Czas na rozgrzanie się grzańcem i przekąszenie czegoś typowo jarmarkowego (ważne że niezdrowe i tłuste!). Wracając niemalże tą samą drogą trafiliśmy na  Orszak książęcy. Zapętlę dzisiejszy wpis i wrócę myślą do Miśni, która odgrywa tutaj główną rolę. Malowidło początkowo było naniesione na ścianę techniką sgraffito, ale ze względu na jej nietrwałość postanowiono przenieść dzieło na ceramiczne kafelki pochodzące z miśnieńskiej porcelany. Obraz ścienny składa się z 25 tysięcy płytek i ma 101m szerokości, to czyni go najdłuższym tego typu na świecie. Orszak przedstawia 35 władców reszta postaci to uczeni, żołnierze, dzieci czy zwierzęta.
Jarmark w Dreźnie z Kościołem Marii Panny w tle.

Dzień zakończyliśmy grasując na jarmarkach. Zdecydowanie jest to jeden z piękniejszych i największych jarmarków na jakich byłam. Nie jest jednolicie położony. Składa się z wielu marketów położonych na kilku placach i wzdłuż wielu uliczek. Każdy z nich był przepełniony i nadzwyczaj urokliwy mimo tłumów. Nadzwyczaj klimatyczny i oczywiście nastawiony na wydatki turystów. Niemniej jednak warto go odwiedzić dla samego świątecznego nastroju.

A wy byliście w tym roku na jakimś jarmarku?

_________________________________

Coś z życia Aiko
Mam cichą nadzieję, że powoli powrócę do świata żywych. Dni uciekają mi między palcami. Wydaje mi się jakby nadal był październik. Zwyczajnie stanęłam i przestałam się ruszać albo ruszam się tak szybko, że nawet tego nie czuję? Raczej to drugie. Ostatni rok studiów, choć sam w sobie niewymagający, to pisanie pracy dyplomowej zajmuje mi wiele czasu i cierpliwości. Próbuję to godzić z innymi obowiązkami - spotkaniami, aktywnościami studenckimi i pozauczelnianymi, a szczególnie pracą, a właściwie to dwiema już pracami...
Co byłoby obecnie moim największym dramatem? Zgubienie kalendarza. A właściwie byłoby to szczęściem. Uwolniłabym się od krępujących mnie obowiązków. Nie taką dorosłość chciałam, która wyciska ze mnie strumieniami radość i marzenia. Zabiera mi siły i chęci, a na miejscu ambicji zostawia jedynie poczucie wykonania w poprawny sposób pewnego zadania. Najgorszy jest bark celu i pustka. Może rok 2020 będzie tym lepszym.

Na te święta życzę wszystkim, i każdemu z osobna, spokoju, odcięcia się od zgiełku, ale przede wszystkim spędzenia czasu w wyjątkowy sposób, taki jaki sobie wymarzycie z osobami które kochacie lub nawet sami. Na Nowy Rok z kolei życzę pomyślności i radości z tego co przyniesie jutro.

P.S.
Notki z Maroka jeszcze będę! (;
Z dnia: 24.12.2019

25 października 2019

Dookoła świata: Maroko - kuchnia, kultura, stereotypy i bezpieczeństwo

Zapamiętam piasek, pomarańczową ziemię, kępy wyschniętej trawy, narzucone kamienie i drzewa samotnie rosnące w oddali, a pod nimi osiołek. Zatłoczone miasta, trąbiące skutery, nawoływanie z pobliskich straganów i dzieci proszące o pieniążek, uśmiechy oraz serdeczność, ale również spojrzenia spode łba. Gdybym miała opisać swoją ostatnią podróż, to właśnie tym dla mnie było państwo w północno-zachodniej części Afryki. Welcome to Maroco!


Nareszcie to zrobiłam! Udało mi się przekroczyć nudny europejski kontynent i wyruszyć w podróż po Maroku. Nie do jednego miasta, nie do dwóch... Przejechałam niemalże całe państwo, poznałam cudownych ludzi, zobaczyłam ocean, pustynię, wąwozy, miasta te małe i te duże, piękne parki, nawdychałam się kurzy, oblazły mnie mrówki, a bezdomne koty doprowadzały do płaczu, z powodu mojej alergii rzecz jasna. Doświadczeń było co niemiara, w większości pozytywne. 

Dzisiaj jeszcze ze mną nie pozwiedzacie, jak zazwyczaj, tak się ułożyło, że po powrocie do Polski zastałam nawał obowiązków, spod których ciężko jest mi się wygrzebać. Staram się od miesiąca wszystko poukładać, ale średnio mi to idzie. Dlatego notki będą pojawiały się znów rzadziej, ale będą zawierały dużo treści. Dziś jeszcze mało o samej podróży i cudownych miejscach w jakich byłam, a więcej o kuchni, trochę o kulturze, stereotypach oraz jakie mam odczucia po tej nieco egzotycznej podróży. Jedziemy!



Kuchnia
Jeśli chodzi o kuchnię marokańską nie byłam w tym temacie zielona i choć nie przepadam za nowinkami żywieniowymi, to czułam się znakomicie jedząc ichniejsze dania, każde z nich charakteryzowało się intensywnością smaku, czyli tym co lubię najbardziej!
Śniadania były dość skromne i lekkie. Zazwyczaj podawano nam marokańskie chlebki - khobz. Jest to rodzaj pieczywa pszennego, przypominającego placki. Serwowano je do kanapek, ale odgrywały one bardzo dużą rolę także w daniach głównych, szczególnie jako sztućce. Podczas śniadania zajadaliśmy się własnie nim i towarzyszyły mu zazwyczaj świeże oliwki, zarówno czarne jak i zielone (koniecznie niewydrylowane!), oliwa, pomidory oraz dżem. Alternatywą do chleba były naleśniki czyli tzw. baghir - naleśniczki te są mniejsze od naszych standardowych. Różnią się także składnikami, ponieważ zawierają w sobie m.in. drożdże czy semolinę. Dodatkiem do śniadania były nieraz croissanty oraz sok pomarańczowy.
Obiady były bardzo sycące. Dobrze pamiętam smak hariry, jest to zupa, dość popularna i podawana jako przystawka. Przyrządza się ją z soczewicy, zawiera w sobie kawałki smażonej wołowiny (czasem ryb). Popularna jest także sałatka marokańska składająca się głownie z pomidorów, cebuli, oliwek i granatów. Daniem głównym często był tażin, mający wiele odsłon (np. wegetariański, z kurczakiem, rybą, wołowiną, jagnięciną). To gulasz smażony w charakterystycznych glinianych naczyniach z pokrywą w kształcie stożka. Nie posiada jedynego określonego smaku, a dodatków do podstawowych składników może być wiele. Przeciwnikiem cudownego tażina może być kuskus podawany w kształcie stożka, zrobiony z kaszy pszennej i podawany z mięsem, często z ostrym sosem. Lekkim zamiennikiem może być omlet berberyjski podawany w blaszanym talerzyku lub na patelni z dodatkiem warzyw, często spotykany w odsłonie z pomidorami i oliwkami.
Harira, tadżin i omlet berberyjski
Na wieczorną przekąskę mogą nam posłużyć regionalne owoce lub świeżo wyciskany sok np. z trzciny cukrowej, granatów lub pomarańczy. A jeśli mamy ochotę na coś bardziej sycącego, to polecam mesmena lub inaczej nazywany rghayef, czyli naleśniki. Nie są to zwyczajne naleśniki, przypominają raczej połączenie ciasta naleśnikowego z ciastem francuskim - są warstwowe. Podawane zwykle w wersji słodkiej z miodem, twarożkiem lub konfiturą.
Po tak wielu pysznościach warto zapamiętać nazwę green mint tea. Nazwa mówi sama za siebie, jest to zielona herbata z miętą  parzona w metalowym imbryku, dodaje się do niej sporą ilość cukru. Jest doskonała na poprawę trawienia i choć podawana na gorąco w upalne dni, smakuje dobrze i orzeźwia. A jeśli znajdują się tutaj smakosze i degustatorzy piw polecam Casablankę oraz Flag Special, są delikatne w smaku, do kupienia w klasycznie "dużej" szklanej butelce 330ml.
Green mint tea, mesmen oraz często spotykana lekka wersja śniadania w hotelach.
Kultura i stereotypy
Stereotypy są i będą, i pozytywne i negatywne. Ja nie byłam nimi przesadnie nasiąknięta, nie czytałam przewodników, moja wizja Maroka powstała na skutek wspaniałych opowieści z podróży moich rodziców kilka dobrych lat temu. Wówczas oglądając zdjęcia i słysząc ich przygody nie mogłam sobie wyobrazić, jak jadę do tego kraju. Nigdy nie gustowałam w pustynnych i stepowych krajobrazach. Kocham bujną zieleń, szczególnie pokrywającą pobliskie góry. Nie lubię brudu i kurzu, boję się zatruć pokarmowych (bo ich nie miewam), a najgorszym złem są dla mnie upały. Wyobrażenia te niezbyt odpowiadały mojemu poczuciu komfortu, ale rzeczywistość je zweryfikowała.
Choć kraj znajduje się w Afryce nie jest tutaj aż tak gorąco, jakby mogło się wydawać. Klimat  jest zbliżony do tego nad hiszpańskim wybrzeżem - latem jest upalnie, a zimą całkiem chłodno (wiecie, że może spaść tutaj nawet śnieg?!). Dlatego idealną porą na zwiedzanie jest wiosna lub jesień. Jednak musimy pamiętać, że np. w okresie drugiej połowy września mogą się już pojawić opady (nam się udało na takowe trafić).
Krajobraz Maroka jest bardzo zróżnicowany. Choć w większości otacza nas pomarańczowy piach, kamienie i bruk, to w rzeczywistości jest tutaj całkiem dużo zieleni. Duże miasta dbają o powstawanie stref zielonych, ale największym zaskoczeniem są gaje palmowe i oazy, które wyłaniają się wśród suchego, pustynnego krajobrazu i wnet zauważamy wijącą się rzekę, a wokół niej otaczającą ją zieleń.


Wyobrażenie samego wyglądu kraju zostało zweryfikowane. Jednak co z mieszkańcami? Zapewne większość wie, że Maroko jest krajem islamskim, co oznacza, że niemal wszyscy jego obywatele są muzułmanami, ale jest to równocześnie kraj odznaczający się dość dużą tolerancją na inne religie. Ciekawostką jest, że ten kraj jest obecnie domem dla około 4-5 tysięcy Żydów, którzy przez setki lat zamieszkiwali te tereny i żyli dom w dom z Berberami, kształtując gospodarkę i kulturę tego państwa. Ludność ta może się czuć tam w miarę bezpiecznie, szczególnie przez wzgląd na to, że bardzo często mieszkają niedaleko rezydencji króla, co oznacza, że w pewnym sensie są pod jego "ochroną".
Marokańczycy wobec nas - Europejczyków zachowują się bardzo przyjaźnie, ale musimy pamiętać, że głownie dlatego, że gospodarka marokańska w dużej mierze (choć nie tylko, co ją właśnie wyróżnia np. od Egiptu lub Tunezji) opiera się na turystyce. Marokańczycy są zaś bardzo przedsiębiorczymi ludźmi i potrafią świetnie wykorzystać tą sytuację. Pamiętajcie, że będąc w tym kraju, trudno być "swoim". Bardzo często otrzymacie cenę dla turysty za zwykłe pomarańcze czy pieczywo (zazwyczaj ceny nie są nigdzie napisane). Mieliśmy sytuację, w której sprzedawca warzywniaka trzy razy przeliczał nam cenę zakupionych owoców, bo wydawała mu się za niska, jak dla "obcych". Równocześnie podczas transakcji nigdy nie schodzą im uśmiechy z twarzy, są bardzo mili, zagadują i nierzadko powiedzą coś w naszym języku. Wszystko to sprawia, że chętniej kupujemy za krocie, dlatego podstawową zasadą jest TARGOWANIE się na straganach (np. kupując biżuterię lub ubranie, warto krzyknąć na sam początek co najmniej połowę ceny). W miejscach mało turystycznych zarabianie na nas nie jest już tak bezczelne, co nie znaczy, że nie mamy się trzymać na baczności.
Blada twarz przyciąga całą gamę ludzi, szczególnie, jeśli jest się kobietą o jasnych lub rudych włosach, jak ja. Przede wszystkim wszędzie są dzieci, ciągle podbiegają wyciągają rączkę i mówią z szerokim uśmiechem "madame" prosząc przy tym o pieniążek. W takich sytuacjach warto mieć trochę drobnych w kieszeni (1-2 dirhamy) albo ćwiczyć asertywność. Inną sytuacją są zaczepiający mężczyźni. Podczas samotnych spacerów, a nawet w towarzystwie bywałam łapana biegu i "zapraszana na herbatkę do pobliskiej restauracji", schemat był dość podobny. Zazwyczaj na odczepnego, umawiałam się z tymi Panami na kolejny dzień, byle przestali już namawiać i bym mogła iść dalej, oczywiście nie przychodziłam, a nawet więcej - byłam już w drodze do innego miasta.


Bezpieczeństwo
Rzecz, o której warto mówić podczas podróży gdziekolwiek, to bezpieczeństwo. Jadąc do Maroka słuchaliśmy opinii wielu losowych osób, które nijak oddawały rzeczywistość. Przy czym żadna z nich nie była w tym kraju. Argumenty są bardzo często takie same: "a w mediach mówili kiedyś o...", wiele z nich jest odosobnionych, jednorazowych, rzadkich...(bo czy u Was w mieście też kiedyś zgwałcono jakąś kobietę? Pewnie tak!). Jak wspominałam Maroko dba o swoją turystykę i o to, aby nie zadziało się tam tak, jak np. w Egipcie. Krótko mówiąc - trzymają za mordę.
Zacznijmy od tego, że jest to kraj policyjny. Przed każdym wjazdem do miasta znajduje się patrol policji, który ma prawo sprawdzić wjeżdżających (rzadko zatrzymują białych), mijamy ich z prędkością 20 km/h, jeśli na to pozwolą. Notabene, jeśli chodzi o patrole jest ich wiele na drogach i warto jeździć zgodnie z przewidzianą prędkością. Policji jest też sporo w samych miastach, a dokładniej w miejscach bardzo turystycznych, gdzie mogą pojawić się naciągacze. Szczególnie dużo służb mundurowych spotkamy przy rezydencjach króla, gdzie powinniśmy zachowywać się na odpowiednim poziomie i nie sprawiać wrażenia dziwnego zachowania.
Do tego punku dodałabym również wcześniej opisane sytuacje, jak nagabywanie przez mężczyzn lub proszenie o pieniądze. Inną sprawą są naciągacze np. taksówkarze, których przed skorzystaniem z usługi warto zapytać o cenę dojazdu do konkretnego punktu lub popularni w Marrakeszu zaklinacze węży, którym pod żadnym pozorem nie wolno robić zdjęcia, bo  będą chcieli od nas fortuny.
Wiele o bezpieczeństwie możemy także przeczytać na naszej stronie rządowej MSZ, choć nie do końca się ze wszystkim zgadzam, to też nie twierdzę, że nie ma zagrożenia. Natomiast istnieją miejsca nieco niestabilne, jak tzw. Sahara Zachodnia, która nie ma uregulowanego statusu i tam odradza się podróże (akurat byliśmy w pobliżu i było całkiem przyjemnie) oraz pogranicze z Algierią (czego testować nie chcieliśmy). Podchodziłabym jednak sceptycznie do ewentualnych działań terrorystycznych albo porwań dla okupu, szansa na takie zdarzenia raczej jest mniejsza niż w niektórych europejskich krajach.


Na koniec żegnam Was zdjęciem swojej własnej osoby i wspomnę tylko, o tym, że jest to miejsce, w którym nakrycie głowy nie jest konieczne, jak również skromy obiór, ale tylko w miejscach bardzo turystycznych i gdy podróżujecie w grupie. W miastach zalewanych przez turystów, spotkacie niejedną muzułmańską parę chodzącą za rączkę albo przytulającą się w tłumie. Jest tam bardzo przyjaźnie. Pamiętajcie jednak, że im oddalacie się od tych typowych i popularnych miejsc, tolerancja mieszkańców może maleć i spotkać się możecie z wrogim wzrokiem.
Dotyczy to w szczególności pań o jasnych włosach i bardzo bladej cerze.
Osobiście niejednokrotnie czułam się jak dziwadło ze swoją rudą czupryną i skórą koloru mąki. 



Mam nadzieję, że na kolejną notkę nie będziecie czekać miesiąc, ja ne!

Co myślicie podróżach do obcej kultury oraz o próbach wtapiania się w nią?
Czy byliście kiedyś w Maroku?


z dnia: 25.10.2019

2 września 2019

Turystyka na opak: typy turystów



Najpiękniejsze miejsce na ziemi - latem jest królestwem zieleni, zimą zaś śniegu, a ja niczym księżna tych ziem, dostosowuje się do klimatu i z pełną odpowiedzialnością kocham każdą porę roku po równo (no może zimę trochę bardziej...). Najpiękniejszym miejscem na ziemi jest koniec świata. To tutaj dojeżdża niewielka ilość autobusów - aż cztery rano i jeden popołudniu, a wieczorem nic. Żartownisie czasem mawiają, że w okresie zimowym, czyli zazwyczaj od listopada do kwietnia, jesteśmy odcięci od cywilizacji. Bywało i tak, nie zaprzeczam.Welcome to my home!


Czyżbyście mieli już dość notek o temacie turystycznym? Mam nadzieję że nie, ponieważ dziś chcę Wam zaserwować kolejną dawkę, ale tym razem z serii "turystyka na opak". Jest to seria opowiadająca o nieco innym rodzaju turystyki, z którym jestem nawet bardziej związana niż z "pospolitym" podróżowaniem. W końcu każdy z Was może spakować się w walizkę i wyjechać, ale nie każdy może gościć!

Już kiedyś pisałam na blogu o tym, że mieszkam i pomagam w prowadzeniu agroturystyki moich rodziców. O życiu w takim miejscu możecie poczytać TUTAJ.

Raz na rok nadchodzi moment, kiedy to ja jestem szefową i gospodynią tego miejsca, a w tym czasie rodzice zwiedzają świat. Wówczas nachodzą mnie różne myśli. Przypominam sobie wiele komicznych sytuacji i zastanawiam się zawsze: "na jakich gości trafię tym razem". Dziś opowiem o typach klientów, tych lubianych i nielubianych przeze mnie. Mogłabym do tego podejść książkowo i wrócić pamięcią do szkolnych nazw, ale wymyślę swoje własne, takie które dokładnie oddają moje uczucia względem nich. Czytajcie z lekkim przymrużeniem oka. :)



Przyjaciel
Typ, który lubię najbardziej. Są to ludzie bardzo przyjaźnie nastawieni do wszystkiego. Uwielbiają długie rozmowy, nie tylko na tematy związane z usługą, jaką chcą otrzymać, ale bardzo często opowiadają o swoim życiu i pytają o cudze, a więc należą do osób bardzo towarzyskich. Poszukują gospodarza przyjaciela, dzięki któremu będą czuć się jak w domu. Rzadko są klientami jednorazowymi, powracają jak bumerang, niejednokrotnie stają się po dłuższym czasie prawdziwymi znajomymi na gruncie prywatnym, a nawet najszczerszymi przyjaciółmi, na wiele długich!



Dusigrosze
Tych turystów często już określam po zobaczeniu rejestracji samochodowej. To stereotypowe, ale nierzadką regułą jest, że osoby przyjeżdżające z konkretnego regionu, zachowują się w sposób bardzo podobny (ale nie powiem o jakie regiony mi chodzi, możecie zgadywać!), czyli oszczędzają na wszystkim i targują się o wszystko! Jest to trudny typ turysty i można go podzielić na różne podkategorie. Łączy ich jedna cecha: zawsze pytają o możliwe zniżki, nawet jeśli zamówili najtańszy pakiet pobytu. Pytają o tanie i dobrej jakości restauracje i atrakcje turystyczne. Lubią czasem ponarzekać (oczywiście na ceny). W skrajnych przypadkach uciekają z niedopłatą albo podjadają innym gościom z lodówki.

Dzieci 500+
Tytuł noszą dość prześmiewczy, ale to zdecydowanie bardzo ciężki typ klienta, wymagający szczególnego opanowania i wyrozumiałości ze względu na jego młody wiek. Ich rodzice zawsze oczekują niższej ceny i najwyższej jakości obsługi. Czas wytłumaczyć dlaczego, targowanie się o cenę dla dziecka jest niemile widziane. Warto zwrócić uwagę, że dzieci wbrew pozorom wymagają więcej uwagi, więcej dokładności, więcej uśmiechu, więcej wszystkiego, a więc więcej pracy. Fakt, że młody gość zajmuje połowę łóżka i je niecałą porcję śniadania, nie odejmuje pracy gospodarza, a wręcz przeciwnie. Nie jest to regułą i oczywiście nie dotyczy to wszystkich rodzin, jednak wiele dzieci jest nieusłuchanych, hałaśliwych, brudzących, a ich rodzice nie zwracają im należytej uwagi, natomiast obsługę traktują jako nianię lub złą pana/panią od pouczania.

Ciche myszki
Czyli turyści indywidualiści. Zadowolą się krótkim "dzień dobry" oraz "do widzenia". Czasem wracają w te samo miejsce, a czasem nie. Zwykle są bardzo dobrze przygotowani i wiedzą jakie atrakcje turystyczne mogą zwiedzić na miejscu, i robią to intensywnie. Raczej nie opowiadają o sobie i nie lubią słuchać opowieści innych. Generalnie, nie pogadamy za wiele. Nie zapadają również w pamięć, są jak ninja - niezauważalni.



Wyluzowani
Przemili i rozmowni, ale niezłe z nich leniuszki. Należą do osób, które rozkładają leżaki i chillują się na nich od rana do nocy. Nie chodzą w góry, mając je tuż pod nosem, nie zwiedzają wszystkich atrakcji, nie poznają dokładnie regionu, w którym są. Mają czas, bo jeśli nie w tym roku, to przyjadą w kolejny i zobaczą co trzeba, albo i nie, bo właściwie będą czymś ważnym zajęci. Czym? Zajmują się odpoczynkiem, nawet bardzo intensywnym - wakacje są od tego, aby "robić nic"!



Pospolici
Zwykle przyjeżdżają i odjeżdżają, czasem nawet wielokrotnie. Jednak nie zapadają w pamięć. Typ zbliżony do "cichej myszki" z małą różnicą - oni się odzywają. Pytają co zwiedzić, chwalą się gdzie byli, rozmawiają o sobie i słuchają cudze opowieści. Dlaczego są pospolici? Z reguły nie zapadają w pamięć, ponieważ nie zrobili nic pamiętliwego (złego lub dobrego) albo nie wyróżniają się cechami charakteru lub wyglądem. Ogromny plus jest taki, że pozostawiają po sobie dobre wrażenie.


Postacie z wstępem jednorazowym
To są ludzie, których nie chce widzieć więcej razy w swoim życiu, niż ten jeden raz, kiedy tutaj przyjeżdżają. Czarna lista istnieje, to nie żart. Na taką listę trzeba sobie jednak zasłużyć albo czynami, albo sposobem bycia. Historii do opowiedzenia jest wiele, czasem trafiam na osoby opryskliwe, nieprzyjemne i gburowate - takie typowe buraki. Innym razem przybywają dziwaki - creepy natręty, którzy wzbudzają bardzo negatywne emocje, a nawet strach i niepewność. Niejednokrotnie zdarzały się agresywne jednostki, wyznające zasadę "klient nasz pan", której ja nie wyznaję. Takim turystom stanowczo mówi się "nie" podczas kolejnych rezerwacji.


Typów turystów, których spotykam jest o wiele więcej. Zastanawiając się, którym z opisanych jestem, to chyba coś pomiędzy przyjacielem a pospolitym gościem, bardzo lubię rozmowę i cenię sobie nowe przyjaźnie, choć z dystansem do nich podchodzę. A wy? Podpisujecie się pod którymś z opisów? Jak opisalibyście się jako turystę? 

Mój czas wakacyjnej pracy w agroturystyce dobiegł końca, jestem w drodze do... Ci który obserwują mnie na twitterze, to wiedzą! Jeśli tego nie robicie to koniecznie zaobserwujcie i śledźcie moją podróż, ponieważ przez kolejne dwa tygodnie będę objeżdżać jedno z najbardziej atrakcyjnych państw czarnego kontynentu. Wciąż jeśli macie ochotę to napiszcie do mnie maila, a zawitają do Was piękne pocztówki z aikowymi pozdrowieniami i rysunkami na odwrocie.
Ciepłego września i wiele uśmiechu, ja ne!

Z dnia: 02.09.2019

17 sierpnia 2019

Niezbędnik podróżnika: moja pierwsza samotna podróż

„A co ty koleżanek nie masz? Sama będziesz jechać?” 
„Co to za frajda... Nawet gęby do nikogo nie otworzysz. I żeby Ci się nic nie stało!” 

Jedni mówili: „odważna”, drudzy zaś, że „głupia”, a ja dochodzę do wniosku, że ktoś, kto tak mówi, to zwyczajna „boidupa”. I tym krótkim rymem rozpoczęłam notkę o mojej pierwszej samotnej, ale krótkiej podróży. Zawsze musi być ten pierwszy raz. A kiedy lubisz spontaniczność, nie boisz się wyzwań i samego siebie, jedź!
Podczas pakowania plecaka w ogóle nie myślałam o tym, co mnie może spotkać i że coś może pójść nie tak. Pozytywne myślenie mnie nie opuszczało. Miałam ku temu kilka racjonalnych przesłanek.
Panda - czyli mój mały towarzysz podróży.
Zajawka do podróży 
Przeglądając mojego bloga, można zauważyć, że podróżuję od kilku dobrych lat. Nie są to wakacyjne wycieczki do jednego konkretnego miasta w stylu all inclusive, a raczej spontaniczne, objazdowe, niekoniecznie sprecyzowane cenowo, miejscowo i terminowo wyjazdy. Dotychczas jednak nie miałam okazji jeździć samotnie. Podyktowane to było tym, że moje podróżowanie rozpoczęło się, gdy byłam nastolatką. Moi rodzice postanowili zwiedzać Europę (i nie tylko) samochodem i aż do dwudziestego roku życia w ten sposób spędzałam wakacje. W międzyczasie pojawiało się kilka innych wycieczek, jak np. do Londynu czy do Budapesztu, gdy nie korzystaliśmy z własnego transportu, ale nadal stawialiśmy na wykorzystywanie różnego rodzaju środków komunikacji przy bardzo intensywnym zwiedzaniu, bo nie lubimy się nudzić. W moim życiu ułożyło się również tak, że do tej pory nigdy nie byłam sama i zawsze znajdowałam chętnych kompanów (wyjazdy szkole, z przyjaciółmi czy partnerem i rodziną). Ale ten rok stanął na głowie, a ja postanowiłam to wykorzystać i sprawdzić czy samotność nie jest taka zła.

Pewność siebie 
Pewność siebie nie wynika z tego, że uważam się za osobę tak bardzo zajebistą, że nie ma mi równych. Nie! Chodzi tutaj o to, że doskonale znam realia i przez wiele lat jeżdżenia po Europie, nauczyłam się jak to jest. Doświadczałam zarówno pozytywnych jak i negatywnych rzeczy. Miałam styczność z innymi kulturami i językiem. Spałam w dobrych hotelach, miernych campingach, a nawet w samochodzie na stacji benzynowej albo dziko w lesie. Gubiłam się i cudownie odnajdywałam. Trafiałam do losowo wskazanych na mapie miejsc, które były o wiele piękniejsze od tych planowanych wcześniej. Miałam przez wiele lat bardzo szeroki wachlarz doświadczeń, który nauczył mnie, że wszędzie są ludzie pomocni. Nawet nie znając języka można się dogadać, a bycie obcokrajowcem turystą ma wiele przywilejów. Tego wszystkiego nauczyli mnie rodzice – to bardzo cenna umiejętność odnajdywania się w każdej sytuacji. 
Niemniej samotna podróż jest bardziej wymagająca od grupowych, musiałam się też zmagać z moimi wewnętrznymi oporami i zająć się logistyką tej niedługiej wycieczki.

Dworzec autobusowy w Bratysławie.
Organizacja 
Organizację wyjazdów do tej pory omawialiśmy wspólnie i trzeba było dojść do konsensusu, wykłócić swoją rację lub się dostosować. Tym razem musiałam poradzić sobie sama – zająć się dojazdem, noclegami i planem zwiedzania. Bardzo lubię tą część, bo uwielbiam mieć nad wszystkim kontrolę (ale brakowało mi dobrych rad). 
Zależało mi na budżetowym wyjeździe, dlatego głównie zaoszczędziłam na dojazdach i noclegach. Jak?
  • Autobusy – to świetny środek komunikacji. Jeśli planujemy objazdówkę, możemy wyszukać naprawdę tanie i liczne połączenia w każdy zakątek Europy. Dodatkowym atutem jest to, że autobus z reguły dojeżdża do centrum miasta, bo właśnie tam znajdują się dworce główne. Rezultat jest taki, że równocześnie oszczędzamy czas i środki na komunikację miejską. Minusem mogą być ewentualne korki na trasach oraz wygoda. Na pierwsze nie mamy żadnego wpływu, ale na drugie już tak. Trzeba sprawdzać opinie przewoźników, wybierać te sprawdzone transporty o niewielkiej ilości wypadków oraz afer i najlepiej z nowymi autokarami. Wiele przewoźników ma miejsca premium, które zapewniają więcej miejsca na nogi. Dodatkowym atutem jest możliwość szybkiego zakupienia i rezygnacji z biletu. Za bilety autobusowe podczas całej swojej trasy (Wrocław-Bratysława-Wiedeń-Brno-Wrocław) zapłaciłam 175 zł
  • Hostele – to była dla mnie nowość. Pierwszy raz nocowałam w hostelach, ale wiedziałam czego się spodziewać i kompletnie nie przeszkadzało mi, że będę spała w pokoju z obcymi ludźmi. Porównałam to sobie do kolonii z czasów dzieciństwa. Byłam przygotowana na wiele scenariuszy: mogę trafić na imprezowiczy, mogą zdarzyć się kradzieże i wiele innych. Natomiast nie spotkała mnie żadna niemiła niespodzianka. Mieszkałam w czterech różnych obiektach i każdy z nich był inny. Łączyło je jedno: multikulturowość. To świetne miejsce do zawiązania nowych przyjaźni, podszkolenia się w języku i poznania obcych kultur. Hostele mają jeszcze jeden ogromny plus – są tanie i zlokalizowane przy centrum miasta. Zarówno w Bratysławie jak i w Brnie mieszkałam tuż przy rynku, a w Wiedniu w odległości 30 minut spacerem od starego miasta. Ich komforty były różne od wysokich i samoobsługowych, przez optymalne w których nic nie brakowało, po takie bardziej hardkorowe, gdzie np. nie miałam nawet drabinki ani obramowania wokół łóżka, a było ono piętrowe. Za swoje wszystkie noclegi zapłaciłam około 350 zł.
Pokoje w hostelach.
Obawy i jak się ich pozbyć 
  • Od lat zmagam się z nauką języka angielskiego, która wyjątkowo słabo mi idzie. Wynika to z mojej niechęci i lenistwa, ale to nie oznacza, że powstrzymuję się od przekroczenia granicy. Raczej mnie to zachęca, abym mogła przełamać swoją barierę. Natomiast masa osób (szczególnie te starsze pokolenie) obawia się braku znajomości języka obcego i traktuje to jako wymówkę. Jest na to pewien sposób - internet i aplikacje w telefonie. Podstawowym narzędziem mojej podróży stał się telefon. To właśnie przez niego w mgnieniu oka rezerwowałam bilety na transport, bilety na atrakcje turystyczne i noclegi. Działo się tak z dwóch ważnych powodów: nie musiałam stać w kolejkach do kas oraz oszczędzałam papier (kwestia ekologiczna), a dodatkowo nie musiałam stresować się rozmową. Obecnie każdy z operatorów powinien zapewnić nam odpowiednią taryfę na terenie UE, więc warto z tego korzystać w sposób mądry. Ach! I koniec z wymówkami, telefon może mówić nawet za nas! 
  • Bezpieczeństwo jest kolejną kwestią budzącą wątpliwości. Natomiast nie jechałam do obcych mi krajów, byłam w nich już wielokrotnie. Żeby nie być gołosłowną, co do ich bezpieczeństwa, możecie zerknąć na ranking najbezpieczniejszych państw świata, w którym czołówkę zajmują kraje europejskie. To jest doskonały argument do tego, żeby rozpocząć takie podróże właśnie tutaj! Osobną rzeczą jest przestrzeganie podstawowych środków ostrożności, czyli przykładowo nie włóczyć się w nocy po niewielkich i szemranych uliczkach oraz mieć  wykupione ubezpieczenie (zawsze wykupuje dodatkowe, bo nierzadko dopada mnie Prawo Murphy'ego - i tu polecam notkę o najbardziej beznadziejnej podróży: "Podróż donikąd"). Oczywiście wielu sytuacji nie da się przewidzieć. Ja bardzo często trafiam na regionalnych pijaczków żądających ode mnie pieniędzy (i rzucających we mnie butelką, jak to miało miejsce w Bratysławie), żebraków, którzy często wcale nie są tacy biedni (pamiętam, że w Bolonii było popularne żebranie na psa, bo zwierzak wywoływał więcej współczucia niż człowiek) oraz miejskich handlarzy (którzy są bardzo popularni w krajach na południu, pojawiają się znikąd i mają ze sobą wszystko, czego możemy potrzebować, kupimy u nich okulary, torebki, koce, parasole itp.). Do każdego z tych rodzajów ludzi trzeba podejść indywidualnie i wyczuć sytuację. Nie możemy reagować agresywnie, ale trzeba być bardzo asertywnym. W razie nachalności takich osób ewentualnie postraszyć policją, która jest raczej przychylna turystom.
Mój dobytek podczas tej podróży oraz budżetowe śniadanie w jednym z parków w Wiedniu.
Opinia Aiko
Podsumowując to całe doświadczenie, z pewnością mogę powiedzieć, że był to tylko przedsmak i "próba mikrofonu". Przede wszystkim chciałam zobaczyć, jak się czuję sama ze sobą w takiej sytuacji, czy poradzę sobie z organizacją oraz czy dogadam się z moim miernym angielskim. Ostatecznie wszystko oceniam na plus, mimo kilku problemów i niedogodności, ale urok podróży jest taki, że nie wszystko da się przewidzieć, w końcu to przygoda!
Bardzo chciałabym wyruszyć gdzieś dalej. Za rok kończę pierwszy stopień studiów i wydaje mi się, że to może być właśnie ten czas. Coraz mniej jestem przywiązana do Polski. Wrocław, w którym mieszkam na co dzień, nie jest dla mnie miejscem przyjaznym, a choć bym chciała, nie mogę spędzić tak po prosu kolejnych lat w rodzinnej miejscowości na wiejskiej sielance. A gdyby tak postawić na plecak i wygodne buty?

Notki powiązane: 
Słowacja - Bratysława
Austria - Wiedeń
Czechy - Brno
Z dnia: 17.08.2019

11 sierpnia 2019

Dookoła świata: Czechy - Brno

Mówię o nich "nasi przyjaciele", ponieważ zawsze czuję się u nich jak w domu. Są bardzo otwarci i tacy radośni. Zastanawiam się czy to przypadkiem nie zasługa ich narodowego trunku - piwa. Taka moja mała teoria, że łyczek dobrego (!) piwa wyzwala zawsze uśmieszek na twarzy. Welcome to the Czech Republic!

Nie mogłam zakończyć swojej krótkiej podróży w Wiedniu. Musiałam pojechać dalej, spontanicznie zakupiłam bilet do Brna. Pokusa była zbyt wielka, a odległość wręcz przeciwnie, w dodatku wielokrotnie przejeżdżałam przez to miasto przypatrując się zamkowi na szczycie góry i gdzieś tam miałam chrapkę na więcej.


Na zwiedzanie Brna nie miałam zbyt wiele czasu, a właściwie czułam się już do tego stopnia zmęczona, że nie miałam siły biegać po całym mieście z plecakiem turystycznym i w rezultacie poświęciłam jedynie czas na zwiedzanie Starego Miasta, więc ciężko mówić o wczuciu się w klimat. To raczej były krótkie odwiedziny.
Przyjechałam późnym wieczorem, zakwaterowanie miałam w ścisłym centrum. Dzięki temu zobaczyłam nocną naturę miasta. Tłumy na ulicach były rozbawione i głośne, a miejsc we wszystkich pobliskich barach i klubach brakowało. Nad jednym nich miałam własnie nocleg. W czasie mojego przybycia nagrywano spot zapraszający do pobliskiego klubu. Nawet żartobliwie namawiano mnie do wystąpienia w nim. Gwarno było do białego rana, ale był to przyjemny hałas. Czuć było, że te miasto żyje własnym życiem i nie należy do nudnych.
Nad ranem zauważyłam inne oblicze tego miasta. Czułam się zupełnie jak pierwszego dnia w Bratysławie. Starówka  była opustoszała. Standardowo natknęłam się na tutejszego pijaczka, który chciał ode mnie pieniędzy. Tym razem był nieco bardziej agresywny, więc najadłam się nieco stresu, mówiąc mu, że nie mam nawet złamanej korony. Co było z resztą prawdą, bo dysponowałam tylko euro, w końcu nie przewidywałam wycieczki do Brna. Pomimo nieprzyjemnego początku dnia, reszta była nie najgorsza.
Czechy, Katedra św. Piotra i Pawła
Katedra św. Piotra i Pawła
Mieszkałam jakieś dwie minuty od Katedry św. Piotra i Pawła, tak więc stała się ona moim przystankiem numer jeden. Miałam wyjątkowe szczęście natykać się na ludzi bezdomnych w tej części miasta, zarówno pod kościołem jak i w parku za nim. Pomyślałam: "być może taki to urok tego miasta".
Katedra znajduje się na wzgórzu Petrov, obecnie jest przedstawicielem stylu barokowego. Chociaż jak wiele tego typu budowli początkowo była romańska. Oczywiście wewnątrz możemy zachwycić się pięknym ołtarzem, witrażami czy rzeźbą Marki Boskiej z Dzieciątkiem. Dodatkowo za opłatą możemy wejść na wieżę oraz do skarbca. Tuż obok Katedry znajduje się Denisowy sad.
Denisovy sad
Park jest świetnym miejscem widokowym na Brno! Jego nazwa jest wspomnieniem francuskiego uczonego Edwarda Denisa, który niezwykle szanował czeski naród i uważał go za jeden z najbardziej rozwiniętych politycznie w tej części Europy. Był badaczem ich historii i przyczynił się do powstania Czechosłowacji. Ponadto w Denisovym sadzie znajduje się obelisk z 1818 roku upamiętniający zakończenie wojen napoleońskich, a także pawilon z kolumnami. 
Tuż obok parku znajdują się Ogrody i Tarasy Kapucynów, a w ich pobliżu Klasztor Kapucynów i Krypty Kapucynów w których znajdują się... mumie! Grobowiec służył do pochówków braci zakonu oraz jego dobroczyńców. Został zaprojektowany w taki sposób, aby zapewnić budowli odpowiednią wentylację zapobiegającą całkowitemu rozkładowi ciał - były one suszone, a nie mumifikowane. W XVIII wieku grobowiec przestał pełnić swoją funkcję, ponieważ władca Józef II obawiał się wybuchu epidemii. Obiekt został udostępniony zwiedzającym już w dwudziestoleciu międzywojennym.
Plac główny w Starym Mieście
Historyczna część miasta raczej nie należy do ciekawych. Zabudowa jest dość pospolita, jak na moje oczekiwania, jestem raczej przyzwyczajona do takiego widoku również w polskich miastach. W oczy może rzucić się kilka charakterystycznych pomników, fontann, czy też wykończeń otaczających nas kamienic. Dość oryginalnym i nowoczesnym dodatkiem na placu głównym jest zegar astronomiczny, którego kształt daje wiele do myślenia, a zastosowanie praktyczne jest raczej dość mizerne. 
Zamek Spilberk
Sztandarowym miejscem jest oczywiście Zamek Spilberk. Aby na niego dość musimy nastawić się na niewielką wspinaczkę. Wokół zamku jest dość dużo zieleni i mamy możliwość wspiąć się rozmaitymi ścieżkami o różnym nachyleniu, jest to całkiem fajne miejsce do spacerowania. Prędzej czy później idąc w górę dojdziemy pod bramę zamku. Dość znaczną jego część można obejść bez biletu. Ten jednak musimy zakupić, gdy planujemy wejść do lochów, na wieżę widokową oraz do części muzealnej. Zamek jest szczególnie znany z jego funkcji więziennej za panowania Habsburgów. Niestety wyjątkowo mi się nie podobał... Jestem bardzo negatywnie nastawiona na odpicowane do orzygu miejsc wielowiekowych, które mają jedynie funkcję muzealną. Wydaje mi się że ich dusza zostaje wyssana. Najbardziej rażące były dla mnie manekiny ustawione w kazamatach, które imitowały więźniów. Były wyjątkowo sztucznym i odrzucającym mnie dodatkiem. Chociaż dzieciom z pewnością by się spodobały.

Spędziłam w Brnie jedynie dzień i przyznam szczerze, trochę się tam nudziłam. Wydaje mi się, że odwiedziłam w centrum miejsca głównie przyciągające uwagę turystów, ale w rzeczywistości jedynym, które zawróciło moją, to Krypta Kapucynów. Najbardziej przykro mi z powodu zamku, na którego zawsze spoglądałam zza szyby samochodu z pragnieniem.


Co z cenami podróży? Kiedyś już o tym wspominałam, ceny w Czechach nie wydają mi się być duże. Bilety poszerzające zwiedzanie Katedry to cena 40 koron (normalny), do Krypty Kapucynów 70 koron (normalny), Spilberk kosztował mnie 170 koron (bilet studencki, wydaje mi się że normalny to kwota 280 koron, natomiast można sobie zakupić bilet, który nie obejmuje wszystkich atrakcji i wówczas jest dużo taniej).

Opinia Aiko: Jestem bardzo zawiedziona Brnem, ale równocześnie nie oczekiwałam od niego zbyt wiele. Czechy niestety postrzegam jako kraj z dość pospolitymi atrakcjami miejskimi. Miejscowości zwykle są ładne, czyste, ludzie uśmiechnięci i rozmowni, ale atrakcje są bardzo muzealne, przez co pozbawione duszy, mimo naprawdę bogatej historii. Właśnie dlatego praktycznie nie piszę o Czechach, mimo że bywam w nich znacznie częściej. Nie skreślam jednak ich grubą kreską, państwo te ma naprawdę interesujące miejsca, tylko według mnie jest to głownie natura. W takim wydaniu ukażą się Czechy kolejny raz.

Swoją samotną podróż zakończyłam właśnie tam - w Brnie. Wróciłam do Wrocławia, a następnie do rodzinnej miejscowości, teraz z niecierpliwością wyczekuję kolejnej podróży, która będzie miała miejsce już we wrześniu. Jeśli chcecie pocztówki z wyjątkowego kraju  (będzie to objazdówka, ale nie samotna), to oczywiście dajcie znać przez maila, podając swój adres. Macie czas do września. Standardowo nic nie oczekuję w zamian, oprócz Waszego uśmiechu. Kolejna podróż będzie egzotyczna i bardzo wyczerpująca, ale w końcu pojadę do raju! A może tylko tak mi się wydaje?

Info:
Jak widać, odradzam się jak feniks z popiołów. Przez bardzo długi czas blog był zaniedbany, a szczególnie Wy - moi czytelnicy, czyli w dużej mierze inni bloggerzy. Powoli wracam do aktywnego działania, dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, za to, że te miejsce nadal odznacza się znacznym ruchem i on ciągle się zwiększa. "Czytamy się" za tydzień! Opowiem Wam o zmaganiach w mojej pierwszej samotnej podróży i czy nadal chcę w ten sposób zwiedzać świat. 
Ja ne!

Z dnia: 11.08.2019

5 sierpnia 2019

Dookoła świata: Austria - Wiedeń

To zadziwiające, ale niemalże co roku tutaj jestem, a jeszcze nie pojawiła się o tym żadna wzmianka. Jeżdżąc po Europie samochodem prawie niemożliwe jest ominięcie tego państwa, więc siłą rzeczy zwiedzam je na raty. Byłam w wielu miejscach - w Graz, Insbruku czy malowniczym Hallstatt. W końcu ruszyło mnie sumienie i postanowiłam zajechać do Wiednia, nie przy okazji, ale z nastawieniem na rzetelne zwiedzanie! No... może nie do końca. Welcome to Austria!

Będąc już w Bratysławie obrałam kierunek na Wiedeń. To dosłownie rzut beretem. Jeśli macie więcej czasu, koniecznie połączcie zwiedzanie tych dwóch stolic podczas jednego wyjazdu. Można zauważyć wówczas ogromny kontrast. Patrząc na dane, powierzchnia obu miast nie różni się jakoś kolosalnie, ponieważ Wiedeń jest większy jedynie o około 50 km², jednak liczba ludności Wiednia jest ponad 4 razy większa! Niestety (lub stety) jest to odczuwalne. Spacery po pustych uliczkach nie są możliwe (ale ku mojemu zdziwieniu, udawało się zrobić kilka zdjęć bez tłumów, to zasługa wczesnoporannych wędrówek).
Muzeum Historii Sztuki i pomnik Marii Teresy
Do Wiednia przyjechałam nieco przestraszona, moje obawy wynikały szczególnie z obszerności tego miasta i tego, że podróżowałam sama. Większe miasto oznacza większą ilość niespodzianek, nieprzewidywanych wydarzeń i starcie z większą ilością ludzi. Ach! I jeszcze ten niemiecki! W stolicy Austrii spędziłam trochę ponad dwa dni. Tuż po przyjeździe postanowiłam zapoznać się z miastem i nawet się polubiliśmy. Na wstępnie napiszę, że jedynie lekko poczułam urok Wiednia i odwiedziłam kilka atrakcji. Mam w planach tutaj wrócić w następnym roku. To pewne! Nie nastawiałam się na maraton zwiedzania, chciałam po prostu zobaczyć, czy jest to miasto dla mnie.
Postanowiłam przyjechać późnym popołudniem, tak abym mogła przespacerować się po okolicy. Okazało się, że pierwszy mój nocleg znajdował się w odległości 15 minut spacerem od Belwederu, więc obrałam kierunek w tamtą stronę. Jest to piękny barokowy pałac z ogromnym ogrodem zimowym i stawem lustrzanym, w którym odbija się jego fasada. Niestety było za późno na zwiedzanie i postanowiłam przełożyć to na kolejny wyjazd.
Neue Burg

Kolejnego dnia udałam się do ścisłego centrum miasta. To był bardzo długi spacer w 30 stopniowym upale. Początek takiego dnia, uczciłam więc porannym śniadaniem w parku przy Muzeum Historii Naturalnej i Muzeum Historii Sztuki. Są to miejsca, na które możemy poświęcić niemalże cały dzień, szczególnie jeśli lubimy muzea. W  pierwszym z wymienionych możemy znaleźć wiele przyrodniczych eksponatów, dinozaury, minerały i wiele innych. W drugim zaś bogatą kolekcję dzieł europejskich czy starożytnych. Znajdziemy tutaj m.in. "Madonne w zieleni" Rafaela oraz "W pracowni artysty" Vermeera.  Oba obiekty zostały wzniesione w XIX wieku za czasów Franciszka Józefa I. Są to dwa bliźniacze budynki postawione naprzeciwko siebie. W pośrodku znajduje się pomnik Marii Teresy otoczony piękną zielenią.

Idąc dalej przejdziemy przez Bramę Zamkową Burgtor i dotrzemy na Plac Bohaterów z konnym pomnikiem księcia Eugena von Savoyen, Szybko zauważymy ogromną budowlę o półkulistym kształcie. Jest to jedna z części Zamku Hofburg nazywana Neue Burg, czyli Nowy Zamek. Tutaj również znajdują się muzea. Mijamy wejście do muzeum Sissi oraz Skarbca cesarskiego, w którym znajdują się korony królewskie, skarb Burgundzki oraz Skarb Złotego Runa. Z pewnością przejdziemy także przez Bramę Szwajcarską, jest bardzo charakterystyczna, budowana w stylu renesansowym z czerwonoczarnego kamienia i złotymi zdobieniami. Przechadzając się po dziedzińcach Hofburga trafimy na kaplicę - Hofburkapelle, a będąc już w okolicy koniecznie trzeba odnaleźć serce Biblioteki Narodowej, czyli Salę Paradną. I nad nią się trochę rozczulę.


Sala Paradna Biblioteki Narodowej Austrii jest miejscem wyjątkowym! Widok starych książek zawsze wywoływał we mnie wzruszenie, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że nie tylko noszą one wiedzę w swoim wnętrzu, ale również pamiętają czasy, jakich często my nie pamiętamy. Biblioteka charakteryzuje się stylem barokowym, jest największą biblioteką tego typu w Europie. Ma 80 metrów długości i 20 metrów wysokości, wykończona jest freskami autorstwa Daniela Grana. Posiada nie tylko bogatą kolekcję książek (znajduje się tutaj największa ilość pism Marcina Lutra z okresu reformacji), ale także liczną kolekcje eksponatów: począwszy od rzeźb, przez weneckie globusy i Wielką Mapę Świata Martina Waldeseemullera z 1507 roku.
Sala Paradna Austriackiej Biblioteki Narodowej 
O Hofburgu mogłabym pisać naprawdę długo. Jest to jeden z największych kompleksów pałacowych na świecie i trzeba poświęcić na niego naprawdę sporo czasu, aby zwiedzić go rzetelnie. Wiele części pałacu zostały wybudowane już w XIII wieku, ale jego rozbudowywanie miało miejsce przez kolejne siedem stuleci. Aż do końca pierwszej wojny światowej był rezydencją Habsburgów. Historia Europy była "pisana" własnie tutaj.
Świątynia Tezeusza i róże w Volksgarten
Jednakże sam Hofburg to nie wszystko. Nie byłabym sobą, gdybym nie poszła odpocząć na jakiś pobliski plac zieleni. Nie szukałam zbyt długo. Tuż za pałacem znajduje się Burggarten, czyli ogród zamkowy, który jest miejscem odpoczynku i popołudniowej drzemki mieszkańców Wiednia. Uwielbiam kulturę leżenia na trawniku. W Wiedniu jest to nagminne, mimo tak licznego leniuchowania w miejscach zielonych, są one utrzymywane w naprawdę dobrej kondycji. Burggarten to niejedyny park w okolicy. Idąc w przeciwną stronę przez Plac Bohaterów w stronę Ratuszu  i Parlamentu (jak zwykle, na moje nieszczęście, oba te budynki podczas mojej wycieczki były remontowane), znajdziemy się w Volksgarten. Szczególnym obiektem znajdującym się w ogrodzie jest Świątynia Tezeusza z XIX wieku będąca repliką tej z Grecji. W parku jest także pomnik Elżbiety (Sissi), żony Franciszka Józefa. Przechadzając się możemy zauważyć wiele okazów pięknie pachnących róż.
Wykopaliska i Zegar Ankeruhr
Następnego dnia przekroczyłam mury Hofburga i podążałam powoli w stronę Dunaju. Był to mój ostatni dzień w Wiedniu. Postanowiłam znów postawić na spacerowanie i rezultatem tego było noszenie plecaka podróżnego przez około 15 kilometrów. Było warto, choć moje spalone słońcem ramiona dnia poprzedniego uważały inaczej (na szczęście to ja miałam w nogach moc sprawczą). 
Wciąż kręciłam się po centrum miasta (Innere Stadt), ponieważ na liście miałam jeszcze przechadzkę po starówce i odwiedzenie kilku miejsc, zaczynając od Michaelerplatz, który jest barokowym placem z widokiem na bramę wjazdową do zamku. Ciekawostką jest, że przy placu znajdują się wyeksponowane wykopaliska ze Starożytnego Rzymu, które można oglądać od prawie 30 lat. Na rynku znajduje się wiele miejsc godnych uwagi, moją szczególnie przykuł secesyjny Zegar Ankeruhr. Łączy on dwie stare kamienice i jest wynalazkiem wyjątkowym. Godziny wskazuje z sposób niecodzienny, ponieważ nie posiada standardowych wskazówek. Godzinę wskazują przesuwające się figurki z tabliczką godzinową i strzałką minutową, jest ich dwanaście. O godzinie 12:00 paradują wszystkie figury, a podczas adwentu nawet można posłuchać dobiegające z zegara melodie kolęd.
Ulica na której znajduje się Kolumna Morowa oraz Katedra św. Szczepana.
W Innere Stadt zabytkowych miejsc jest naprawdę sporo, co krok widzimy jakieś pomniki (Kolumna Morowa,  Leopoldsbrunnen, Mariensäule), kościoły (Kościół Maria am Gestade, Kościół Dziewięciu Chórów Anielskich, Kościół św. Piotra), warto zwracać uwagę na stare kamienice i ich wykończenia albo poszukać interesujących nas muzeów. Znajduje się tutaj m.in. Muzeum Iluzji, Muzeum Żydowskie, Muzeum Teatru czy popularna Albertina (która jest częścią Hofburga, niegdyś część mieszkalna Habsburgów), gdzie znajdują się dzieła najbardziej popularnych artystów, jak Monet czy Picasso.Obowiązkowym przystankiem jest także Katedra św. Szczepana - symbol Wiednia! Wzniesiona w XIII wieku, obecnie mająca styl gotycki, jednak początkowo wybudowana była stylem romańskim. Posiada aż cztery wieże, trzy z nich mają wysokość 65 i 68 metrów, a czwarta aż 136,4 metrów oraz punkt widokowy, na który trzeba się wspiąć po 343 schodach. Katedra kryje w sobie więcej niż pięknie zdobione ołtarze i gotycką sztukę, ale również skarbiec oraz grobowce (np. Fryderyka III Hohenzollerna). Do Katedry można wejść bez biletu, a zwiedzanie "premium" to koszt kilku euro.
Idąc wzdłuż kanału Dunaju można zauważyć kilka ciekawych murali, wystawionych rysunków i grafik oraz przypatrzeć się jak pracują rzeźbiarze i jak artyści wyklejają mozaikę. Moja artystyczna dusza się tutaj bardzo radowała!
Historyczna część miasta trochę mnie zmęczyła. Ciężko było znaleźć konkretnie interesujące mnie jego części i trochę pobłądziłam, dodatkowo wiele ulic było remontowanych, trzeba było uważać na ciągle jeżdżące konie i samochody. Tłumy były nieokiełznane. Momentami, gdybym zamknęła oczy, byłabym wstanie uwierzyć, że znajduje się w Chinach. Język Państwa Środka słyszałam wszędzie. Nieciężko było również trafić na miejscowych naciągaczy, którzy sprzedawali bilety, podobno do opery czy teatru... Oczywiście nie były to takie bilety, o których przeciętny zainteresowany myślał. Postanowiłam więc uciec od zgiełku w stronę wspomnianego wcześniej Dunaju, a właściwie jego kanału, do parku o nazwie Prater

Główną atrakcją tego miejsca jest wesołe miasteczko, którego prawdziwa nazwa brzmi Wurstelprater, ale wiele osób skraca ją do Prater i to ono było moim punktem docelowym tego dnia. Planowałam zrobić sobie mały dzień dziecka. Przede wszystkim, aby nie bawić się samotnie postanowiłam sobie kupić przyjaciela. Ma bardzo oryginalne imię Vien i jest białym misiem. Potem obrałam kierunek na Diabelski Młyn! Jest to moja ulubiona atrakcja. Może nie wyzwala we mnie ogromnej adrenaliny, ale za każdym razem kiedy wchodzę do wagonika czuję podekscytowanie, że w końcu mogę zobaczyć coś z lotu ptaka. Atrakcja ta jest zdecydowanie kolejnym z symboli miasta o wysokości 65 metrów. Został wybudowany na 50-ciolecie koronacji Franciszka Józefa w 1897 roku.

Park rozrywki posiada ponad 250 atrakcji i spędzić można w nim naprawdę całe dnie, ja poświęciłam jedynie 2 godzin. Kolejki do wszelakich kolejek (masło maślane) nie były zbyt długie, ale portfel za szybko się uszczuplał, więc postanowiłam (kolejny raz) poszukać zieleni i odpocząć, bo czekała mnie za niedługi czas podróż do...
Zielona część Prater oraz prześliczna gąsienica przechodząca przez jedną z dróżek (stałam nad nią cały czas do momentu aż nie weszła w trawnik, bałam się, że może ją coś rozjechać, a była wyjątkowo piękna).
Ktoś by powiedział, że park jak park. Trochę trawnika, drzew zasadzonych w regularnych odstępach, i asfaltowe dróżki. Ja to wszystko wiem! Taka już moja natura, że muszę szukać natury wokół siebie. Zieleń mnie uspokaja i sprawia, że odpoczywam, a po takim maratonie z plecakiem turystycznym właśnie tego potrzebowałam.
Prater jednak nie jest takim zwykłym parkiem. Dopiero w 1766 roku Józef II Habsburg podarował ten grunt do użytku publicznego. Wcześniej teren służył jako tereny łowieckie dynastii Habsburgów. Park jest ogromny! Jego główna aleja Hauptallee mierzy 4,5 kilometra. Z pozoru miejsce te wygląda na nudne i spokojne, ale oprócz długich wędrówek czy jazdy rowerem mamy okazję przejechać ją kolejką parkową Liliputbahn Prater. To wąskotorowa kolejka poruszająca się na długości niemalże 5 kilometrów i zatrzymującą się na 3 stacjach. Znajduje się tutaj również klub golfowy, trasy jeździeckie, a nawet można popływać łódką.

Park był moim miejscem docelowym, ponieważ wybierałam się na dworzec autobusowy Erdberg, który znajdował się tuż obok.

Co z cenami podróży? Pierwsza moja myśl to: "chyba wezmę kredyt na odwiedzenie wszystkich muzeów". Naprawdę znajdują się co kilkadziesiąt/kilkaset metrów, a ich ceny z reguły wahają się od 7 euro do nawet 20 euro (bilet łączony - Muzeum Sissi, Komnaty Cesarskie i Kolekcja Sreber ok. 15 euro, Albertina 13 euro, Biblioteka 8 euro, Muzeum Historii Naturalnej 10 euro, Muzeum Historii Sztuki 15 euro). Przy kolejnej wizycie pojawię się podczas nocy muzeów, żeby nie zbankrutować. Wesołe miasteczko jest też większym kosztem. Diabelski Młyn kosztował mnie 12 euro inne atrakcje bujają się od 1,5 euro do 5 euro, za każdą płaci się osobno (choć wydawało mi się, że jest też karnet do wykupienia, ale tego nie potwierdzę).
Natomiast można Wiedeń zwiedzić również "po kosztach", jest wiele miejsc godnych uwagi, za które się nie płaci, lub płaci kilka euro, ale są one okazałe. Wszystko jest kwestią zorganizowania i wyznaczenia swoich priorytetów.

Opinia Aiko: Mimo wielu obaw, pewnego uprzedzenia i niechęci do Wiednia, przekonałam się, że jest to miasto dla mnie. Wyjazd uznaje jako zwiadowczy. Mam na liście wiele ważnych miejsc do odwiedzenia, m.in Belveder, Schönbrunn i Zoo, Operę czy Wieżę Donauturm. Natomiast czy jest to miasto, do którego chciałabym wracać częściej? Jeszcze tego nie wiem. Jednak wiele rzeczy mnie w nim męczyło. Monumentalne budowle, ich przepych i masywność wzbudzała we mnie ogromny podziw, ale gdy pierwszy zachwyt mijał i dostrzegałam jedynie ich muzealny aspekt i takie cukierkowate piękno - nadmuchaną bańkę, na której ciężko dostrzec mijający czas, ideały nie zawsze są pożądane, ja lubię czasem patrzeć na obdrapaną cegłę.
Samo miasto też jest bardzo przytłaczające, ale tylko jego ścisła część, gdzie ulice zalewane są tłumami turystów. Mniejsze i dalsze uliczki są bardziej urokliwe. Minusem jest dla mnie bardzo podobny styl wszystkich zabudowań. Ciężko było mi obrać punkt orientacyjny, więc prawie za każdym razem zaczynałam i kończyłam zwiedzanie przy Muzeum Historii Naturalnej i Sztuki. 
Nie mogę zapomnieć o wielu pozytywnych aspektach, jak czystość, życzliwość i przyjemna aura tworząca się wokół miasta. Było zwyczajnie miło. Wiedeń ma wiele masek i każdy ma okazję dopasować mu odpowiednią: imprezową, kulturalną, odprężającą i wiele innych.
Czekam z niecierpliwością na mój kolejny przyjazd tutaj.

P.S. Wiem, że tegoroczne notki podróżnicze są obszerne, ale nawet nie wyczerpuję w nich tematu. Nie chcę jednak dzielić je na części, bo byłyby zbyt szczegółowe. Brawa dla tych, którzy czytają całość i order uśmiechu tym, którzy w ogóle mnie czytają nawet po części. Do następnej!

Z dnia: 05.08.2019

27 lipca 2019

Dookoła świata: Słowacja - Bratysława

Wyruszyłam w krótką samotną podróż. Spakowałam się w jeden plecak, kupiłam bilet i wio ku przygodzie! Trafiłam do miejsca nie tak odległego, a nawet zbliżonego językiem i kulturą. Dla mnie sami swoi. Czułam się jak u siebie, otaczała mnie piękna zielona przestrzeń i pagórki, czyli wszystko co kocham. Welcome to Slovakia!

Kiedy kupiłam bilet do Bratysławy usłyszałam, że robię źle, że jest to brzydkie miasto, że będę się tutaj nudzić i zmarnuje tylko pieniądze i czas. Nie chcąc się kierować opiniami, nie dałam za wygraną i pojechałam. Czy żałuję? Ani trochę. To nadzwyczaj piękne miasto, mające swój niepowtarzalny klimat. A co najważniejsze, udało mi się tutaj odpocząć, czego właśnie potrzebowałam. Nie jest to miasto porównywalne z Budapesztem, Berlinem czy Londynem. Nie znajdziecie tutaj rozrywki bez liku. Skończy się i w końcu zaczniecie się czuć znudzeni. Ja nie zdążyłam się nudzić. Byłam tutaj tylko 2 dni. Udało mi się zobaczyć najciekawsze atrakcje i poznać kilku interesujących ludzi. 
Puste ulice Bratysławy nad ranem.
Do Bratysławy przyjechałam z samego rana i miałam okazję poznać jej cichą naturę. Przechadzałam się pustymi uliczkami, podziwiałam wówczas opustoszałą historyczną część miasta i cieszyłam się widokiem płynącego Dunaju. Minęłam kilku pijaczków, niektórzy coś do mnie wołali i napatoczyłam się na grupę Polaków. Impreza poprzedzająca ten poranek musiała być nie najgorsza, jedna z ulic była właśnie sprzątana z resztek stłuczonego szkła. Bratysława dopiero budziła się do życia! Ach, nie, to nie było tak! Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dwa dni wcześniej przeturlało się tą ulicą bydło pseudokibiców (w tym dziesiątki Polaków), którzy zdemolowali ogródki piwne, rzucali race i krzesła, raniąc przy tym bezbronnych ludzi. Słowacy najwidoczniej nie zdążyli dokładnie posprzątać do tego momentu. Wstyd mi za naszych „rodaków”. 
Centrum Bratysławy jest bardzo intuicyjne. Właściwie nie korzystałam z mapy, tego poranka przeszła wzdłuż i wszerz całą okolicę i nie udało mi się tam zgubić (a mam ku temu predyspozycje). Bez problemu trafiłam pod swoją bazę noclegową, obiekty turystyczne i przystanek. Praktycznie wszystko znajduje się z promieniu 30-40 minut spacerem. Miasto ma bardzo charakterystyczne zabudowanie, skrzyżowania się od siebie różną, ale dobrze jest sobie obrać za punkt orientacyjny "most ufo" lub zamek na szczycie góry.
Devin

Pierwszym moim punktem zwiedzania były ruiny zamku Devin, który znajduje się na obrzeżach Bratysławy. Wyjątkowo trzeba było dojechać tam autobusem. Wsiadłam do autobusu o numerze 29 na przystanku Mala Scena i wysiadłam na przystanku Strbska, Hrad Devin. Miasto wciąż spało, ale brzegi Dunaju nad Devin wypełnione były spacerowiczami, wędkarzami i porannymi biegaczami. Miałam szczęście, bo ominęła mnie fala turystów, na zamek weszłam tuż po otwarciu. Parkingi były wówczas puste, a gdy wyszłam brakowało już miejsc. 
Zamek kryje w sobie setki lat historii oraz starych legend, których nie chcę przytaczać, zainteresowani znajdą je sami. Na zwiedzanie Devin trzeba poświęcić z kilka godzin, aby faktycznie poczuć jego klimat, choć oczywiście sprinterzy daliby radę w jedną. Wejście na ruiny to koszt 5 euro (bilet normalny), co jest dość niską ceną w stosunku do tego co zobaczymy. Musimy się troszkę powspinać i nachodzić. Warto wejść w każdy zakamarek ruin, bo kryją one również wystawy muzealne oraz zachwycać się niepowtarzalnym krajobrazem ze szczytu wieży. Ruiny to jedno, dookoła jest też kilka ścieżek. Polecam gorąco przechadzkę wzdłuż Dunaju. 
Do Devin można dostać się na trzy sposoby, autobusem (najlepiej linią 29, koszt to 0,90 euro za bilet 30 minutowy do strefy 100 i 101, bilety można zakupić w mieście w automatach lub kioskach), samochodem lub statkiem po Dunaju (koszt około 13 euro w dwie strony. Uwaga! Jeśli zdecydujemy się popłynąć w jedną stronę, cena jest niewiele niższa).
Katedra św. Marcina
Wracając do centrum Bratysławy warto wysiać na przystanku Most SNP i rozpocząć przechadzkę po gwarnym Starym Mieście od Katedry św. Marcina. Jest to najstarszy kościół w mieście, z charakterystyczną niebiesko zdobioną wieżą, na której szczycie znajduje się replika korony św. Stefana. Katedra od XVI do XIX wieku była kościołem koronacyjnym.


Na uliczkach Bratysławy możemy znaleźć kilka ciekawych pomników, przed którymi nie możemy przejść obojętnie. Szukajcie miłego pana z uniesionym cylindrem (Schönera Náci) oraz Kanalarza, którego koniecznie pogłaszczcie po głowie, a przyniesie Wam to szczęście! Warto także patrzeć pod nogi. Okazać się może, że depczemy po koronach królewskich na bruku, które wskazują nam drogę orszaku koronacyjnego. W ten sposób spacerując po malowniczych uliczkach, dotrzemy do Michalskiej Bramy. Posiada ona 51-metrową wieżę, na której szczycie znajduje się rzeźba Michała Anioła z XVIII wieku, muzeum oraz taras widokowy.
Pałac Prezydencki i Slavin
Pałac Prezydencki lub inaczej nazywany Pałac Grassalkovicha, wbudowany w XVIII wieku dzięki chorwackiemu hrabiemu Antonemu Grassalkovicha znajduje się tuż za historyczną częścią miasta. Wokół roztacza się niewielki, ale klimatyczny ogród z widokiem na Pałac. Niestety gdy byłam w Bratysławie, budynek był remontowany od tamtej strony. 
Spacerując już w tamtych rejonach watro odszukać drogi prowadzącej do Slavin. Jest to pomnik żołnierzy radzieckich wzniesiony w 1960 z okazji rocznicy zajęcia miasta przez Armię Czerwoną. Poza kwestią historyczną jest to również świetny punkt widokowy.
Zamek Bratysłwski

Wisienką na torcie podczas zwiedzania Bratysławy niezaprzeczalnie jest Zamek Bratysłwski. Z pewnością nie umknie Waszej uwadze. Już wjeżdżając do miasta zauważyć można wzbijające się ku górze cztery wieże. Wielu nazywa go obróconym do góry nogami stołem i faktycznie z pewnej odległości tak właśnie wygląda. Gdy jednak dojdziemy do jego murów i staniemy na tarasie widokowym, zachwycimy się zdumiewającym krajobrazem - panoramą miasta, można z niego dojrzeć nawet Devin! Jest to doskonałe miejsce obserwacyjne. Za zamkiem znajduje się piękny ogród, który możemy obejść dookoła lub usiąść na ławce i odpocząć. Możemy odwiedzić go również w środku, gdzie znajdują się ekspozycje muzealne. Pomieszczenia budowli są również miejscami reprezentacyjnymi dla prezydenta Słowacji oraz parlamentu, którego siedziba znajduje się tuż obok.
Będąc już na zamku postanowiłam przejść się na drugą stronę Dunaju. Choć przestrzegano mnie, że nie za wiele można tam zobaczyć. Jak już wspominałam nie sugeruje się opiniami i postanowiłam to sprawdzić.


Spacer rozpoczęłam od zejścia z Zamku Bratysławskiego w stronę Dunaju i przejściem przez Most SNP. Most ten jest wyjątkowy! Skrót oznacza "Most Słowackiego Powstania Narodowego", na nim znajduję się przedziwna rzecz, bo spodek kosmiczny - UFO! Na jego szczycie znajduje się restauracja, ale jest to również miejsce dla niezainteresowanych gastronomią, ponieważ druga jego funkcja to punkt widokowy, na który możemy wejść za około 7 euro. Most został wybudowany w 1972 roku i ma prawie 85 metrów wysokości.

Przechodząc na drugą stronę dojdziemy do Sadu Janka Krala. Jest to jeden z najstarszych publicznych parków w Europie Środkowej, jego patronem jest  słowacki działacz narodowy i poeta. Park ma około 42 hektarów i jest bardzo spokojnym miejscem, idealnym na wypoczynek i oderwanie się od miastowego gwaru. Niestety jest troszkę zaniedbany. Nie znajdziemy tam idealnie ściętej trawy, wyplewionych grządek i spryskanych roundupem chodników. Wręcz przeciwnie. Chwasty widzimy na każdym kroku, a trawa spokojnie w niektórych miejscach sięgała łydek.
Warto przejść przez Sad i przejść się wzdłuż Dunaju aż do Starego Mostu. Odległość wydaje się być spora, ale jest to spacer na około godzinkę.
Przechodząc znów na stronę Starego Miasta przez pospolity metalowy most, dojdziemy do urokliwego Kościoła św. Elżbiety pochodzącego z XX wieku. Jest miejscem często odwiedzanym przez turystów z uwagi na jego niebywały kolor - kolor błękitny. Kościół powstał dzięki cesarzowi Franciszkowi Józefowi I, który ufundował jego budowę, prawdopodobnie by uczcić pamięć swojej tragicznie zmarłej żony Elżbiety.


W taki o to sposób udało nam się wspólnie zwiedzić Bratysławę. Ale to jeszcze nie koniec...

Co z cenami podróży? Tegoroczne podróże zaplanowałam zupełnie inaczej. O kwestii tej organizacji napiszę w osobnej notce, bo właśnie ona sprawiła, że dość budżetowo zwiedziłam sporą ilość miejsc. Natomiast jeśli chodzi o samą kwestię cen, to wyjazd dla jednej osoby na taką dwudniową wycieczkę kosztował mnie około 300 zł. Bratysława wydaje się więc być fajnym miejscem dla osób nie chcących wydać fortuny. Oczywiście mówię jedynie o kwestiach cen miejsc turystycznych, które nie kosztują krocie, a nawet wydawały mi się być dość niskie w zastawieniu z podobnymi obiektami w innych krajach oraz o noclegu.

Opinia Aiko: Bardzo polubiłam stolicę Słowacji! Poczułam się trochę jak w domu. Nie byłam przytłoczona ogromnymi, wzniosłymi budowlami, nie czułam szybkości życia, czas biegł wolno. Udało mi się tam odpocząć. Ogromnym plusem tego miasta jest to, że wszystko co chcemy zobaczyć, znajduje się w zasięgu dłuższego spaceru. Ludzie są całkiem sympatyczni i rozmowni, choć oczywiście nie obyło się bez przygód! Kilkukrotnie napatoczyłam się na Panów Żulów, a jeden nawet rzucił w mnie butelką, gdy spokojnie siedziałam nad Dunajem (niby przypadkiem, niby przeprosił, ale na pewno nie celował w kosz, gdyż ten znajdował dobre 10 metrów ode mnie i to po przeciwnej stronie). Dodatkowo jest to dobre miejsce dla osób nie mających wybitnych zdolności językowych. Bez problemu byłam wstanie porozumieć się mówiąc po polsku i rozumiałam z kontekstu co do mnie mówiono. Nie jest to miasto, w którym rozrywki znajdziemy bez liku, ale jest idealne dla osób chcących wyjechać na weekend i zwyczajnie zobaczyć coś ciekawego. Ja planuję tutaj wrócić, mimo wszystko jeszcze kilka miejsc mam do odwiedzenia. :)

W tym roku pojawi się kilka notek podróżniczych. Czeka mnie także dłuższy wyjazd we wrześniu i nieco bardziej egzotyczny niż dotąd. Koniecznie dajcie znać jak tam Wasze wakacje! Dokąd Wy w tym roku postanowiliście się wybrać?

Z dnia: 27.07.2019r.