TOP koreańskie dramy!

Najlepsze koreańskie dramy minionych lat. Podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Najlepszym sposobem jest internet. Naszego nowego azjatyckiego przyjaciela możemy ponać na...

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy. Jak przyjąc Japończyka w polskim domu?

ONE OK ROCK w Polsce

Relacja z trzeciego już z kolei koncertu, jedynego i najulubieńszego zespołu japońskiego Aiko.

Kosmopolita

Aiko opowiada o swoich podróżach po Europie, relacjonuje, opiniuje i poleca.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Recenzja podręcznika do nauki języka japońskiego Beaty Pawlikowskiej

Jak komunikują się Azjaci?

LINE - jeden z najpopularniejszych komunikatorów azjatyckich, podobnie jak Skype, ma możliwość przeprowadzenia rozmowy głosowej czy też video rozmowy, a także standardowo rozmowy pisanej.

Krótko o dredach

W pigółce fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi, jak pielęgnuje. Co to są dredloki i czy każdy może nosić dredy?

Nama Chocolate

Nama choco to japońskie czekoladki walentynkowe, robione domowym sposobem i wręczane mężczyznom w dniu zakochanych.

Zrób swoją Pande!

Tutorial od Aiko, jak zrobić własną Pande brelok.

Przystanek Woodstock 2017

Pierwszy festiwal o muzyce podwyższonego ryzyka, czyli jak Przystanej Woodstock się zmienił.

11 maja 2018

Dookoła świata: Czechy - ścieżka w koronach drzew

Ahoj! Pepiki, knedliki, piwo i ciasteczka z liśćmi konopi. Wiele nas łączy, to nasi słowiańscy bracia i siostry, mający podobna flagę (dodając niebieski trójkącik). To zachodnio-południowi sąsiedzi, ludzie o śmiesznym języku. Zabawni, przyjaźni, a jacy temperamentni! Dzisiaj: welcome to the Czech Republic!


Ścieżka w koronach drzew znajduje się po stronie czeskiej karkonoskiego parku narodowego. Przejeżdżając granicę polsko-czeską w Lubawce kierujemy w stronę Jańskiech Łaźni, czyli zimowego kurortu narciarskiego i letniej strefy wędrówek górskich. Nie są to wysokie góry, ich poziom waha się od około 600 do prawie 1300 metrów nad poziomem morza. 
Ścieżka w koronach drzew została otwarta w ubiegłym roku (2017) na początku lipca, od tamtej pory jest jednym z ulubieńszych miejsc odwiedzanych przez polskich turystów! Nie kłamię. Już będąc na parkingu przygniata nas ogromna ilość polskich tablic rejestracyjnych. Zainteresowanie obiektem jest tak ogromne, że do samej kasy biletowej czekaliśmy około 40 minut. Na nasze nieszczęście się rozpadało, ale nawet deszcz nie spowodował, że kolejka malała.
Fakt, że ścieżka znajduje się w parku narodowym, jest o tyle ciekawy, że właśnie tutaj możemy znaleźć gatunki roślin i zwierząt, których nie mamy możliwości spotkać nigdzie indziej. Ścieżka, którą podążamy jest swego rodzaju ścieżką edukacyjna pozwalającą nam zapoznać się poprzez wiele tablic informacyjnych z ciekawostkami tam występującymi, jak choćby wiadomości o tamtejszej glebie czy o systemie korzeniowym drzew. Informacje nie są zapisywane w języku polskim, jedynie w czeskim i angielskim.




KŁADKA
Wbrew pozorom to właśnie tutaj jest najwięcej atrakcji, choć i sama wieża daje nam wiele frajdy. Na kładce mamy wiele przystanków z tablicami informacyjnymi, ale również przejścia dające nam sporą dawkę adrenaliny. Możemy pokonywać tam nasz lęk przed wysokością, jeśli taki mamy, przechadzając się po specjalnie zbudowanych torach z przeszkodami i spoglądając na przepaść znajdującą się pod nami, która sięga nawet do 24 metrów!






WIEŻA
Wieża to spirala wyciągająca się ku samych koron drzew mająca kilkanaście pięter i licząca aż 45 metrów wysokości. Podejście jest bardzo delikatne, dogodne również dla osób poruszających się na wózkach. A widoki? Widoki wspaniałe! Na szczycie wieży poczujemy się jak ptaki, cały górski krajobraz jest u naszych stup. Co ciekawsze, wcale nie musimy schodzić tą samą trasą na dół, bo możemy zjechać. Wewnątrz wieży znajduje się 50-cio metrowa zjeżdżalnia, dostępna dla osób powyżej lat 6 i wzrostu 120 cm. Czyli nie dla maluchów! Doda nam to masę adrenaliny i jeszcze więcej zadowolenia z wycieczki.


Co z cenami podróży? Cóż, nie wypowiem się odnośnie stosunku cen do jakości noclegów, gdyż nigdy nie nocowałam nigdzie w Czechach, bo mieszkam bardzo blisko granicy, ale z łatwością przechodzi mi przez gardło, że ceny w Czechach są dużo niższe niż tutaj w Polsce. Zdecydowanie opłaca się kupować wiele produktów zagranicą takich jak: dobre czeskie piwo, czekolady (koniecznie studencka), produkty zawierające liście konopi (ciasteczka, czekolady, przyprawy, leki i inne), leki/kosmetyki zdrowotne np. Alpa (bardzo polecam na bóle mięśniowe czy stawowe podczas przeziębień, ale również i na przewlekłe choroby tego typu, stosowana do masażu, kąpieli czy okładów) i naprawdę wiele, wiele innych dobrych produktów, które u nas są dużo droższe. Jeden w tym haczyk – lepiej nie kupować przy samej granicy, koniecznie poszukajcie coś kilka/kilkanaście kilometrów od niej.
Ceny wejść w miejsca turystyczne, porównując z regionem w którym mieszkam są zdecydowanie tańsze niż w Polsce. Wejście na Ścieżkę w koronach drzew to koszt 220 koron, czyli około 35 złotych dla osoby dorosłej i 180 koron dla dzieci do lat 14 (choć często tą granicę naciągają). Istnieją także bilety rodzinne, które opłacają się najbardziej. Czy jest to drogo? Według mnie nie, patrząc na to co możemy zobaczyć i jak wielką frajdę z tego mieć. Natomiast ceny parkingów w Czechach są dość spore, nas to kosztowało 70 koron, co w przeliczeniu daje około 11 złotych. Niestety nie ma możliwości zaparkowania w żadnym innym miejscu.

Opinia Aiko: Ja bardzo lubię Czechy, najbardziej te zielone i swojskie niedaleko naszej granicy, gdzie mam podobne widoki na szczyty górskie, mogę wędrować i czuć ten sam zapach drzew co w moich Sowich górach. Uwielbiam Czechy za ludzi, ich poczucie humoru, ale też temperament, który jest wybitnie wybuchowy. A szczególnie za to, że czuję się tam jak w domu. 

Z dnia: 16.05.2018

4 maja 2018

Rock Fest Wałbrzych 2018

21 kwietnia odbyła się już szósta z kolei edycja Rock Fest. Od 2012 to jedna z najlepszych imprez na Dolnym Śląsku organizowana ówcześnie w Świebodzicach, a już drugi rok z rzędu w Wałbrzychu. Wydarzenie prowadził Piotr Stelmach, a na deskach sceny mogliśmy zobaczyć pełne poweru gwiazdy, takie jak: Department, Hunter, Lao Che oraz gwiazdę wieczoru Kult! 
DEPARTMENT
To jedna z tych imprez, do których naprawdę nie mam się do czego przyczepić, ale… 
Największym minusem Rock Festu jest (znów) ogródek piwny i gastronomia. Na wydarzenie przychodzi spora zgraja fanów rocka lubiących dobrze wypić i dobrze zjeść. Problem polega tylko na tym, że o ile jeść i pić można wszędzie, o tyle stanie w kolejce donikąd to życiowa porażka spragnionych i głodnych. Problem kolejek, był problemem ludzi, którzy sami nie potrafili się zorganizować, stali w miejscu, nie szli na przód, trzeba było się przepychać. Natomiast obsługa bardzo sprawnie przyjmowała zamówienia i je realizowała, co niekiedy jest rzadkością, jednak mimo wszytko miejsc sprzedaży/kas powinno być więcej niż przewidzieli to organizatorzy.

Najbardziej cieszyło mnie ludzkie podejście do szatni! Jedyna złotóweczka od numerka, a na wieszaku można było zostawiać więcej niż jedną rzecz. Czy ktoś to gdzieś jeszcze widział? Patrząc na stałe przeboje w organizacji wszelkich imprez masowych na jakich w ostatnim czasie bywałam, ta była jedną z najbardziej zorganizowanych i przyjaznych. Duża ilość ochrony dawała poczucie bezpieczeństwa, bardzo dobrze oznakowane miejsca dotarcia do gastronomii i ogródka piwnego, jak również do toalet. Nie byłam świadkiem żadnych burd ani awantur, wręcz przeciwnie miło było patrzeć na zadowolonych ludzi i dobrze się bawiących. 
Jeśli chodzi o koncerty, to właściwie przyszłam na Rock Fest tylko z dwóch powodów. Niestety z góry zakładałam, że nie dam razy przeżyć koncertu Kultu oraz nie zdążę na Department i wcale się nie myliłam. Ponieważ przyszłam pod koniec występu Department, zajmując pierwsze miejsca przy bramkach tuż naprzeciwko sceny by móc dobrze się bawić przy jednym z ulubionych zespołów, czyli przy Hunterze! 

O Hunterze wspominałam już kilkukrotnie na blogu, uwielbiam tą kapele, nie tylko za muzykę, ale za rozpierdziel jaki robią na scenie oraz wokół niej, a także niesamowite poczucie humoru całej ekipy. Zapadł mi jeden tekst wokalisty podczas ich występu, który cenzurując wypowiedź brzmiał mniej więcej: to nie stypa tylko heavy metal. Co definiuje dobrze to, co artyści oczekują od widowni i wręcz nakazują się dobrze bawić. Na Rock Fest Hunter zagrał głównie kawałki z najnowszej płyty Niewolność (2016), ale również pojawiło się co nieco z Królestwa (2012) czy Imperium (2013), które osobiście lubię najbardziej ze wszystkich krążków. 
HUNTER
Drugim powodem dla którego wybrałam się na festiwal, był Lao Che, zespół który gra naprawdę alternatywna muzykę, wykraczającą poza pewne standardy, o ile w ogóle można jakkolwiek standaryzować rytmikę czy dźwięki. Zawsze miło mi się przy ich utworach bawi, szczególnie cieszył mnie fakt, że Lao Che występował po Hunterze, a więc w pewnym sensie można był „odpłynąć” w nieco inny świat i odpocząć od skakania, deptania oraz nabijania sobie siniaków na ciele. Na koncercie pojawiło się wiele utworów z najnowszej płyty Wiedza o społeczeństwie (2018), ale również kilka starszych kawałków. 
LAO CHE

Na sam koniec zagrał Kult. Mam ogromny problem z tym „kultowym” zespołem. Niby to kawał historii (ponad 35 lat na scenie!) polskiego alternatywnego rocka, ale na żywo to bardzo ciężki kęs do przegryzienia. Szanuję muzykę i teksty, które tworzą, słucham, ale słucham w zaciszu mieszkania. Koncerty Kazika to naprawdę istna masakra. O ile większość wokalistów „porywa” w jakiś sposób publiczność, czuć pewną interakcję między artystami a odbiorcami, tak tutaj przy koncertach Kultu w ogóle tego nie zauważam, dlatego też nie potrafię wysiedzieć do końca. 
Jeśli byliście na koncercie Kultu dajcie koniecznie znać jak wasze odczucia, być może mam pecha do ich występów. 

Oczywiście koncert udał się nie tylko dzięki świętym występom, ale również dzięki cudownemu towarzystwu starych przyjaciół jak i również nowo poznanych. Koncert był dla mnie świetnym resetem i przerwą w nauce. 


No i już mamy koniec majówki. W ostatnim czasie nazbierało mi się sporo zaliczeń na studiach, a teraz trwa cisza przed burzą, czyli masa wolnego i zbierania siły na sesję, która zaczyna się już lekko za ponad miesiąc. 
Zaczyna się również matura! Życzę wszystkim, a nawet każdym z osobna maturzystom, jak najlepszych wyników. To niezwykle stresujący czas, pełen niepewności, a wkrótce też podejmowania ważnych decyzji życiowych. Szybciej myślcie niż róbcie, powodzenia i do następnego! Ja ne.

Z dnia: 04.05.2018

31 marca 2018

Szukam wiosny i świeżych jajek

Czas powiedzieć, że Pani Wiosna nadchodzi, ja Wam to mówię i tak będzie! Słychać wokoło śpiewy ptaków i czuć kupą w powietrzu, nie tylko na wsi, ale również w dużym mieście – Wrocławiu, a nawet w ścisłym jego centrum. To zdecydowane potwierdza moją tezę o zmianie pory roku albo że wyjątkowo cuchnące ktoś sobie robi ze mnie jaja.
Co do jaj… 
Obiło mi się o uszy, że nadchodzą święta. W związku z tym jestem zmuszona, a raczej mam przyjemność, standardowo wszystkim, czy nawet każdemu z osobna, życzyć wesołych świąt! Tony lub dwóch świeżych jaj, kwaśnego żurku i braku wzdęć po jedzeniu. Mile spędzonego czasu z rodziną, przyjaciółmi lub samemu w sposób typowo świąteczny bądź i nie, bo przecież można wyłamywać się z formy. Równocześnie życzę suchego dyngusa, nie dajcie się (p)olać deszczem.


Mam dość tej pogody... Najgorsza w niej jest nieprzewidywalność. Na termometrach jest 10 czy nawet 15 stopni, ubieramy lekką wiosenną kurtkę marzniemy do szpiku kości, a gdy postąpimy zupełnie odwrotnie, to czujemy się jak w saunie! Te zdjęcie idealnie obrazuje to co myślę: ciepło, ale zimno (niby nigdzie nie ma śniegu, ale staw cały zamarznięty).


Z dnia: 31.03.2018

18 marca 2018

Pomysł na: lampa w stylu vintage

Ohayou kochani! Dawno nie pokazywałam żadnego DIY, głownie dlatego, że ostatnio coraz to rzadziej zajmuję się tworzeniem czegoś z niczego, czy też przerabianiem. Głownie nie mam na to czasu, ale również ani materiałów ani warunków, jak to przystało na studenta uczącego się w obcym  mieście. Poza tym, raczej w wolnym czasie (o ile go w ogóle mam) postawiłam na odpoczynek, oglądanie dram/anime/filmów, czytanie i spanie. Czekam na wiosnę, może wówczas dorwie mnie więcej kreatywnych myśli.
Natomiast zostało mi kilka moich ulubionych twórczości, którymi się nie chwaliłam, ale planuję...
Jak sam tytuł mówi, pokaże Wam swoją przerobioną lampę. Pewnego dnia odkopałam ją ze strychu i postanowiłam przywrócić do życia. Była w opłakanym stanie, abażur był przepalony, przewody pourywane, a jej dni przewiezienia na wysypisko niemalże policzone. Lubię stare rzeczy, ale nie lubię się ich pozbywać, wolę naprawiać!


Tak właściwie, to szkielet miałam cały gotowy, ponieważ zerwałam stary materiał, odgięłam kilka drutów, by je ukształtować tak, jak powinny być ukształtowane i wzięłam się za to co lubię najbardziej, czyli szycie!


Mogłam iść na łatwiznę i przykleić materiał do drutów, sęk w tym, że lubię sobie utrudniać pracę... Chociaż nie, nie lubię. Materiał jaki użyłam był równie stary jak ta lampa. Koronka była na tyle delikatna, że przy traktowaniu jej klejem na gorąco od razu by się dziurawiła, a tego chciałam uniknąć, więc została mi tylko igła i nitka.


Efekt mojej pracy widoczny jest powyżej. Niestety nie jest to efekt ostateczny, bo planuję jeszcze pomalować stojak na biało i poprzecierać go w paru miejscach imitując wytartą farbę. Na to potrzebna jest jednak pogoda, a jak widać za oknami śnieg (nawet we Wrocławiu!).

----------------------------------------

Rzadko się udzielam w blogosferze, ale to dlatego, że jestem trochę zdemotywowana wszystkim. Choć mam multum pomysłów i nawet napisanych wstępniaków, to nie mam w ogóle weny i chęci. Nie tylko do pisania, ale również uczenia i wszystkiego co muszę czy powinnam robić. 

p.s.
Ostatnio trochę słychać o trasie koncertowej MIYAViego, ciągle zastanawiam się czyby nie kupić biletu, tylko termin jest dość niedopasowany (środek tygodnia), ale wówczas będę musiała najpewniej zrezygnować z Rock Festu, który jest tydzień wcześniej. Takie mam studenckie dylematy, bo nie stać mnie na to i na to. Jeśli ktoś wybiera się na MIYAVIego, dajcie znać!
 Do następnego, ja ne! :) 

Z dnia: 18.03.2018r.

18 lutego 2018

The Lord of The Rings in Concert // Wrocław 18.01.18

Organizatorzy: „Pierwsza część trylogii J.R.R. Tolkiena — „The Lord of The Rings: The Fellowship of The Ring in Concert”. Film na ogromnym ekranie z muzyką na żywo Howarda Shore’a, zdobywcą trzech Oscarów. Całość w towarzystwie orkiestry symfonicznej, chóru oraz solistów. W sumie 250 artystów na jednej scenie. Gość specjalny Justyna Steczkowska ” 

I mniej więcej tyle na temat organizacji całego wydarzenia. Kilka słów na temat godziny rozpoczęcia, zakończenia oraz przerwy, a także ceny parkingu i szatni. Nic więcej. Zastanawiałam się jak mam podejść do tego tematu, bo kompletnie nie znam się na muzyce filmowej, na orkiestrze symfonicznej, jego składzie, a co dopiero jakości wykonania. Jednak wiem jedno, że jest to muzyka Howarda Shore’a, autora muzyki do ponad 50 filmów, z których najbardziej znane to m.in. Władca Pierścieni, Hobbit, Aviator, Milczenie owiec, Gra czy Filadelfia nie może być źle wykonana na żywo. 


Howard Shore o koncercie w Polsce: „Gramy koncert na żywo podczas projekcji filmowej na 18-metrowym ekranie. To wielki, piękny cyfrowy obraz, któremu akompaniuje muzyka na żywo. Na scenie mamy dużo grupę muzyków, 230 artystów i 96-osobową orkiestrę. Chór dorosły 60-70 wokalistów, chór dziecięcy 50 wokalistów, a także wielu artystów folkowych i solistów.” 

Och! To widok niesamowity. Cudownie jest spojrzeć na scenę pełną artystów poświęcających swoje życie dla tak pięknej dziedziny, jaką jest muzyka. Tu nawet nie chodzi o to czy mi się to podobało, ale fakt, że tak podziwiam każdego, kto z wielką pasja potrafi się oddać swojej pracy. Moje zadowolenie wyniosło 100% odnoście samego koncertu, po prostu artystyczna rewelacja! 
Natomiast dostrzegłam masę niedociągnięć od strony technicznej i samej organizacji wydarzenia. Nie jest to tylko i wyłącznie moja opinia, lecz dziesiątek innych osób. Organizatorzy totalnie mięli wszystko w nosie. 
O ile rozumiem przeszukiwanie torebek w ramach bezpieczeństwa, to nie rozumiem czemu nie sprawdzono mojego biletu, odniosłam wrażenie, że na dobrą sprawę każdy z ulicy mógłby „wejść na krzywy ryj”, a nikt z organizatorów by tego nie zauważył. Nie wiem jednak jak działała szatnia, ale z tego co się orientuję, to kolejna porażka. Wchodząc na halę widziałam bardzo długą kolejkę, z opinii ludzi wynika, że obsługi było za mało, dlatego zgrabnie ją ominęłam i postanowiłam nie oddawać swojego płaszcza. Było to natomiast całkiem dobre zagranie. Pamiętacie takie niewygodne krzesełka z podstawówki? To wyobraźcie je sobie w stopniu gorszym, były niewyobrażalnie twarde i źle wyprofilowane. Mimo że kompletnie nie mam problemów z kręgosłupem, to po 4 godzinach siedzenia (a siedziałam na miękkim płaszczu), nie obeszło się bez tabletek przeciwbólowych. 

Dodatkowo miałam wrażenie, że ludzie trochę pomylili wydarzenia. Osobiście przyszłam na koncert z filmem w tle, masa z kolei przyszła na film z przygrywaną muzyczką do hot-doga i popcornu. Świetnie, że organizatorzy pokusili się o kącik gastronomiczny, ale nie wydaje mi się, żeby to była okazja na zajadanie się popcornem przy artystach tego pokroju, mało taktowne i kulturalne, zwyczajny brak szacunku. Napomnę, że po zakończeniu filmu większość widowni zaczęła wychodzić, nawet nie czekając aż artyści się ukłonią i zejdą ze sceny – ewidentnie ludzie pomylili te wydarzenie ze zwykłym seansem filmowym! 
Ostatnia rzecz na minus jest trochę bardziej techniczna. Przede wszystkim zabrakło konferansjera. Nikt nie prowadził „przedstawienia”, nikt nie zapowiedział wejścia artystów na scenę ani nie było słowa o tym, że gościem specjalnym była Justyna Steczkowska (swoją drogą była kompletnie niewidoczna). Nie przedstawiono jaką orkiestrę oraz chór zobaczymy na scenie i pod czyją batutą będą grać. Brak informacji jak długo będzie trwała przerwa. 

Choć nie znam się na nagłośnieniu ani odpowiednim oświetleniu sceny, to bez żadnych skrupułów mogę napisać, że coś poszło nie tak. Połowa muzyków nie była widoczna, a z kolei na ekran padał blask reflektora. Dialogi z filmu niekiedy były zbyt głośne w stosunku do granej i śpiewanej muzyki, a i niektóre niskie dźwięki były dość niewyraźne, zdecydowanie akustyka poszła w złym kierunku. 

Niestety patrząc na wszystko co napisałam powyżej, widać co dobra kilkumiesięczna reklama robi z wydarzeniem, które tak naprawdę nie było takie „super”. Pomijając oczywiście aspekt artystyczny! 
Był to spęd masy, która się nie potrafi do końca zachować, wykluczając wyjątki, które naprawdę zachwycały się widowiskiem. Jest w tym również wina organizatorów, bo potraktowano widownie trochę jak bydło, które przyszło obejrzeć po raz kolejny ulubiony film. Gdyby organizatorzy bardziej się postarali i wyeksponowali to co najważniejsze, czyli artystów i ich występ nazwałabym to muzyką w filmem w tle, natomiast ich podejście sprawiło zupełnie odwrotny efekt.

Żeby nie było,  to nie jest tak, że nie jestem zadowolona i mi się nie podobało, choć wyszczególniam tu masę minusów, to ciągle podkreślam, że występ sam w sobie był wydarzeniem absolutnie fenomenalnym. Problem tkwił jedynie w organizacji, przez co trochę czuję się pokrzywdzona wydając dość spora sumę na bilet na film z muzyką w tle, gdy właściwie obiecywano nam coś zupełnie innego.

----------------------------------------------
P.S. Występ miał miejsce miesiąc temu, niestety nie miałam zbyt wiele czasu na pisanie, ponieważ trwała sesja, ale jestem już po sesji, wszystko jest pozaliczane, miałam tydzień wolnego i w końcu pojechałam do domu. Jutro zaczyna się kolejny semestr i znów do nauki. Ja ne!

Z dnia: 18.02.2018r.

13 lutego 2018

Czekoladki walentynkowe

Ohayou! Z okazji jutrzejszego święta zakochanych przygotowałam kolejny przepis na czekoladki dla drugiej połówki, bo wszyscy doskonale wiecie, że jest to moja coroczna tradycja, zgodna z kultura japońską, czyli obdarowywaniem swojego mężczyznę słodkościami własnoręcznie przygotowanymi!


Na moim blogu pojawiły się już dwa przepisy na czekoladki, możecie je zobaczyć:

Dzisiaj przygotowałam dla Was przepis na domową czekoladę z mleka w proszku, jest nadzwyczaj smaczna, jedwabista aż rozpuszcza się w ustach. Przygotowując ją sami możecie uznać czy dodacie do niej bakalie, orzechy, wiórki kokosowe, a może nic. Co więcej, sami możecie dostosować do siebie stopień słodkości. Przepis poniżej jest na czekoladę MEGA słodką i MEGA kakaową! 
Składniki:
200g masła
300g mleka w proszku (orientacyjne - może być mniej lub więcej)
½ szklanki wody
1,5 szklanki cukru pudru
8 łyżek kakao
garść orzechów
garść bakalii
  
1. Wlewamy wodę do rondelka wraz z masłem i rozpuszczamy na małym ogniu.

2. Dodajemy cukier puder i dokładnie rozpuszczamy w maśle, a następnie dodajemy kakao.

3. Jeśli przewidujemy jakieś dodatki do czekolady, to najlepiej jest je dodać teraz, ponieważ po dodaniu mleka w proszku nasza czekolada momentalnie gęstnieje i wymieszanie dodatków będzie stanowiło większy problem.

4. Jak już się domyśleliście teraz czas na mleko w proszku. UWAGA! Nie dodawajcie dokładnie tyle ile ja podałam w przepisie, ponieważ jest to ilość orientacyjna. Z doświadczenia wiem, że najlepiej jest dodawać bardzo powoli niewielką ilość proszku ciągle mieszając. W końcu będzie moment, że zorientujecie się, że masa  na tyle Wam gęstnieje i warto już przestać dodawać więcej. Tym razem dodałam 300g mleka, ale kiedyś robiłam przepis, w którym dodawałam nawet 500g, wówczas czekolada była nieco mniej delikatna i bardziej "zbita", a smak mleka bardzo wyrazisty.


Korzystajcie tylko i wyłącznie trzepaczki/ubijaczki, ponieważ ona doskonale wymiesza składniki, starajcie się nie mieszać zbyt szybko, to nie sprawi, że składniki lepiej się zmiksują. Róbcie to do momentu, aż konsystencja masy będzie jedwabista, gładka, cały czas podgrzewając na małym ogniu.

Czekoladę możecie włożyć do foremek, ja wkładam ją zwykle do foremek na muffinki albo do podłużnej blaszki na ciasto i wówczas powstaje blok czekoladowy, który możemy kroić. Ja osobiście staram się drugą wersję omijać, ponieważ lubię delikatne i miękkie czekolady, dlatego krojenie takiej w bloku nie jest zbyt wygodną ani estetyczna sprawą. 

Czy można zamiast masła użyć margaryny? Tak, ale pomyśl o smaku, masło lepiej wkomponuje się w całokształt, jest delikatniejsze.

Można dodać śmietanki 30% zamiast wody. UWAGA! Spowoduje ona, że czekolada będzie jeszcze delikatniejsza niż jest, ale ma ona swój minus, może się zważyć! Trzeba dokładnie mieszkać i uważać, żeby nam się nie przegotowała. 

Z dnia: 13.02.2018r.


21 stycznia 2018

Blogowanie, czyli 5 lat kreowania tożsamości Aiko-chan

Właśnie dzisiaj mija rocznica założenia tego bloga, całe 5 lat. Przez ten czas naprawdę wiele się zmieniło. Począwszy od blogosfery, aż po życie osobiste.

Pisanie bardzo dużo mnie nauczyło, szczególnie wyrażania własnych poglądów i opiniowania. Względnie rzetelnych argumentacji, a nie powtarzania tych samych paplanin w celu wbicia komuś moich przekonań. Ważne jest to, jak się przekazuje informacje innym, a nie narzuca i wpaja własne poglądy. Równocześnie odnosi się do czytania. Blogerzy przedstawiają własne zdanie i recenzują: kosmetyki, muzykę, filmy, ulubione miejsca w kraju rodzimym i za granicą, i wiele innych. Ostatecznie my, czytelnicy kształtujemy swoje opinie i na ich podstawie możemy odnaleźć w pewnym sensie siebie.
Oczywiście opieram to wszystko na osobistych doświadczeniach, ponieważ wolę chociażby przeczytać co ma dopowiedzenia bloger X, Y, czy Z, niż czytać stronnicze artykuły sponsorowane albo „profesjonalne” magazyny, ponieważ większość z nich z góry narzuca formę i treść. Dla mnie ważniejszy wpływ na kształtowanie się opinii, to zlepki cudzych, łatwiej jest się wówczas ustosunkować do jakiejś sytuacji. 

Blogowanie nie polega na tym, żeby pisać „dla siebie”, jeśli tak ktoś mówi, to kłamie. Gdyby tak było, ten ktoś, pisałby pamiętnik i wkładał go do szuflady, a nie szukał uznania w internecie (bo w końcu w pewnym sensie tego oczekują bloggerzy). Mimo wszystko blogowanie rządzi się trochę innymi zasadami niż magazyny internetowe i wszelakie portale informacyjne. Mamy dużo większy zakres możliwości, nie musimy trzymać się żadnych reguł, bo je ustalamy sami i sami również możemy je zmienić. Granice naszych możliwości zależą tylko od tego, jak wiele mamy zasobów pozwalających nam przekazanie informacji na blogu, w dużej mierze zależy to od kwestii finansowych, bo w końcu żeby coś pokazać - przedmiot, miejsce to trzeba w jakiś sposób go zdobyć lub do niego dotrzeć. Natomiast innym ważnym aspektem jest czas i nie chodzi mi tylko o pisanie, ale również o czas przeznaczony na nowe doznania opisywane i przekazywane na blogu (mam na myśli różne wydarzenia kulturowe, czy czas poświęcony na obejrzenie filmu, przeczytanie książki lub wykonanie DIY itp.). 

Ostatnio bardzo dużo zastanawiałam się nad powiązaniem między mną a Aiko-chan, w takim sensie, że dawniej bardzo odcinałam się od tożsamości internetowej i stawiałam grubą krechę między życiem prywatnym, a wyimaginowaną postacią Aiko-chan. Raczej nie przyznawałam się do tego, że pisze bloga i był to temat nieco wstydliwy dla mnie. Działało to w dwie strony – w internecie nie chciałam pokazywać swojej twarzy, a świecie prawdziwym nie przywiązywałam wagi do karykaturki, którą stworzyłam. Teraz napawam się dumą wspominając o blogu i o twórczości jaka tu tworzę. Mimo że masa wpisów w ogóle obecnie nie odzwierciedla tego co w tej chwili myślę czy jaka jestem, to mam do tego niesamowity sentyment. Dzięki tej stronie mogę cofnąć się nawet 5 lat wcześniej i przypomnieć sobie, co wówczas robiłam oraz jaką miałam koncepcję na
                                                                                                   przekazanie moich wartości dalej. 

Mam świadomość tego, że wraz z ewolucją mojej osobowości ewoluował też mój blog, nie ocenię czy na gorsze czy na lepsze, ale to dowodzi, że nie ma rzeczy stałych i nigdy nic nie jest takie samo jak było wcześniej, mimo że staram się trzymać od 5 lat ciągle ten sam schemat blogowania, to doskonale wiem, że trafiam do zupełnie innych odbiorców dzisiaj, niżeli kilka lat temu. W końcu nie utrzymałam tematyki bloga w myśli kultury azjatyckiej. Piszę jedynie odwołując się do popkultury, jaką mogę doświadczyć na odległość – konwenty, koncerty, kinematografia czy muzyka to elementy, które mogę doznać empirycznie, dlatego mogę o nich pisać, reszta to czysta abstrakcja. Właśnie z tego powodu zainteresowania tylko się pogłębiają, chcąc poszerzać tematykę bloga trzeba się uczyć i doświadczać nowości: wiele czytać, wiele tworzyć, wiele poznawać. W taki sposób blog samoistnie nastawił się bardziej na tematykę podróży i relacji kulturowych, a jego przeznaczenie się nieco zmieniło.


Myślę, że blogowanie nauczyło mnie jednej rzeczy (pomijając takie oczywistości, jak nauka i ciągle doskonalenie formy pisania czy kulturalnej komunikacji między blogosferą), mówienia o sobie, o tym co się lubi, jakie ma się upodobania i jakie poglądy w sposób otwarty. Co prawda "hejty" istnieją i będą istnieć, ale to nie może nas demotywować do tego, aby przestać wyrażać własne zdanie.
Największą motywacją dla blogera są jego czytelnicy, dlatego dziękuję wszystkim czytającym blog Aiko-chan. Mata ne! :)
 Z dnia: 21.01.18r.

2 stycznia 2018

Skupisko dram – podsumowanie 2017

W ubiegłym roku nie było podsumowania najlepszych dram 2016, ale to dlatego, że według mnie był to jeden z najgorszych sezonów. W 2017 jest zupełnie inaczej, obejrzanych dram było sporo, na jednych się bardzo zawiodłam, jak choćby My secret romace albo While you were sleeping, o których było naprawdę głośno, wydawały się zdobywać popularność, a jednak w rzeczywistości nie były wcale godne uwagi. Były też odmóżdżające seriale, które wydawały się początkowo ambitnym kąskiem, a potem przeradzały się w nudny romans typu prawniczego - Suspicious partner. Były też życiowe i pouczające produkcje (Go back couple), ale nie na tyle dobre, by według mnie trafiły na podium. Wielkiej rewolucji nie było, ale zobaczcie sami, co przyniósł ostatni rok. :) 

3. „School 2017”
Rok produkcji: 2017; Liczba odcinków: 16; Gatunek: komedia, romans, szkolna

Życie nastolatków toczy się głównie wokół szkoły, nic dziwnego, że to właśnie ona sprawia im najwięcej problemów. Koreańska szkoła przytłacza swoim systemem uczniów - piękni i bogaci zawsze są traktowani lepiej, a co z jednostkami, które są ich przeciwnością? Najlepiej jest ich się pozbyć – tak twierdzą nauczyciele, wprowadzają niemalże terror w szkole. Na pomoc przychodzi tajemniczy pan X i sabotuje system. Ukazuje jej największe minusy i sprawia, że to nie dzieci, ale dorośli zaczynają mieć problemy. "Kim jest człowiek X i jaki ma właściwie cel?" - pytają wszyscy. "Złapmy go!"


2. Weightlifting Fairy Kim Bok Joo
Rok produkcji: 2017; Liczba odcinków: 16; Gatunek: komedia, sportowa

Kim Bok Joo (Lee Sung Kyung) należy do drużyny podnoszącej ciężary w szkole sportowej. Zaczyna odnosić sukcesy, często wygrywa zawody i jest zdecydowanie jedną z najbardziej utalentowanych osób w grupie. Jednak jak to bywa w młodym wieku, dziewczyna ma wiele problemów. Z pewnością życia Bok Joo nie ułatwia złośliwy kolega z uczelni, na każdym kroku burzący jej święty spokój. W końcu bohaterka mimo swoich osiągnięć sportowych nie czuje się zbyt szczęśliwa, zawsze była chłopczycą, zarówno rodzina jak i przyjaciele traktują  ją jak mężczyznę. Czy dziewczyna odkryje w sobie prawdziwa kobiecość? Co sprawi, że zechce poszukiwać czegoś czego nigdy nie miała?



1. Witch’s court
Rok produkcji: 2017; Liczba odcinków: 16; Gatunek: komedia, kryminał, prawnicza

Prokurator Ma Yi Deun (Jung Ryeo Won) miała bardzo trudne dzieciństwo. Wychowywała się bez ojca, a matka z dnia na dzień zniknęła z jej życia. Ostatecznie została sierotą. Przez całe życie bardzo ciężko pracowała na lepszą przyszłość. W międzyczasie próbowała wszelkich sposobów na odszukanie zaginionej mamy. W końcu traci nadzieję. Pewnego dnia staje się światkiem molestowania seksualnego, a dokładniej widzi jak szef napastuje dziennikarkę. Początkowo bohaterka nie chce się angażować w tą sprawę, bo zależy jej na wysokiej pozycji i uznaniu. Jaką decyzje podejmie, woli piąć się ku szczytu kariery, czy upaść na dno w imię prawa? 



Coś z życia Aiko
Oczywiście korzystając z okazji, choć już pisałam o tym w mediach społecznościowych, chcę Wam życzyć najszczęśliwszego nadchodzącego roku. Dla mnie ubiegły niestety był zbyt pracowity, zbyt nieudolny, nie wniósł w moje życie niczego nowego, a jedynym racjonalnym i dumnym osiągnięciem jakie dokonałam, to wybór kierunku studiów. 
Bardzo źle wspominam ostatni rok: do połowy maja siedziałam przed książkami, dość słabym rezultatem były wyniki matury, ciągła praca, nerwy, stres, brak czasu dla siebie i dla bliskich, średnio udane wakacje i wiele innych mniej przyjemnych spraw. W tym roku planuję wiele rzeczy zmienić. Głównie swoje podejście do codzienności, bo śmierdzi u mnie nudą, ale przede wszystkim muszę bardziej efektywnie zarządzać swoim czasem. O celach na ten rok się dowiecie, ale jeszcze nie w tej notce. To tyle na dzisiaj. Mata ne!

Z dnia: 02.01.2018r. 

24 grudnia 2017

Merii Kurisumasu!

おはよう!メリイクリスマス。
(Cześć! Wesołych świąt.)

Dzisiaj zgodnie z coroczną tradycją, w dniu wigilii,  chciałabym życzyć wszystkim swoim czytelnikom wesołych świąt. Abyście spędzili je w spokoju od codziennych zawirowań oraz zmartwień. Odpoczęli i nabrali siły na nadchodzącego sylwestra. Żeby Wam żadna ość z karpia nie stanęła w przełyku, kompot z suszu był wystarczająco schłodzony, a pierogi nigdy się nie kończyły. Równolegle życzę coś mniej przyziemnego i zarazem ważnego, szczególnie zdrowia, pogody ducha, miłości i wytrwałości w dążeniu do celów. Dla mnie święta to czas spędzany w gronie najbliższych, czego również i Wam życzę. Spędźcie je tak, jak chcecie: z rodziną, przyjaciółmi, psem czy chomikiem, ale nie bądźcie sami. 
1. Aiko Rudolf z przyjaciółmi reniferami.
2. Wrocławska choinka na rynku.
3. bałwan żebrzący o miotłę.
1.Aiko z Pandą.
2.Dzisiejsza choinka obładowana prezentami.
Do następnego! Mata ne! :) 
Z dnia: 24.12.2017r.

22 grudnia 2017

ONE OK ROCK // Warszawa 3.12.17

Wyjazd na koncert ONE OK ROCK w tym roku w ogóle nie był przemyślany. Gdy tylko usłyszałam, że zespół ponownie przyjedzie do Polski, pod wpływem impulsu, już w dniu pojawienia się biletów online, zamówiłam dwie wejściówki. Teraz żałuję. Mogłam kupić bilety VIPowskie.

Wyjazd naprawdę był, jak na mnie, nieco chaotyczny - takie niezorganizowanie w ogóle nie jest w moim stylu! W ostatniej chwili zakup biletów do i z Warszawy, nie prześledzony przejazd na miejsce koncertu i powrotu z niego. Tym razem mi to nie przeszkadzało, bo jak Wiecie, uwielbiam hasło: „idźmy za tłumem”. Za każdym razem mi się ono sprawdza, o dziwo w tej sytuacji również. 

Początkowo miałam inny zamysł, chciałam pojechać do Warszawy wcześniej, nieco pozwiedzać, ale ostatecznie nadeszła zima. Mróz i śnieg pokrzyżował mi nieco plany. Dlatego do Warszawy przybyliśmy z Pandą tuż przed godziną 16:00, kiedy bramki były otwierane o 18:00. Zdążyliśmy jedynie zjeść szybko frytki w McD i ruszyć w drogę.
Daleko szukać nie musieliśmy, już na przystanku przed Złotymi Tarasami zauważyliśmy charakterystyczna grupkę młodzieży, to był znak, że: czekamy w dobrym miejscu, wsiadamy do odpowiedniego tramwaju, wysiadamy na prawidłowym przystanku, idziemy we właściwym kierunku i w końcu, stoimy w należytej kolejce (tak na oko w środku, przed i za nami jakieś 100m ludzi).
Około 17 byliśmy przed warszawską Halą Koło. Ku mojemu dziwieniu i pomimo NAPRAWDĘ długiej kolejki, szybko została rozładowana, za sprawą podziału jej w pewnym momencie na dwie części. Ostatecznie weszliśmy na salę po półtoragodzinnym staniu na mrozie. Porównując nasze koczownictwo do innych fanów to pikuś! Dziewczyny opowiadały, jak siedziały pod halą już od 11 rano – to są prawdziwi fani!
Organizacja
Standardowo przechodzenie przez bramki kończy się przeszukiwaniem toreb i zabieraniem: termosów, kanapek, wód mineralnych, batoników itd. niezależnie czy są duże czy małe. Za każdym razem drażni mnie ta sytuacja, bo jak wiadomo, takie rzeczy na czas koncertu za każdym razem pozostają w plecakach/torbach w szatni z ubraniami wierzchnimi, szczególnie tą porą roku. Co więcej, w ubiegłym roku, gdy koncert odbywał się w Progresji, było chociaż przyzwolenie na wnoszenie małych półlitrowych wód bez nakrętek – to zawsze coś. Tym razem kategoryczne: nie. Natomiast moje śmiertelne breloki przy portfelu i kluczach są dużo bardziej niebezpieczne, i mogłabym z nimi zostać miniaturowym terrorystą, aczkolwiek nikt nie zwrócił na nie żadnej uwagi. Czy to nie dziwne?
Ogólna organizacja była naprawdę dobra, podzielono ludzi na dwie kolejki przy wejściu do bramek, potem tworzyły się kolejne do aż dwóch szatni, z czego każdą obsługiwały bodajże po 3-4 osoby. To wielki plus przy takiej masówce, niestety Progresja w ubiegłym roku gorzej się sprawowała. 
Dodatkowo bardzo się ucieszyłam, gdy okazało się, że tym razem koncert odbędzie się w dużej hali sportowej, a nie malutkiej salce klubowej, gdzie większość koncertowiczów zdycha po samym supporcie, tym razem kwestia organizacji koncertu w zimę i w dużym pomieszczeniu, była bardzo rozsądnym ruchem.
Największym minusem jaki dostrzegłam były… toalety. Koncert co prawda odbywał się na hali sportowej, ale toalety, które były udostępnione to zwykłe ToiToi, było to mega problematyczne, ponieważ znajdowały się one oczywiście na zewnątrz i jedynym wyjściem, aby z nich skorzystać, był spacer na mrozie - bez kurtek (bo oczywiście zabranie ich wiązało się z czekaniem w kilometrowej kolejce do szatni).
Podobno był na terenie koncertu jakiś „bar”, ale go w ogóle nie zauważyłam, widocznie jego oznakowanie było słabe, więc w tej kwestii w ogóle się nie wypowiem. 
1.Jadąc na koncert miałam taki plan: będę miała dużo czasu w pociągu, więc nauczę się do nadchodzącego kolokwium. Ha! 5h w pociągu jadąc w jedna stronę notatki leżały na stoliku i wspólnie ze mną rozglądały się za stacją końcową.
2.Widok Pałacu Kultury zawsze mnie cieszy, jest dla mnie doskonałym punktem orientacyjnym.
3.W tym roku postanowiłam założyć zimowe uszy niedźwiadka - wykonane własnoręcznie, przy najbliższej okazji postaram się stworzyć notkę typu DIY, mam wiele kreatywności, których nie pokazywałam na blogu w ostatnim czasie. :)
Koncert: ONE OK ROCK Ambitions European Tour 2017
Na początku napomnę o supporcie, bo go uwielbiam! Jako przygrywka dla naszych gwiazd zagrało Crown the Empirie. Jest to amerykański, rockowy zespół działający od  7 lat. Bardzo mnie zdziwiło, że to własnie oni będą rozgrzewać widownie, a to głównie dlatego, że jest to zespól grający dużo "cięższą muzykę", bo jest to metalcore/post hardcore. Używają w swojej twórczości wiele efektów elektronicznych, jest to głównie tekst wrzeszczany, często zmieniają rytmikę i mają tendencję do przejścia ze spokojnych, niosących "ballad" po agresywne wykorzystanie gitary i wokalu. I własnie  kompletnie mi to nie pasowało do "przygrywki" ONE OK ROCK. Niemniej słucham ich od kilku lat, jest to odpowiednik muzyki jaka towarzyszy mi na co dzień, bardzo ich szanuję i okropnie się cieszę że miałam okazję ich posłuchać na żywo. Swoją charyzmatyczna twarz pokazali przed koncertem OOR, nie tylko grając swoją muzykę, ale również potem, bardzo sympatycznie odnosząc się do widowni, z wielka chęcią robi ze sobą zdjęcia i zachęcali do rozmów ze sobą. Z pewnością osoby ich nieznające, będą dobrze wspominać Crown the Empirie. Niestety, chłopaki zagrali jedynie przez 30-35 minut. 
Zagrali m.in.: Zero, Hologram, Memories of broken heart, Voices, Machines
Crown the Empirie
O głównym koncercie można by pisać naprawdę sporo, sam w sobie koncert oceniam lepiej niż ten w Progresji, ale to kwestia widowni. Rok temu na pierwszym koncercie ONE OK ROCK w Polsce przybyło naprawdę sporo "fanów", których słyszałam głośniej podczas koncertu niż chłopaków. Wróć! Piski dziewczyn słyszałam głośniej, nie śpiew, to tak dla sprostowania. W tym roku było ich mniej, to raczej kwestia tego, że masa osób jednak wybrała się na sierpniowy występ na Czad Festiwalu, a Ci którzy wówczas nie byli, przyjechali teraz w grudniu do Warszawy (tak było w większości przypadków, gdy podpytywałam ludzi - w moim również).
ONE OK ROCK
Ktoś by mógł powiedzieć, że koncert jak koncert: muzyka, śpiewy, skakanie w tłumie i wołanie o bis. Ale wydarzyły się aż trzy bardzo zapadające w mojej głowie rzeczy. Z czego jedna z nich jest godna pożałowania.
Podczas śpiewania jednej z piosenek - "Take what you want" Taka zaśpiewał wstęp i nagle umilkł. Umilkła również sama muzyka. Zespół stanął nieruchomo na scenie, nastała grobowa cisza z ich strony. Był to znak, że oddają hołd zmarłemu, a dokładnie Chesterowi Benningtonowi (wokalista zespołu Linkin Park). Niestety ktoś z widowi znalazł idealny moment na to aby zebrać się na wyznania: "kocham Cię Taka", "love you" oraz szepty: "zapomnieli tekstu", "ha ha, zaciął się" i różne takie, hm... niezbyt mądre komentarze, aż w końcu brawa, znikąd. Nie mam na języku cenzuralnych słów na opisanie głupoty lub niedojrzałości osób, które w ten, a nie inny sposób się zachowały. O ile szepty są dla nie zrozumiałe (niektórzy mogą nie wiedzieć, o co mogło chodzić zespołowi), o tyle krzyki i brawa, kompletnie mnie zbijają z tropu. 
Linkuję poniżej nagranie z YouTube, abyście mogli zobaczyć jak to właściwie było.


Uważam jednak, że staraliśmy po sobie zatrzeć złe ślady. Akcje fanowskie są na każdego takiego rodzaju koncertach. My w tym roku postanowiliśmy zaskoczyć chłopców kolorowymi światełkami podczas piosenki "We are". Jak to zrobiliśmy? Ha, wystarczy włączyć latarkę w telefonie i nakleić na nią kolorowa folię. Efekt był zdumiewający!


Fani zaskakują dobrze albo źle. Co prawda masa ludzi nienawidzi piosenki "American girls", jest to na tyle głośna sprawa, że większość wie czemu. Choć mi osobiście bardzo się podoba, reaguję na nią trochę inaczej niż "typowi fani", ale o co mi chodzi... Ano o to, że tym razem to OOR nas zaskoczyło, bo Taka zaśpiewał... "Polish Girls"! I w taki sposób, fani zamiast buczeć na amerykańskie dziewczyny, cieszyli  się, dobrze bawili, a nawet się podekscytowali, że zaśpiewano o polskich dziewczynach. Natomiast coby nikomu ego za bardzo nie skoczyło, w innych krajach te nazwy były zamieniane (nie orientuję się czy we wszystkich, w których odbywała się trasa, ale doszły mnie słuchy, że w większości).
Drugie nagranie zawiera "Polish girls".

Miałam trochę wrażenie, że zespół nie był na tyle zadowolony z koncertu na ile powinien. Kwestia tego, że dawali z siebie naprawdę 100%, ale publika (moim zdaniem) nie do końca dokazywała. Być może zupełnie jak ja, fani są przywiązani do starszej dyskografii, a co za tym idzie, na koncertach nie do końca znają tekst piosenki, gdy artysta chce żeby coś widownia zaśpiewała, ale też zwyczajnie gorzej się bawi wśród muzyki, co by nie mówić, mniej lubianej.
Generalnie podsumowując był to dla mnie lepszy koncert niżeli ten w ubiegłym roku, publika była spokojniejsza, nie słuchałam pisków gimnazjalistów, tylko śpiew i muzykę. 

ONE OK ROCK zagrało m.in.: Taking off, Hard to love, Bedroom warfare, Bon voyage, I was king, Take what you want, The beginning, Mighty long fall, We are, American girls. 

Po koncercie
Po koncercie umówiliśmy się z kilkoma osobami na "after", ponieważ duża większość wracała do domu z samego rana kolejnego dnia. Ostatecznie zgniliśmy na dworcu w McDonald's w małej grupce, jedząc fast foody do 3 rano i rozmawiając na 101 tematów, a po godzinie 5 mieliśmy już pociąg do Wrocławia.
Tak minął mi kolejny koncert i za razem ostatni w tym roku. Następny w planowanych mam we Wrocławiu 18 stycznia - "The Lord of The Rings: The Fellowship of The Ring in Concert", a więc "film na ekranie z muzyką na żywo Howarda Shore’a, zdobywcą trzech Oscarów. Całość w towarzystwie orkiestry symfonicznej, chóru oraz solistów. W sumie 250 osób na jednej scenie" - cytowane z wydarzenia na facebooku. Wiążę spore nadzieję z tym występem. 
To tyle na dzisiaj, wciąż nie życzę Wam wesołych świąt - to będzie dobra motywacja, aby napisać coś jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Mata ne!

Z dnia: 22.12.2017r.

*Nie musze tłumaczyć, że nagrania z YT nie należą do mnie i pełne prawa nalezą się ich autorom. :)