TOP koreańskie dramy!

Najlepsze koreańskie dramy minionych lat. Podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Najlepszym sposobem jest internet. Naszego nowego azjatyckiego przyjaciela możemy ponać na...

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy. Jak przyjąc Japończyka w polskim domu?

ONE OK ROCK w Polsce

Relacja z trzeciego już z kolei koncertu, jedynego i najulubieńszego zespołu japońskiego Aiko.

Kosmopolita

Aiko opowiada o swoich podróżach po Europie, relacjonuje, opiniuje i poleca.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Recenzja podręcznika do nauki języka japońskiego Beaty Pawlikowskiej

Jak komunikują się Azjaci?

LINE - jeden z najpopularniejszych komunikatorów azjatyckich, podobnie jak Skype, ma możliwość przeprowadzenia rozmowy głosowej czy też video rozmowy, a także standardowo rozmowy pisanej.

Krótko o dredach

W pigółce fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi, jak pielęgnuje. Co to są dredloki i czy każdy może nosić dredy?

Nama Chocolate

Nama choco to japońskie czekoladki walentynkowe, robione domowym sposobem i wręczane mężczyznom w dniu zakochanych.

Zrób swoją Pande!

Tutorial od Aiko, jak zrobić własną Pande brelok.

Pol'And'Rock 2018

Najpiękniejszy festiwal świata okiem Aiko-chan!

14 września 2018

Wakacyjne bazgroły 2018

Postanowiłam, że tym razem zrobię taki podsumowujący post z moimi tegorocznymi rysunkami, nie było takich już od... kilku lat. Co najmniej dwóch, a może i dłużej. Zauważam regres, bo w końcu bardzo długo nic nie rysowałam. W końcu się zebrałam w sobie i o to efekty! 

Panna młoda i Gruszka

Na rozgrzewkę dwa szybkie, luźne, nocne bazgrołki rysowane pisakami. Pierwszy przedstawia pannę młodą, co łatwo się domyślić, drugi przedstawia Panią Gruszkę. Bo tak. Pomysły narodziły się w głowie.

Panda

Panda, Pandy za mną chodzą od kilku lat. Mam piżamę Pandę, wisiorek Pandę, zegarek Pandę, termofor Pandę, skarpetki Pandę, koszulkę Pandę i inne takie... Brakowało mi rysunku Pandy. Wymyśliłam sobie Pandę odbitą w tafli wody. Niestety nie potrafię zbyt dobrze rysować wody, a właściwie w ogóle. Początkowo chciałam zrobić bardziej realistyczne odbicie, ale poszłam na łatwiznę i zamiast odbicia zrobiłam rozmazane plamy. Efekt oceńcie sami. Rysunek oczywiście wykonany ołówkami B2-B7.

Fuji

To trochę niechciany rysunek z mojej strony, choć ma wiele fanów. Robiony tuszem kreślarskim i stalówką 0.5mm. Generalnie był to eksperyment, tuszem do tej pory rysowałam może ze trzy razy. A rysunek był improwizacją - nie miał nawet szkicu, więc proporcje czy cienie i rzuty nie są w ogóle zachowane. Jest wiele zdjęć miasta z tłem Góry Fuji, więc gdzieś tam odtwarzając to w pamięci postanowiłam narysować coś podobnego. Koncepcja "niedokończonego rysunku" nie była przypadkiem. 

Japonka

Japonka to też takie eksperyment. Generalnie nie maluję farbami, nie cierpię kolorów i praktycznie nigdy ich nie używam. Ani farb (choć najczęściej), ani kredek, a w szczególności nie korzystam z pasteli. Malunek był wzorowany, choć koncepcja się w między czasie znacznie zmieniła. Zdecydowanie uważam to za nieudany twór. 

Notesik Lisek

No dobra... Trochę kłamałam, są sytuacje w których uwielbiam używać kolorów. Ten notes jest tego przykładem. Lubię efekt rozmytych farb i "estetycznych plam", ale o tym już jakiś czas temu pisałam w tej notce. Samo malowanie trwało w tym wypadku jakieś 15-20 minut, natomiast cały notes był robiony zupełnie od zera. Znalazłam spiralkę z jakiegoś starego i nie potrzebnego zeszytu, i postanowiłam to wykorzystać. Miałam również twardą tekturkę i ozdobne kartki. Najdłużej z tego wszystkiego trwało dziurkowanie ich. Z efektu jestem bardzo zadowolona!

Anime


Rysunek robiony znów tuszem, kolorowe elementy zaś kredkami. Przedstawia postacie z Naruto, praca jest wzorowana i robiona dla kolegi na zamówienie.


Nagłówek
Ostatnim "wakacyjnym bazgrołem" jest oczywiście nagłówek bloga. Chciałam bardziej nawiązać do tematyki strony, która z czasem, jak wiecie, trochę ewoluowała i właściwie więcej pojawia się tu notek podróżniczych czy kulturowych. Pomyślałam sobie o dwóch miejscach, na które lubię patrzeć i padło na Wielkiego Bena z Londynu i  wenecką gondolę.


To na razie tyle, z moich wakacyjnych "arcydzieł". Dajcie znać, które z powyższych się Wam podoba najbardziej oraz czy sami zajmujecie się malowaniem lub rysowaniem. 
Czym się inspirujecie, a także jakie macie motywacje, żeby trenować jak najwięcej?

Do następnej notki, ja ne!

Z dnia: 14.09.2018

1 września 2018

Pol'and'Rock festival 2018 (cz.2)

Miasteczko festiwalowe w Kostrzynie nad Odrą, było pełne atrakcji, można było w nim nieźle poszaleć, dobrze odpocząć i wiele się nauczyć,  ale zacznijmy od początku. 

Podróż i przyjaciele
Dojazd do Kostrzyna to wiele godzin podróży pociągami, rozmowy z zupełnie obcymi ludźmi i zawieranie nowych znajomości, ale również imprez i długie zabawy.
W tym roku planowaliśmy wyjazd grupowy, wyjechałam sama z domu w południe o 12 jednego dnia, a przyjechałam z piątką cudownych ludzi do Kostrzyna po 5 rano drugiego. W między czasie mieliśmy domówkę, poznawaliśmy nowe ciekawe osobowości, dużo śpiewaliśmy, wykrzykiwaliśmy nasze  dziwne hasła festiwalowe i zupełnie nie myśleliśmy o codzienności.
Sam podróż pociągiem była niezwykle męcząca. Okazało się, ze nasz pociąg jechał prawdopodobnie z Bielsko-Białej, co oznaczało, że we Wrocławiu nie było możliwości, żeby znaleźć jakiekolwiek miejsca do... stania. Pociąg był oczywiście bezprzedziałowy, a w przestrzeni między fotelami znajdowały się same bagaże i ludzie, w tym my. Większość z nas nie miała możliwości nawet ruchu przez bite 4h jazdy, ale znajdowały się miłe dusze siedzące, które na jakiś czas udostępniały swoje miejsca na kanapach. To było miłe.


Pole namiotowe
Poszukiwania miejsca na namioty na Woodstocku to istna katorga. W ubiegłym roku chcieliśmy rozbić się na Polu Malinowskiego, a w ostateczności znaleźliśmy się za nim i właściwie  kawałek poza terenem festiwalowym. W tym roku zrezygnowaliśmy z tego pomysłu i postanowiliśmy szukać miejsca bliżej centrum festiwalu, godzina szukania i się opłaciło. Mieliśmy względnie blisko do ASP, Dużej Sceny, gastronomii, toi-toiów czy pryszniców, a co najważniejsze - w lesie. Miejsce prawie idealne. Prawie? Niestety trzeba było się wspinać na sporą górkę.

Akademia Sztuk Przepięknych
ASP to jest to, co lubię chyba najbardziej na Woodstocku. To właśnie tutaj możemy spotkać się ze znanymi ludźmi, posłuchać co mają do powiedzenia i zadawać im pytania. Gośćmi tegorocznego Pol'and'Rock byli m.in. Dorota Wellman, Artur Barciś czy Himalaiści - Piotr Tomala, Dariusz Załuski, Krzysztof Wielicki. Są to ludzie lubiani, ciekawi i posiadający autorytet. Wieczorami z kolei odbywały się inne wydarzenia kulturowe, jak choćby zabawny stand-up z udziałem m.in. Rafała Rutka Rutkowskiego i Adama Grzanki lub muzyczny i niezwykle wzruszający występ Czesława Mozila.
Oczywiście nie tylko duży namiot ASP był wart uwagi, bo odwiedzaliśmy również warsztaty i namioty edukacyjne, gdzie można było rozmawiać np. o mowie nienawiści, wolności i niezależności sądów, brać udział w warsztatach improwizacji komediowej lub w debacie oksfordzkiej. Możliwości było wiele. Namioty edukacyjne przypominały nam o naszych prawach jako obywateli, czy np. o działaniach ekologicznych, dzięki którym małymi krokami możemy coś zmienić i nabyć nowych eko-nawyków.


Koncerty
Muzyka i muzyka, tylko z tym kojarzy się Woodstock/Pol'and'Rock, więc i o niej napiszę. W tym roku niebywałe upały dawały się we znaki, w związku z tym zrezygnowaliśmy ze wszystkich koncertów w godzinach popołudniowych i udawaliśmy się tylko na te wieczorno-nocne. Na dobrą sprawę  faktycznie udaliśmy się tylko na 3 koncerty:

  • Hunter, czyli jeden z ulubionych zespołów. I mimo że byłam już na ich wielu koncertach, nadal mi się nie nudzą, choć są już przewidywalni.
  • Łydka Grubasa, na ich koncercie byłam pierwszy raz i liczyłam na niezły roz****dol. Tak własnie było, udało się chłopakom wskoczyć na Małą Scenę i porwać publiczność - ich koncert wspominam najlepiej.
  • Lao Che, na ich występie byłam niepierwszy i zapewne nieostatni raz. Nie jest to kapela, którą słucham na co dzień, ale bardzo przyjemnie i miło mi się bawi na ich koncertach.
Jak widać, fizycznie byliśmy na niewielu koncertach, natomiast z naszego obozowiska doskonale słyszeliśmy Duża Scenę i nawet lekko ją widzieliśmy zza drzew. W rezultacie słyszeliśmy również dobre granie zespołów jak Alestorm, Nocnego Kochanka, TABU, Goo Goo Dols czy Judas Priest. 

Ale to nie wszystko. Już kolejny rak na Woodstocku można było się bawić na Wiewiórstocku! Czyli małej zbitej scenie w lesie, niedaleko ASP.  Tym razem można było poskakać tam m.in. z Pull the Wire, CHORZY i oczywiście Wiewiórem Na Drzewie. Ta scena jest naprawdę wyjątkowa, emanowała mega pozytywną energią, mimo że zespoły grały jedynie kilka godzin i tylko jednego dnia. 


Powroty
Powrotów nie lubię najbardziej, są męczące i już nie takie energiczne. Wszyscy marzą o dwóch rzeczach: prysznicu i jedzeniu od mamy (niektórzy jeszcze o zimnym piwie).
Tak naprawdę pierwszy raz wracałam w klasyczny sposób z festiwalu, czyli pociągiem i ostatniego dnia. Wcześniej nie miałam takiej okazji i nie wiedziałam z czym to się wiąże. Gdy przybyliśmy na dworzec w Kostrzynie w końcu zauważyliśmy ogromną ilość ludzi. Ich zagęszczenie było nieporównywalne z tym na terenie festiwalu. Tłumy szalały, każdy pragnął zmieścić się w swoim pociągu, a to była nie lada gratka.
Choć byliśmy niemalże na początku odprawy na stacji i weszliśmy jako jedni z pierwszych pasażerów na peron, to w momencie wejścia do pociągu już nie było w nim miejsc! Totalnie zrezygnowani staliśmy znów między siedzeniami trzymając pod nogami swoje bagaże. Aż nagle... Zaczęły się rozmowy w przedziale dotyczące kierunku jazdy pociągu - niektórzy twierdzili, że pociąg jedzie w kierunku Szczecina, inni zaś, że w zupełnie przeciwnym. Los się do nas uśmiechnął - na nieszczęście innych. Trójka siedzących przy nas panów musiała opuścić pociąg, ponieważ ten, jak się ostatecznie okazało, jechał w kierunku Bielsko-Białej. Najgorsze w tej opowieści jest to, że to nie byli jedyni pasażerowie. Wielu było śmiertelnie przekonanych, że jedzie na północ Polski aż przez kilka kolejnych przejechanych już stacji.


Słowa podsumowania mogą brzmieć tylko tak: było jak zawsze super!


11 sierpnia 2018

Pol'and'Rock Festival 2018 (cz.1)

Nie ważne, czy to Przystanek Woodstock, czy Pol'and'Rock...
Najważniejsze, że jest to Najpiękniejszy Festiwal Świata!
"Nazwa tak naprawdę używana jest tylko oficjalnie przez organizatorów, ale nikt z nas Woodstokowiczy nie wypowie nazwy Pol'and'Rock!" - to możemy usłyszeć od wielu uczestników. Osobiście jest mi to zupełnie obojętne. Cały czas będę mówić, że jadę na Woodstock, jakkolwiek go nazwą.


Tegoroczna edycja była wyjątkowa po każdym jednym względem. Wielki plus dla organizatorów, bo w porównaniu z ubiegłoroczną, zrobili nawet dwa kroki do przodu. Wydaje mi się również, że sam festiwal wzbudzał też mniej kontrowersji niż rok temu, równocześnie był mniej upolityczniony. Choć to wciąż okropny minus! Wykorzystywanie imprezy tego pokroju do przepychanek ideologicznych, przeszkadza uczestnikom i sprawia, że zabawa jednak w jakimś stopniu nie jest do końca beztroska, a w końcu o to chodzi.


Zaraz będzie czysto!
Nowa akcja i wydaje mi się że faktycznie uświadamiająca ludziom jak wiele syfu robią podczas festiwalu, zwracano uwagę i starano się przypominać uczestnikom o pozostawianiu po sobie porządku. Przed rozpoczęciem imprezy pojawiły się informacje, że na polu powstanie 35 punktów, gdzie można pozostawić śmieci i faktycznie, niemal  na każdym skrzyżowaniu były miejsca zrzutu odpadów, dzięki czemu w ogóle nie trzeba było myśleć o tym, gdzie je zostawić. Co więcej, nawet nie trzeba było mieć swoich worków, bo uczestnicy mogli je dostać od organizatorów. 


Impreza podwyższonego ryzyka
Jak już wiadomo, festiwal otrzymał status "podwyższonego ryzyka", co mnie bardzo wkurzało rok temu, natomiast w tym, w ogóle tego nie odczułam. Co prawda były zamontowane bramki przed wejściem na Viva Kultura, Namiot ASP czy na Małej Scenie, ale rewizje nie były już tak dokładne i bardziej "ludzkie" w porównaniu z tym co było w zeszłym roku. Duża scena natomiast była "otwarta", a wokół niej stał Pokojowy Patrol i kontrolował uczestników, jeśli były jakieś nie prawidłowości. To mi się podobało, czułam się bezpieczniej z myślą, że dookoła sceny krąży patrol i obserwuje czy np. ktoś nie pije alkoholu (tak, bo nie można było). Jest to lepsza opcja niż trzepanie cudzych rzeczy z przesadną dokładnością, bo jeśli ktoś będzie chciał "coś przemycić" to i tak to zrobi wbrew zakazowi, a chodzący Patrol wśród tłumie eliminował właśnie takie sytuacje. W ubiegłym roku się z tym nie spotkałam i mimo bramek oraz natarczywych przeszukiwań, widziałam więcej niebezpiecznych sytuacji, niż w tym roku. Wygląda na to że, zaufanie, rozsądek i świadomość tłumu o samokontroli jest lepszym rozwiązaniem.


Kontrowersje
Oczywiście pisząc wcześniej, że w tym roku było mniej kontrowersji, mam na myśli, że osobiście nie odczułam jako uczestniczka żadnych niedogodności ze strony organizatorów festiwalu i nie byłam świadkiem żadnych afer, ale takie się jednak wydarzyły. Najbardziej głośnia wydaje mi się sytuacja związana z Państwową Strażą Pożarną, która odmówiła polewania wodą festiwalowiczów przy scenie, argumentując że nie będą jeździć ciężkim sprzętem w tłumie i zaproponowano w zamian kurtyny wodne, na co organizatorzy się nie zgodzili i poprosili o pomoc służby z Berlina. Dla mnie nie robiło to wielkiej różnicy, ponieważ nie planowałam się bawić przy scenie za dnia w  tak wysokiej temperaturze, wybieraliśmy wieczorne koncerty. Oczywiście kontrowersje również wzbudzały (chyba mniej wśród uczestników, a jak zawsze bardziej dla obserwatorów) informacje o różnych przestępstwach zarejestrowanych przez policję, jak: przestępstwa narkotykowe, kradzieże, rozboje. W sumie oficjalnie policja mówi o 213 zarejestrowanych przestępstwach. Standardowo nie byłam świadkiem żadnych wydarzeń tego typu, już kolejny raz, więc ze swojej strony i bardzo subiektywnej oceny mogę tylko napisać: "tak, według mnie jest bezpiecznie".


Dziś, już kilka dni po festiwalu mówi się o tym, że Jurek Owsiak chce oddać festiwal w ręce miasta Kostrzyn nad Odrą. Miasto i tak od wielu lat aktywnie uczestniczy i współpracuje w organizacji imprezy. 
Ale czy to faktycznie dobry pomysł? 

Dużo więcej o tym jak się bawiliśmy na Pol'and 'Rock już w następnej notce.  Ja ne!
Z dnia:11.08.2018


24 lipca 2018

Pomysł na: szkatułka w stylu japońskim

Ohayou minna!
Bardzo dawno nie było nic z kreatywności, a ostatnio trochę poświęciłam się DIY oraz rysunkom. Efekty w pierwszej kolejności można obserwować na moim snapchacie, tak więc jeśli chcecie być na bieżąco, to serdecznie zapraszam.


Dzisiaj z kolei chce Wam pokazać niedawno zrobioną szkatułkę w stylu japońskim, z motywem sakury. Moja praca nad nią trwała kilka dni, a pomysł się zrodził dość spontanicznie przy porządkach w biżuterii.
Do przygotowania szkatułki potrzebujemy:
  • tekturki (dwa elementy 10x10 cm oraz cztery elementy 10x4 cm)
  • nożyczki
  • linijkę
  • farby akwarelowe
  • klej magic
  • świecę (niekoloryzującą)
  • włóczkę
  • białą igłę z nitką i naparstkiem
  • ozdobne koraliki
Szkatułka jest wykonana z tektury o wymiarach 10x10x4 cm (odpowiednio: długość, szerokość,wysokość).

Pierwszym etapem było pomalowanie tekturek na biało. Niestety jedyne farby jakie miałam pod ręką to farby wodne, dlatego musiałam pomalować je aż czterokrotnie.

Bardzo nie lubię używać kolorów w swoich pracach, ale tutaj miałam bardzo prosty plan.
Plusem używania akwareli jest uzyskiwanie efektu rozmytych barw w sposób bardzo płynny. Nie robimy ostrych konturów, tylko delikatne przejścia odcieni barw poprzez nakładanie warstw farby od najjaśniejszej do najciemniejszej i ewentualne rozmycie czy rozjaśnienie z reguły otrzymujemy dzięki użyciu wody.  Ta technika jest doskonała do uzyskania naprawdę dobrego efektu japońskiej sakury. Wystarczy najpierw namalować kontury drzewa (w moim wypadku jeszcze wcześniej tło), a następnie nakładać tylko warstwy różowej farby. Oczywiście pierwsza warstwa różu musi być najbardziej obszerna na kartce, kolejne zaś powinny zawężać swą granicę i pojawiać się tylko punktowo. Dzięki temu osiągamy przejścia koloru różowego od najjaśniejszego do najciemniejszego. I tu własnie jest ten haczyk, że malowanie farbami wodnymi jest czasochłonne, musimy odczekać aż wyschnie nam jedna warstwa farby, aby można było na nią nałożyć kolejną inaczej uzyskamy jedną wielką plamę.

Kolejnym krokiem było sklejenie elementów. W tym celu jak zawsze używam sprawdzonego kleju magic, który przede wszystkim po wyschnięciu jest przeźroczysty, więc nie zostawia po sobie żadnych śladów. Dodatkowo nie schnie zbyt szybko, ale również nie za wolno, co pomaga we wprowadzaniu ewentualnych poprawek podczas sklejania elementów i uzyskania efektu idealnego dopasowania się.

Świeczka to super rozwiązanie do takich delikatnych artystycznych tworów, które zabezpiecza nam nasze dzieło przed różnymi zewnętrznymi czynnikami, a szczególnie przed wodą! To naprawdę dobry impregnat. Po pomalowaniu tektury i wyschnięciu farby warto przetrzeć całą powierzchnię białą niebarwiącą świecą. W przypadku ewentualnego zalania pudełeczka, woda nie wchłonie się tekturę i nie zniszczy jej. Co więcej gdy pudełko stoi na wierzchu może się zakurzyć, a śliska powierzchnia uzyskana dzięki nawoskowaniu, pomoże nam w starciu kurzu nawet wilgotną szmatką. Dodatkowo jest milsze w dotyku, osobiście nie lubię szorstkiej struktury po pomalowaniu farbami i zazwyczaj w taki sposób się jej pozbywam.

Lubię mozolne, precyzyjne i dokładne prace, dlatego głupia postanowiłam, że obkleję wnętrze  swojej szkatułki białą włóczką. Tutaj znów użyłam kleju magic, który nie tylko jest dobry do sklejania papieru, ale również innych materiałów jak np. drewno, porcelana czy tkaniny.

Chciałam by moja szkatułka była "bogato zdobiona". Mam masę różny koralików, łańcuszków, tasiemek, ale tym razem postawiłam głownie na mini diamenciki. 

Element końcowy. Po ozdobieniu pudełka zastanawiałam się jak przymocować górę zamykającą pudełko. Zastanawiałam się nad użyciem mini zawiasów, ale to nie miało by wielkiego wkładu pracy, więc standardowo jak czegoś nie chcę zrobić w sposób zbyt łatwy, wybieram ten bardziej skomplikowany, ale za razem tradycyjny i w ten sposób zawiasami stała się nić. 

EFEKT KOŃCOWY


Jestem mega zadowolona z efektu końcowego. Poświęciłam sporo czasu na zrobienie pudełeczka w stylu japońskim. Wszystkie elementy, detale są bardzo przemyślane i nie było mowy tutaj o przypadkowym wykorzystaniu czegokolwiek.

Dajcie znać:
 Czy Wam się coś takiego podoba? 
Czy również tworzycie takie rzeczy?  
A może w ogóle Was to nie kręci ani się nie podoba?

Kiedyś, bardzo dawno, bo chyba nawet w gimnazjum zajmowałam się robieniem małych modeli szafek własnie w taki sposób i choć jest zajmujący, to bardzo mnie satysfakcjonuje (przykład takiej szafeczki z boku).
Krótko nawiązując do tego co się u mnie dzieje, odnosząc się do tego o czym wspominałam na wstępnie, to swoje studenckie wakacje spędzam w domu pomagając i pracując przy agroturystyce rodziców. W między czasie dużo czytam, dużo oglądam i dużo tworzę. W związku, że dużo rysuję, a naprawdę dawno tego nie robiłam, to prawdopodobnie pokaże na blogu tylko kilka prac w jakimś zbiorczym poście. Do recenzji filmów i książek o tematyce azjatyckiej kompletnie nie mam weny, ale te prędzej czy później również się tutaj ukażą.

Ogłoszenie imprezowe:
Za tydzień wybywam na Pol'andRock Festiwal, czyli nieśmiertelny Woodstock w Kostrzynie. Planowo będę tam od samego rana 1 sierpnia do 4 sierpnia zapewne godzin popołudniowych, więc jeśli znajdzie się dusza chętna na spotkanie, to nie trudno jest się ze mną skontaktować (najszybciej jak zawsze przez snapa, ale również przez twittera nieliczni mogą to zrobić i oczywiście przez FB).
Do następnego, mata ne! ^__^


Z dnia: 24.07.2018

1 czerwca 2018

Anime: "Aggretsuko"




Rok produkcji: 2018 Ilość odcinków: 10; Gatunek: komedia, muzyczna

Nienawidzisz swojej pracy i na dodatek jesteś gnębiony przez szefa? Spokojnie! Na ratunek przychodzi karaoke. W tym małym pokoiku masz szansę się wyszaleć, pozbyć się wszelkich złych emocji, wytańczyć, wypić, najeść, a co najważniejsze wykrzyczeć i wyśpiewać w rytmach... death metalu?


Dwudziestopięcioletnia Ruda Panda Retsuko pracuje w dużej korporacji jako księgowa. Pracuje na najwyższych obrotach, zły szef obarcza ją dodatkową robotą i traktuje jak śmiecia. To wszystko sprawia ze Retsuko nienawidzi swojej pracy i bardzo chciałaby z niej odejść. Niestety główna bohaterka jest bardzo przykładną obywatelką, niesamowicie odpowiedzialną - zawsze wywiązuje się ze swoich obowiązków, jest dla wszystkich miła i nie potrafi nikomu niczego odmawiać. 

Aggretsuko pojawiło się na japońskich ekranach już dwa lata temu, ale dopiero za sprawą Netfix, w tym roku z wielkim powodzeniem, rozprzestrzenia się na ekranach reszty świata. To anime kierowane do odbiorców chcących poznać szarą rzeczywistość młodych ludzi pracujących w wielkich korporacjach, zmagających się z poważnymi codziennymi problemami. Poznajemy głownie singli pragnących miłości, akceptacji innych i chcących realizować swoje życiowe cele.  

Aggretsuko przedstawia nam dziewczynę o nieco złożonej osobowości. Retsuko charakteryzuje "fałszywa grzeczność". Choć główna bohaterka nie zgadza się z wieloma rzeczami, które musi zrobić wywiązuje się z nich, mimo braku sił oraz chęci. Sprawia to, że staje się wykorzystywana przez swoich przełożonych i innych pracowników korporacji, dlatego też dziewczyna nazywa się "przykładną obywatelką", bo wykonuje swoją służbę obywatelską w sposób perfekcyjny - nie zawodząc nikogo.
Z drugiej zaś strony Retsuko pokazuje charakterek zamykając się w pokoju karaoke i wylewając  z siebie wszystkie smutki i złości wykrzykując do mikrofonu piosenki death metalowe. To właśnie element, który świetnie kontrastuje z ukazaną rzeczywistością, w której musi się znajdować Ruda Panda. 

Postacie poboczne odgrywają ważną rolę w życiu Rutsuko. Warto nadmienić, że zestawienie charakterów i zachowania z odpowiadającymi im postaciami zwierząt nie wydaje się być przypadkowe. Autorzy doskonale wiedzieli, jaką mają symbolikę, ale również jak zachowują się w środowisku naturalnym: 
* Ton - szef działu księgowości, jest skrajnym szowinistą, nie szanuje swoich pracowników, wykorzystuje ich i jest ucieleśnieniem "typowej męskiej świni".
* Fenneko - pracuje w biurze wraz z Retsuko, wnikliwa obserwatorka, bardzo spostrzegawcza, potrafi bardzo szybko przejrzeć czyjeś uczucia i zachowania. Jest ucieleśnieniem cwanego liska.
* Washimi - pracuje jako sekretarka prezesa firmy jest typowym eleganckim drapieżnikiem, posiada zachowania łowieckie, jest pewna siebie, zrównoważona, dba o swoje interesy i zawsze wygrywa. To ucieleśnienie ptaka Sekretarza. 

Autorzy stworzyli serial, na pierwszy rzut oka, z kreską przesłodzoną, jest podobna do oprawy Hello Kitty, zawiera wiele "udziwnień" - gwiazdeczki, kreseczki, zimne poty i inne dodatki wstawiane w "naturalny obraz" anime. Natomiast przesadzenie to ma swoje zastosowanie i nie jest ono natarczywe, dobrze komponuje się z humorem serialu. 

Dla mnie ogromnym plusem jest niekonwencjonalne zastosowanie muzyki metalowej. Jak wspominałam wyżej wstawki z karaoke Rutsuko dodają charakteru, ale to nie jedyny moment, kiedy mamy z nią styczność. W momentach mniej oczekiwanych, gdy bohaterka zaczyna się irytować i wybuchać złością w innych sytuacjach, niż podczas zaplanowanego śpiewania w pokoju karaoke, jesteśmy świadkami przeistoczenia się całości oprawy anime. Kreska nabiera agresywnego stylu, linie przestają być delikatne, zacierają się, a mimika twarzy Rudej Pandy się zniekształca. W tle słychać muzykę i krzyki Rutsuko. Warto przysłuchiwać się tekstowi (czytać go), bo tłumaczy on nieraz zamiary, chęci i emocje głównej bohaterki. 


Anime naprawdę polecam osobom, które lubią oglądać coś zwyczajnego, ale za razem nieschematycznego. Niby serial opowiada zwykłą historie, ale bohaterka nie jest zwykła. Postacie poboczne ogrywają dużą rolę. Co więcej niesie za ze sobą pewien morał. Jaki? Dowiecie się, jeśli obejrzycie.
Serial jest na tyle przyjemny, że nie sposób znaleźć w nim minusy. Chociaż ja jednego się dopatrzyłam, mianowicie jest zdecydowanie za krótki! Każdy odcinek trwa tylko 15 minut i jest ich 10, co daje nam czas trwania długiego filmu rozłożonego na kilka części.
Definitywne:

Ocena: 10/10


Z dnia: 1.06.2018

11 maja 2018

Dookoła świata: Czechy - ścieżka w koronach drzew

Ahoj! Pepiki, knedliki, piwo i ciasteczka z liśćmi konopi. Wiele nas łączy, to nasi słowiańscy bracia i siostry, mający podobna flagę (dodając niebieski trójkącik). To zachodnio-południowi sąsiedzi, ludzie o śmiesznym języku. Zabawni, przyjaźni, a jacy temperamentni! Dzisiaj: welcome to the Czech Republic!


Ścieżka w koronach drzew znajduje się po stronie czeskiej karkonoskiego parku narodowego. Przejeżdżając granicę polsko-czeską w Lubawce kierujemy w stronę Jańskiech Łaźni, czyli zimowego kurortu narciarskiego i letniej strefy wędrówek górskich. Nie są to wysokie góry, ich poziom waha się od około 600 do prawie 1300 metrów nad poziomem morza. 
Ścieżka w koronach drzew została otwarta w ubiegłym roku (2017) na początku lipca, od tamtej pory jest jednym z ulubieńszych miejsc odwiedzanych przez polskich turystów! Nie kłamię. Już będąc na parkingu przygniata nas ogromna ilość polskich tablic rejestracyjnych. Zainteresowanie obiektem jest tak ogromne, że do samej kasy biletowej czekaliśmy około 40 minut. Na nasze nieszczęście się rozpadało, ale nawet deszcz nie spowodował, że kolejka malała.
Fakt, że ścieżka znajduje się w parku narodowym, jest o tyle ciekawy, że właśnie tutaj możemy znaleźć gatunki roślin i zwierząt, których nie mamy możliwości spotkać nigdzie indziej. Ścieżka, którą podążamy jest swego rodzaju ścieżką edukacyjna pozwalającą nam zapoznać się poprzez wiele tablic informacyjnych z ciekawostkami tam występującymi, jak choćby wiadomości o tamtejszej glebie czy o systemie korzeniowym drzew. Informacje nie są zapisywane w języku polskim, jedynie w czeskim i angielskim.




KŁADKA
Wbrew pozorom to właśnie tutaj jest najwięcej atrakcji, choć i sama wieża daje nam wiele frajdy. Na kładce mamy wiele przystanków z tablicami informacyjnymi, ale również przejścia dające nam sporą dawkę adrenaliny. Możemy pokonywać tam nasz lęk przed wysokością, jeśli taki mamy, przechadzając się po specjalnie zbudowanych torach z przeszkodami i spoglądając na przepaść znajdującą się pod nami, która sięga nawet do 24 metrów!






WIEŻA
Wieża to spirala wyciągająca się ku samych koron drzew mająca kilkanaście pięter i licząca aż 45 metrów wysokości. Podejście jest bardzo delikatne, dogodne również dla osób poruszających się na wózkach. A widoki? Widoki wspaniałe! Na szczycie wieży poczujemy się jak ptaki, cały górski krajobraz jest u naszych stup. Co ciekawsze, wcale nie musimy schodzić tą samą trasą na dół, bo możemy zjechać. Wewnątrz wieży znajduje się 50-cio metrowa zjeżdżalnia, dostępna dla osób powyżej lat 6 i wzrostu 120 cm. Czyli nie dla maluchów! Doda nam to masę adrenaliny i jeszcze więcej zadowolenia z wycieczki.


Co z cenami podróży? Cóż, nie wypowiem się odnośnie stosunku cen do jakości noclegów, gdyż nigdy nie nocowałam nigdzie w Czechach, bo mieszkam bardzo blisko granicy, ale z łatwością przechodzi mi przez gardło, że ceny w Czechach są dużo niższe niż tutaj w Polsce. Zdecydowanie opłaca się kupować wiele produktów zagranicą takich jak: dobre czeskie piwo, czekolady (koniecznie studencka), produkty zawierające liście konopi (ciasteczka, czekolady, przyprawy, leki i inne), leki/kosmetyki zdrowotne np. Alpa (bardzo polecam na bóle mięśniowe czy stawowe podczas przeziębień, ale również i na przewlekłe choroby tego typu, stosowana do masażu, kąpieli czy okładów) i naprawdę wiele, wiele innych dobrych produktów, które u nas są dużo droższe. Jeden w tym haczyk – lepiej nie kupować przy samej granicy, koniecznie poszukajcie coś kilka/kilkanaście kilometrów od niej.
Ceny wejść w miejsca turystyczne, porównując z regionem w którym mieszkam są zdecydowanie tańsze niż w Polsce. Wejście na Ścieżkę w koronach drzew to koszt 220 koron, czyli około 35 złotych dla osoby dorosłej i 180 koron dla dzieci do lat 14 (choć często tą granicę naciągają). Istnieją także bilety rodzinne, które opłacają się najbardziej. Czy jest to drogo? Według mnie nie, patrząc na to co możemy zobaczyć i jak wielką frajdę z tego mieć. Natomiast ceny parkingów w Czechach są dość spore, nas to kosztowało 70 koron, co w przeliczeniu daje około 11 złotych. Niestety nie ma możliwości zaparkowania w żadnym innym miejscu.

Opinia Aiko: Ja bardzo lubię Czechy, najbardziej te zielone i swojskie niedaleko naszej granicy, gdzie mam podobne widoki na szczyty górskie, mogę wędrować i czuć ten sam zapach drzew co w moich Sowich górach. Uwielbiam Czechy za ludzi, ich poczucie humoru, ale też temperament, który jest wybitnie wybuchowy. A szczególnie za to, że czuję się tam jak w domu. 

Z dnia: 16.05.2018

4 maja 2018

Rock Fest Wałbrzych 2018

21 kwietnia odbyła się już szósta z kolei edycja Rock Fest. Od 2012 to jedna z najlepszych imprez na Dolnym Śląsku organizowana ówcześnie w Świebodzicach, a już drugi rok z rzędu w Wałbrzychu. Wydarzenie prowadził Piotr Stelmach, a na deskach sceny mogliśmy zobaczyć pełne poweru gwiazdy, takie jak: Department, Hunter, Lao Che oraz gwiazdę wieczoru Kult! 
DEPARTMENT
To jedna z tych imprez, do których naprawdę nie mam się do czego przyczepić, ale… 
Największym minusem Rock Festu jest (znów) ogródek piwny i gastronomia. Na wydarzenie przychodzi spora zgraja fanów rocka lubiących dobrze wypić i dobrze zjeść. Problem polega tylko na tym, że o ile jeść i pić można wszędzie, o tyle stanie w kolejce donikąd to życiowa porażka spragnionych i głodnych. Problem kolejek, był problemem ludzi, którzy sami nie potrafili się zorganizować, stali w miejscu, nie szli na przód, trzeba było się przepychać. Natomiast obsługa bardzo sprawnie przyjmowała zamówienia i je realizowała, co niekiedy jest rzadkością, jednak mimo wszytko miejsc sprzedaży/kas powinno być więcej niż przewidzieli to organizatorzy.

Najbardziej cieszyło mnie ludzkie podejście do szatni! Jedyna złotóweczka od numerka, a na wieszaku można było zostawiać więcej niż jedną rzecz. Czy ktoś to gdzieś jeszcze widział? Patrząc na stałe przeboje w organizacji wszelkich imprez masowych na jakich w ostatnim czasie bywałam, ta była jedną z najbardziej zorganizowanych i przyjaznych. Duża ilość ochrony dawała poczucie bezpieczeństwa, bardzo dobrze oznakowane miejsca dotarcia do gastronomii i ogródka piwnego, jak również do toalet. Nie byłam świadkiem żadnych burd ani awantur, wręcz przeciwnie miło było patrzeć na zadowolonych ludzi i dobrze się bawiących. 
Jeśli chodzi o koncerty, to właściwie przyszłam na Rock Fest tylko z dwóch powodów. Niestety z góry zakładałam, że nie dam razy przeżyć koncertu Kultu oraz nie zdążę na Department i wcale się nie myliłam. Ponieważ przyszłam pod koniec występu Department, zajmując pierwsze miejsca przy bramkach tuż naprzeciwko sceny by móc dobrze się bawić przy jednym z ulubionych zespołów, czyli przy Hunterze! 

O Hunterze wspominałam już kilkukrotnie na blogu, uwielbiam tą kapele, nie tylko za muzykę, ale za rozpierdziel jaki robią na scenie oraz wokół niej, a także niesamowite poczucie humoru całej ekipy. Zapadł mi jeden tekst wokalisty podczas ich występu, który cenzurując wypowiedź brzmiał mniej więcej: to nie stypa tylko heavy metal. Co definiuje dobrze to, co artyści oczekują od widowni i wręcz nakazują się dobrze bawić. Na Rock Fest Hunter zagrał głównie kawałki z najnowszej płyty Niewolność (2016), ale również pojawiło się co nieco z Królestwa (2012) czy Imperium (2013), które osobiście lubię najbardziej ze wszystkich krążków. 
HUNTER
Drugim powodem dla którego wybrałam się na festiwal, był Lao Che, zespół który gra naprawdę alternatywna muzykę, wykraczającą poza pewne standardy, o ile w ogóle można jakkolwiek standaryzować rytmikę czy dźwięki. Zawsze miło mi się przy ich utworach bawi, szczególnie cieszył mnie fakt, że Lao Che występował po Hunterze, a więc w pewnym sensie można był „odpłynąć” w nieco inny świat i odpocząć od skakania, deptania oraz nabijania sobie siniaków na ciele. Na koncercie pojawiło się wiele utworów z najnowszej płyty Wiedza o społeczeństwie (2018), ale również kilka starszych kawałków. 
LAO CHE

Na sam koniec zagrał Kult. Mam ogromny problem z tym „kultowym” zespołem. Niby to kawał historii (ponad 35 lat na scenie!) polskiego alternatywnego rocka, ale na żywo to bardzo ciężki kęs do przegryzienia. Szanuję muzykę i teksty, które tworzą, słucham, ale słucham w zaciszu mieszkania. Koncerty Kazika to naprawdę istna masakra. O ile większość wokalistów „porywa” w jakiś sposób publiczność, czuć pewną interakcję między artystami a odbiorcami, tak tutaj przy koncertach Kultu w ogóle tego nie zauważam, dlatego też nie potrafię wysiedzieć do końca. 
Jeśli byliście na koncercie Kultu dajcie koniecznie znać jak wasze odczucia, być może mam pecha do ich występów. 

Oczywiście koncert udał się nie tylko dzięki świętym występom, ale również dzięki cudownemu towarzystwu starych przyjaciół jak i również nowo poznanych. Koncert był dla mnie świetnym resetem i przerwą w nauce. 


No i już mamy koniec majówki. W ostatnim czasie nazbierało mi się sporo zaliczeń na studiach, a teraz trwa cisza przed burzą, czyli masa wolnego i zbierania siły na sesję, która zaczyna się już lekko za ponad miesiąc. 
Zaczyna się również matura! Życzę wszystkim, a nawet każdym z osobna maturzystom, jak najlepszych wyników. To niezwykle stresujący czas, pełen niepewności, a wkrótce też podejmowania ważnych decyzji życiowych. Szybciej myślcie niż róbcie, powodzenia i do następnego! Ja ne.

Z dnia: 04.05.2018

31 marca 2018

Szukam wiosny i świeżych jajek

Czas powiedzieć, że Pani Wiosna nadchodzi, ja Wam to mówię i tak będzie! Słychać wokoło śpiewy ptaków i czuć kupą w powietrzu, nie tylko na wsi, ale również w dużym mieście – Wrocławiu, a nawet w ścisłym jego centrum. To zdecydowane potwierdza moją tezę o zmianie pory roku albo że wyjątkowo cuchnące ktoś sobie robi ze mnie jaja.
Co do jaj… 
Obiło mi się o uszy, że nadchodzą święta. W związku z tym jestem zmuszona, a raczej mam przyjemność, standardowo wszystkim, czy nawet każdemu z osobna, życzyć wesołych świąt! Tony lub dwóch świeżych jaj, kwaśnego żurku i braku wzdęć po jedzeniu. Mile spędzonego czasu z rodziną, przyjaciółmi lub samemu w sposób typowo świąteczny bądź i nie, bo przecież można wyłamywać się z formy. Równocześnie życzę suchego dyngusa, nie dajcie się (p)olać deszczem.


Mam dość tej pogody... Najgorsza w niej jest nieprzewidywalność. Na termometrach jest 10 czy nawet 15 stopni, ubieramy lekką wiosenną kurtkę marzniemy do szpiku kości, a gdy postąpimy zupełnie odwrotnie, to czujemy się jak w saunie! Te zdjęcie idealnie obrazuje to co myślę: ciepło, ale zimno (niby nigdzie nie ma śniegu, ale staw cały zamarznięty).


Z dnia: 31.03.2018

18 marca 2018

Pomysł na: lampa w stylu vintage

Ohayou kochani! Dawno nie pokazywałam żadnego DIY, głownie dlatego, że ostatnio coraz to rzadziej zajmuję się tworzeniem czegoś z niczego, czy też przerabianiem. Głownie nie mam na to czasu, ale również ani materiałów ani warunków, jak to przystało na studenta uczącego się w obcym  mieście. Poza tym, raczej w wolnym czasie (o ile go w ogóle mam) postawiłam na odpoczynek, oglądanie dram/anime/filmów, czytanie i spanie. Czekam na wiosnę, może wówczas dorwie mnie więcej kreatywnych myśli.
Natomiast zostało mi kilka moich ulubionych twórczości, którymi się nie chwaliłam, ale planuję...
Jak sam tytuł mówi, pokaże Wam swoją przerobioną lampę. Pewnego dnia odkopałam ją ze strychu i postanowiłam przywrócić do życia. Była w opłakanym stanie, abażur był przepalony, przewody pourywane, a jej dni przewiezienia na wysypisko niemalże policzone. Lubię stare rzeczy, ale nie lubię się ich pozbywać, wolę naprawiać!


Tak właściwie, to szkielet miałam cały gotowy, ponieważ zerwałam stary materiał, odgięłam kilka drutów, by je ukształtować tak, jak powinny być ukształtowane i wzięłam się za to co lubię najbardziej, czyli szycie!


Mogłam iść na łatwiznę i przykleić materiał do drutów, sęk w tym, że lubię sobie utrudniać pracę... Chociaż nie, nie lubię. Materiał jaki użyłam był równie stary jak ta lampa. Koronka była na tyle delikatna, że przy traktowaniu jej klejem na gorąco od razu by się dziurawiła, a tego chciałam uniknąć, więc została mi tylko igła i nitka.


Efekt mojej pracy widoczny jest powyżej. Niestety nie jest to efekt ostateczny, bo planuję jeszcze pomalować stojak na biało i poprzecierać go w paru miejscach imitując wytartą farbę. Na to potrzebna jest jednak pogoda, a jak widać za oknami śnieg (nawet we Wrocławiu!).

----------------------------------------

Rzadko się udzielam w blogosferze, ale to dlatego, że jestem trochę zdemotywowana wszystkim. Choć mam multum pomysłów i nawet napisanych wstępniaków, to nie mam w ogóle weny i chęci. Nie tylko do pisania, ale również uczenia i wszystkiego co muszę czy powinnam robić. 

p.s.
Ostatnio trochę słychać o trasie koncertowej MIYAViego, ciągle zastanawiam się czyby nie kupić biletu, tylko termin jest dość niedopasowany (środek tygodnia), ale wówczas będę musiała najpewniej zrezygnować z Rock Festu, który jest tydzień wcześniej. Takie mam studenckie dylematy, bo nie stać mnie na to i na to. Jeśli ktoś wybiera się na MIYAVIego, dajcie znać!
 Do następnego, ja ne! :) 

Z dnia: 18.03.2018r.

18 lutego 2018

The Lord of The Rings in Concert // Wrocław 18.01.18

Organizatorzy: „Pierwsza część trylogii J.R.R. Tolkiena — „The Lord of The Rings: The Fellowship of The Ring in Concert”. Film na ogromnym ekranie z muzyką na żywo Howarda Shore’a, zdobywcą trzech Oscarów. Całość w towarzystwie orkiestry symfonicznej, chóru oraz solistów. W sumie 250 artystów na jednej scenie. Gość specjalny Justyna Steczkowska ” 

I mniej więcej tyle na temat organizacji całego wydarzenia. Kilka słów na temat godziny rozpoczęcia, zakończenia oraz przerwy, a także ceny parkingu i szatni. Nic więcej. Zastanawiałam się jak mam podejść do tego tematu, bo kompletnie nie znam się na muzyce filmowej, na orkiestrze symfonicznej, jego składzie, a co dopiero jakości wykonania. Jednak wiem jedno, że jest to muzyka Howarda Shore’a, autora muzyki do ponad 50 filmów, z których najbardziej znane to m.in. Władca Pierścieni, Hobbit, Aviator, Milczenie owiec, Gra czy Filadelfia nie może być źle wykonana na żywo. 


Howard Shore o koncercie w Polsce: „Gramy koncert na żywo podczas projekcji filmowej na 18-metrowym ekranie. To wielki, piękny cyfrowy obraz, któremu akompaniuje muzyka na żywo. Na scenie mamy dużo grupę muzyków, 230 artystów i 96-osobową orkiestrę. Chór dorosły 60-70 wokalistów, chór dziecięcy 50 wokalistów, a także wielu artystów folkowych i solistów.” 

Och! To widok niesamowity. Cudownie jest spojrzeć na scenę pełną artystów poświęcających swoje życie dla tak pięknej dziedziny, jaką jest muzyka. Tu nawet nie chodzi o to czy mi się to podobało, ale fakt, że tak podziwiam każdego, kto z wielką pasja potrafi się oddać swojej pracy. Moje zadowolenie wyniosło 100% odnoście samego koncertu, po prostu artystyczna rewelacja! 
Natomiast dostrzegłam masę niedociągnięć od strony technicznej i samej organizacji wydarzenia. Nie jest to tylko i wyłącznie moja opinia, lecz dziesiątek innych osób. Organizatorzy totalnie mięli wszystko w nosie. 
O ile rozumiem przeszukiwanie torebek w ramach bezpieczeństwa, to nie rozumiem czemu nie sprawdzono mojego biletu, odniosłam wrażenie, że na dobrą sprawę każdy z ulicy mógłby „wejść na krzywy ryj”, a nikt z organizatorów by tego nie zauważył. Nie wiem jednak jak działała szatnia, ale z tego co się orientuję, to kolejna porażka. Wchodząc na halę widziałam bardzo długą kolejkę, z opinii ludzi wynika, że obsługi było za mało, dlatego zgrabnie ją ominęłam i postanowiłam nie oddawać swojego płaszcza. Było to natomiast całkiem dobre zagranie. Pamiętacie takie niewygodne krzesełka z podstawówki? To wyobraźcie je sobie w stopniu gorszym, były niewyobrażalnie twarde i źle wyprofilowane. Mimo że kompletnie nie mam problemów z kręgosłupem, to po 4 godzinach siedzenia (a siedziałam na miękkim płaszczu), nie obeszło się bez tabletek przeciwbólowych. 

Dodatkowo miałam wrażenie, że ludzie trochę pomylili wydarzenia. Osobiście przyszłam na koncert z filmem w tle, masa z kolei przyszła na film z przygrywaną muzyczką do hot-doga i popcornu. Świetnie, że organizatorzy pokusili się o kącik gastronomiczny, ale nie wydaje mi się, żeby to była okazja na zajadanie się popcornem przy artystach tego pokroju, mało taktowne i kulturalne, zwyczajny brak szacunku. Napomnę, że po zakończeniu filmu większość widowni zaczęła wychodzić, nawet nie czekając aż artyści się ukłonią i zejdą ze sceny – ewidentnie ludzie pomylili te wydarzenie ze zwykłym seansem filmowym! 
Ostatnia rzecz na minus jest trochę bardziej techniczna. Przede wszystkim zabrakło konferansjera. Nikt nie prowadził „przedstawienia”, nikt nie zapowiedział wejścia artystów na scenę ani nie było słowa o tym, że gościem specjalnym była Justyna Steczkowska (swoją drogą była kompletnie niewidoczna). Nie przedstawiono jaką orkiestrę oraz chór zobaczymy na scenie i pod czyją batutą będą grać. Brak informacji jak długo będzie trwała przerwa. 

Choć nie znam się na nagłośnieniu ani odpowiednim oświetleniu sceny, to bez żadnych skrupułów mogę napisać, że coś poszło nie tak. Połowa muzyków nie była widoczna, a z kolei na ekran padał blask reflektora. Dialogi z filmu niekiedy były zbyt głośne w stosunku do granej i śpiewanej muzyki, a i niektóre niskie dźwięki były dość niewyraźne, zdecydowanie akustyka poszła w złym kierunku. 

Niestety patrząc na wszystko co napisałam powyżej, widać co dobra kilkumiesięczna reklama robi z wydarzeniem, które tak naprawdę nie było takie „super”. Pomijając oczywiście aspekt artystyczny! 
Był to spęd masy, która się nie potrafi do końca zachować, wykluczając wyjątki, które naprawdę zachwycały się widowiskiem. Jest w tym również wina organizatorów, bo potraktowano widownie trochę jak bydło, które przyszło obejrzeć po raz kolejny ulubiony film. Gdyby organizatorzy bardziej się postarali i wyeksponowali to co najważniejsze, czyli artystów i ich występ nazwałabym to muzyką w filmem w tle, natomiast ich podejście sprawiło zupełnie odwrotny efekt.

Żeby nie było,  to nie jest tak, że nie jestem zadowolona i mi się nie podobało, choć wyszczególniam tu masę minusów, to ciągle podkreślam, że występ sam w sobie był wydarzeniem absolutnie fenomenalnym. Problem tkwił jedynie w organizacji, przez co trochę czuję się pokrzywdzona wydając dość spora sumę na bilet na film z muzyką w tle, gdy właściwie obiecywano nam coś zupełnie innego.

----------------------------------------------
P.S. Występ miał miejsce miesiąc temu, niestety nie miałam zbyt wiele czasu na pisanie, ponieważ trwała sesja, ale jestem już po sesji, wszystko jest pozaliczane, miałam tydzień wolnego i w końcu pojechałam do domu. Jutro zaczyna się kolejny semestr i znów do nauki. Ja ne!

Z dnia: 18.02.2018r.