TOP koreańskie dramy!

Najlepsze koreańskie dramy minionych lat. Podsumowanie Aiko.

Gdzie poznać japończyka?

Najlepszym sposobem jest internet. Naszego nowego azjatyckiego przyjaciela możemy ponać na...

Japończyk w moim domu

Mix kulturowy. Jak przyjąc Japończyka w polskim domu?

ONE OK ROCK w Polsce

Relacja z trzeciego już z kolei koncertu, jedynego i najulubieńszego zespołu japońskiego Aiko.

Kosmopolita

Aiko opowiada o swoich podróżach po Europie, relacjonuje, opiniuje i poleca.

Za co kochamy dramy?

Czyli dlaczego warto je oglądać.

Blondynka na Językach - Język japoński

Recenzja podręcznika do nauki języka japońskiego Beaty Pawlikowskiej

Jak komunikują się Azjaci?

LINE - jeden z najpopularniejszych komunikatorów azjatyckich, podobnie jak Skype, ma możliwość przeprowadzenia rozmowy głosowej czy też video rozmowy, a także standardowo rozmowy pisanej.

Krótko o dredach

W pigółce fakty i mity dotyczące dredów. Czym są dredy, jak się je robi, jak pielęgnuje. Co to są dredloki i czy każdy może nosić dredy?

Nama Chocolate

Nama choco to japońskie czekoladki walentynkowe, robione domowym sposobem i wręczane mężczyznom w dniu zakochanych.

Zrób swoją Pande!

Tutorial od Aiko, jak zrobić własną Pande brelok.

Przystanek Woodstock 2017

Pierwszy festiwal o muzyce podwyższonego ryzyka, czyli jak Przystanej Woodstock się zmienił.

21 stycznia 2018

Blogowanie, czyli 5 lat kreowania tożsamości Aiko-chan

Właśnie dzisiaj mija rocznica założenia tego bloga, całe 5 lat. Przez ten czas naprawdę wiele się zmieniło. Począwszy od blogosfery, aż po życie osobiste.

Pisanie bardzo dużo mnie nauczyło, szczególnie wyrażania własnych poglądów i opiniowania. Względnie rzetelnych argumentacji, a nie powtarzania tych samych paplanin w celu wbicia komuś moich przekonań. Ważne jest to, jak się przekazuje informacje innym, a nie narzuca i wpaja własne poglądy. Równocześnie odnosi się do czytania. Blogerzy przedstawiają własne zdanie i recenzują: kosmetyki, muzykę, filmy, ulubione miejsca w kraju rodzimym i za granicą, i wiele innych. Ostatecznie my, czytelnicy kształtujemy swoje opinie i na ich podstawie możemy odnaleźć w pewnym sensie siebie.
Oczywiście opieram to wszystko na osobistych doświadczeniach, ponieważ wolę chociażby przeczytać co ma dopowiedzenia bloger X, Y, czy Z, niż czytać stronnicze artykuły sponsorowane albo „profesjonalne” magazyny, ponieważ większość z nich z góry narzuca formę i treść. Dla mnie ważniejszy wpływ na kształtowanie się opinii, to zlepki cudzych, łatwiej jest się wówczas ustosunkować do jakiejś sytuacji. 

Blogowanie nie polega na tym, żeby pisać „dla siebie”, jeśli tak ktoś mówi, to kłamie. Gdyby tak było ten ktoś, pisałby pamiętnik i wkładał go do szuflady, a nie szukał uznania w internecie (bo w końcu w pewnym sensie tego oczekują bloggerzy). Mimo wszystko blogowanie rządzi się trochę innymi zasadami niż magazyny internetowe i wszelakie portale informacyjne. Mamy dużo większy zakres możliwości, nie musimy trzymać się żadnych reguł, bo je ustalamy sami i sami również możemy je zmienić. Granice naszych możliwości zależą tylko od tego, jak wiele mamy zasobów pozwalających nam przekazanie informacji na blogu, w dużej mierze zależy to od kwestii finansowych, bo w końcu żeby coś pokazać - przedmiot, miejsce to trzeba w jakiś sposób go zdobyć lub do niego dotrzeć. Natomiast innym ważnym aspektem jest czas i nie chodzi mi tylko o pisanie, ale również o czas przeznaczony na nowe doznania opisywane i przekazywane na blogu (mam na myśli różne wydarzenia kulturowe, czy czas poświęcony na obejrzenie filmu, przeczytanie książki lub wykonanie DIY itp.). 

Ostatnio bardzo dużo zastanawiałam się nad powiązaniem między mną a Aiko-chan, w takim sensie, że dawniej bardzo odcinałam się od tożsamości internetowej i stawiałam grubą krechę między życiem prywatnym, a wyimaginowaną postacią Aiko-chan. Raczej nie przyznawałam się do tego, że pisze bloga i był to temat nieco wstydliwy dla mnie. Działało to w dwie strony – w internecie nie chciałam pokazywać swojej twarzy, a świecie prawdziwym nie przywiązywałam wagi do karykaturki, którą stworzyłam. Teraz napawam się dumą wspominając o blogu i o twórczości jaka tu tworzę. Mimo że masa wpisów w ogóle obecnie nie odzwierciedla tego co obecnie myślę czy jaka jestem, to mam do tego niesamowity sentyment. Dzięki tej stronie mogę cofnąć się nawet 5 lat wcześniej i przypomnieć sobie, co wówczas robiłam oraz jaką miałam koncepcję na
                                                                                                   przekazanie moich wartości dalej. 

Mam świadomość tego, że wraz z ewolucją mojej osobowości ewoluował też mój blog, nie ocenię czy na gorsze czy na lepsze, ale to dowodzi, że nie ma rzeczy stałych i nigdy nic nie jest takie samo jak było wcześniej, mimo że staram się trzymać od 5 lat ciągle ten sam schemat blogowania, to doskonale wiem, że trafiam do zupełnie innych odbiorców dzisiaj, niżeli kilka lat temu. W końcu nie utrzymałam tematyki bloga w myśli kultury azjatyckiej. Piszę jedynie odwołując się do popkultury, jaką mogę doświadczyć na odległość – konwenty, koncerty, kinematografia czy muzyka to elementy, które mogę doznać empirycznie, dlatego mogę o nich pisać, reszta to czysta abstrakcja. Właśnie z tego powodu zainteresowania tylko się pogłębiają, chcąc poszerzać tematykę bloga trzeba się uczyć i doświadczać nowości: wiele czytać, wiele tworzyć, wiele poznawać. W taki sposób blog samoistnie nastawił się bardziej na tematykę podróży i relacji kulturowych, a jego przeznaczenie się nieco zmieniło.


Myślę, że blogowanie nauczyło mnie jednej rzeczy (pomijając takie oczywistości, jak nauka i ciągle doskonalenie formy pisania czy kulturalnej komunikacji między blogosferą), mówienia o sobie, o tym co się lubi, jakie ma się upodobania i jakie poglądy w sposób otwarty. Co prawda "hejty" istnieją i będą istnieć, ale to nie może nas demotywować do tego, aby przestać wyrażać własne zdanie.
Największą motywacją dla blogera są jego czytelnicy, dlatego dziękuję wszystkim czytającym blog Aiko-chan. Mata ne! :)

2 stycznia 2018

Skupisko dram – podsumowanie 2017

W ubiegłym roku nie było podsumowania najlepszych dram 2016, ale to dlatego, że według mnie był to jeden z najgorszych sezonów. W 2017 jest zupełnie inaczej, obejrzanych dram było sporo, na jednych się bardzo zawiodłam, jak choćby My secret romace albo While you were sleeping, o których było naprawdę głośno, wydawały się zdobywać popularność, a jednak w rzeczywistości nie były wcale godne uwagi. Były też odmóżdżające seriale, które wydawały się początkowo ambitnym kąskiem, a potem przeradzały się w nudny romans typu prawniczego - Suspicious partner. Były też życiowe i pouczające produkcje (Go back couple), ale nie na tyle dobre, by według mnie trafiły na podium. Wielkiej rewolucji nie było, ale zobaczcie sami, co przyniósł ostatni rok. :) 

3. „School 2017”
Rok produkcji: 2017; Liczba odcinków: 16; Gatunek: komedia, romans, szkolna

Życie nastolatków toczy się głównie wokół szkoły, nic dziwnego, że to właśnie ona sprawia im najwięcej problemów. Koreańska szkoła przytłacza swoim systemem uczniów - piękni i bogaci zawsze są traktowani lepiej, a co z jednostkami, które są ich przeciwnością? Najlepiej jest ich się pozbyć – tak twierdzą nauczyciele, wprowadzają niemalże terror w szkole. Na pomoc przychodzi tajemniczy pan X i sabotuje system. Ukazuje jej największe minusy i sprawia, że to nie dzieci, ale dorośli zaczynają mieć problemy. "Kim jest człowiek X i jaki ma właściwie cel?" - pytają wszyscy. "Złapmy go!"


2. Weightlifting Fairy Kim Bok Joo
Rok produkcji: 2017; Liczba odcinków: 16; Gatunek: komedia, sportowa

Kim Bok Joo (Lee Sung Kyung) należy do drużyny podnoszącej ciężary w szkole sportowej. Zaczyna odnosić sukcesy, często wygrywa zawody i jest zdecydowanie jedną z najbardziej utalentowanych osób w grupie. Jednak jak to bywa w młodym wieku, dziewczyna ma wiele problemów. Z pewnością życia Bok Joo nie ułatwia złośliwy kolega z uczelni, na każdym kroku burzący jej święty spokój. W końcu bohaterka mimo swoich osiągnięć sportowych nie czuje się zbyt szczęśliwa, zawsze była chłopczycą, zarówno rodzina jak i przyjaciele traktują  ją jak mężczyznę. Czy dziewczyna odkryje w sobie prawdziwa kobiecość? Co sprawi, że zechce poszukiwać czegoś czego nigdy nie miała?



1. Witch’s court
Rok produkcji: 2017; Liczba odcinków: 16; Gatunek: komedia, kryminał, prawnicza

Prokurator Ma Yi Deun (Jung Ryeo Won) miała bardzo trudne dzieciństwo. Wychowywała się bez ojca, a matka z dnia na dzień zniknęła z jej życia. Ostatecznie została sierotą. Przez całe życie bardzo ciężko pracowała na lepszą przyszłość. W międzyczasie próbowała wszelkich sposobów na odszukanie zaginionej mamy. W końcu traci nadzieję. Pewnego dnia staje się światkiem molestowania seksualnego, a dokładniej widzi jak szef napastuje dziennikarkę. Początkowo bohaterka nie chce się angażować w tą sprawę, bo zależy jej na wysokiej pozycji i uznaniu. Jaką decyzje podejmie, woli piąć się ku szczytu kariery, czy upaść na dno w imię prawa? 



Coś z życia Aiko
Oczywiście korzystając z okazji, choć już pisałam o tym w mediach społecznościowych, chcę Wam życzyć najszczęśliwszego nadchodzącego roku. Dla mnie ubiegły niestety był zbyt pracowity, zbyt nieudolny, nie wniósł w moje życie niczego nowego, a jedynym racjonalnym i dumnym osiągnięciem jakie dokonałam, to wybór kierunku studiów. 
Bardzo źle wspominam ostatni rok: do połowy maja siedziałam przed książkami, dość słabym rezultatem były wyniki matury, ciągła praca, nerwy, stres, brak czasu dla siebie i dla bliskich, średnio udane wakacje i wiele innych mniej przyjemnych spraw. W tym roku planuję wiele rzeczy zmienić. Głównie swoje podejście do codzienności, bo śmierdzi u mnie nudą, ale przede wszystkim muszę bardziej efektywnie zarządzać swoim czasem. O celach na ten rok się dowiecie, ale jeszcze nie w tej notce. To tyle na dzisiaj. Mata ne!

Z dnia: 02.01.2018r. 

24 grudnia 2017

Merii Kurisumasu!

おはよう!メリイクリスマス。
(Cześć! Wesołych świąt.)

Dzisiaj zgodnie z coroczną tradycją, w dniu wigilii,  chciałabym życzyć wszystkim swoim czytelnikom wesołych świąt. Abyście spędzili je w spokoju od codziennych zawirowań oraz zmartwień. Odpoczęli i nabrali siły na nadchodzącego sylwestra. Żeby Wam żadna ość z karpia nie stanęła w przełyku, kompot z suszu był wystarczająco schłodzony, a pierogi nigdy się nie kończyły. Równolegle życzę coś mniej przyziemnego i zarazem ważnego, szczególnie zdrowia, pogody ducha, miłości i wytrwałości w dążeniu do celów. Dla mnie święta to czas spędzany w gronie najbliższych, czego również i Wam życzę. Spędźcie je tak, jak chcecie: z rodziną, przyjaciółmi, psem czy chomikiem, ale nie bądźcie sami. 
1. Aiko Rudolf z przyjaciółmi reniferami.
2. Wrocławska choinka na rynku.
3. bałwan żebrzący o miotłę.
1.Aiko z Pandą.
2.Dzisiejsza choinka obładowana prezentami.
Do następnego! Mata ne! :) 
Z dnia: 24.12.2017r.

22 grudnia 2017

ONE OK ROCK // Warszawa 3.12.17

Wyjazd na koncert ONE OK ROCK w tym roku w ogóle nie był przemyślany. Gdy tylko usłyszałam, że zespół ponownie przyjedzie do Polski, pod wpływem impulsu, już w dniu pojawienia się biletów online, zamówiłam dwie wejściówki. Teraz żałuję. Mogłam kupić bilety VIPowskie.

Wyjazd naprawdę był, jak na mnie, nieco chaotyczny - takie niezorganizowanie w ogóle nie jest w moim stylu! W ostatniej chwili zakup biletów do i z Warszawy, nie prześledzony przejazd na miejsce koncertu i powrotu z niego. Tym razem mi to nie przeszkadzało, bo jak Wiecie, uwielbiam hasło: „idźmy za tłumem”. Za każdym razem mi się ono sprawdza, o dziwo w tej sytuacji również. 

Początkowo miałam inny zamysł, chciałam pojechać do Warszawy wcześniej, nieco pozwiedzać, ale ostatecznie nadeszła zima. Mróz i śnieg pokrzyżował mi nieco plany. Dlatego do Warszawy przybyliśmy z Pandą tuż przed godziną 16:00, kiedy bramki były otwierane o 18:00. Zdążyliśmy jedynie zjeść szybko frytki w McD i ruszyć w drogę.
Daleko szukać nie musieliśmy, już na przystanku przed Złotymi Tarasami zauważyliśmy charakterystyczna grupkę młodzieży, to był znak, że: czekamy w dobrym miejscu, wsiadamy do odpowiedniego tramwaju, wysiadamy na prawidłowym przystanku, idziemy we właściwym kierunku i w końcu, stoimy w należytej kolejce (tak na oko w środku, przed i za nami jakieś 100m ludzi).
Około 17 byliśmy przed warszawską Halą Koło. Ku mojemu dziwieniu i pomimo NAPRAWDĘ długiej kolejki, szybko została rozładowana, za sprawą podziału jej w pewnym momencie na dwie części. Ostatecznie weszliśmy na salę po półtoragodzinnym staniu na mrozie. Porównując nasze koczownictwo do innych fanów to pikuś! Dziewczyny opowiadały, jak siedziały pod halą już od 11 rano – to są prawdziwi fani!
Organizacja
Standardowo przechodzenie przez bramki kończy się przeszukiwaniem toreb i zabieraniem: termosów, kanapek, wód mineralnych, batoników itd. niezależnie czy są duże czy małe. Za każdym razem drażni mnie ta sytuacja, bo jak wiadomo, takie rzeczy na czas koncertu za każdym razem pozostają w plecakach/torbach w szatni z ubraniami wierzchnimi, szczególnie tą porą roku. Co więcej, w ubiegłym roku, gdy koncert odbywał się w Progresji, było chociaż przyzwolenie na wnoszenie małych półlitrowych wód bez nakrętek – to zawsze coś. Tym razem kategoryczne: nie. Natomiast moje śmiertelne breloki przy portfelu i kluczach są dużo bardziej niebezpieczne, i mogłabym z nimi zostać miniaturowym terrorystą, aczkolwiek nikt nie zwrócił na nie żadnej uwagi. Czy to nie dziwne?
Ogólna organizacja była naprawdę dobra, podzielono ludzi na dwie kolejki przy wejściu do bramek, potem tworzyły się kolejne do aż dwóch szatni, z czego każdą obsługiwały bodajże po 3-4 osoby. To wielki plus przy takiej masówce, niestety Progresja w ubiegłym roku gorzej się sprawowała. 
Dodatkowo bardzo się ucieszyłam, gdy okazało się, że tym razem koncert odbędzie się w dużej hali sportowej, a nie malutkiej salce klubowej, gdzie większość koncertowiczów zdycha po samym supporcie, tym razem kwestia organizacji koncertu w zimę i w dużym pomieszczeniu, była bardzo rozsądnym ruchem.
Największym minusem jaki dostrzegłam były… toalety. Koncert co prawda odbywał się na hali sportowej, ale toalety, które były udostępnione to zwykłe ToiToi, było to mega problematyczne, ponieważ znajdowały się one oczywiście na zewnątrz i jedynym wyjściem, aby z nich skorzystać, był spacer na mrozie - bez kurtek (bo oczywiście zabranie ich wiązało się z czekaniem w kilometrowej kolejce do szatni).
Podobno był na terenie koncertu jakiś „bar”, ale go w ogóle nie zauważyłam, widocznie jego oznakowanie było słabe, więc w tej kwestii w ogóle się nie wypowiem. 
1.Jadąc na koncert miałam taki plan: będę miała dużo czasu w pociągu, więc nauczę się do nadchodzącego kolokwium. Ha! 5h w pociągu jadąc w jedna stronę notatki leżały na stoliku i wspólnie ze mną rozglądały się za stacją końcową.
2.Widok Pałacu Kultury zawsze mnie cieszy, jest dla mnie doskonałym punktem orientacyjnym.
3.W tym roku postanowiłam założyć zimowe uszy niedźwiadka - wykonane własnoręcznie, przy najbliższej okazji postaram się stworzyć notkę typu DIY, mam wiele kreatywności, których nie pokazywałam na blogu w ostatnim czasie. :)
Koncert: ONE OK ROCK Ambitions European Tour 2017
Na początku napomnę o supporcie, bo go uwielbiam! Jako przygrywka dla naszych gwiazd zagrało Crown the Empirie. Jest to amerykański, rockowy zespół działający od  7 lat. Bardzo mnie zdziwiło, że to własnie oni będą rozgrzewać widownie, a to głównie dlatego, że jest to zespól grający dużo "cięższą muzykę", bo jest to metalcore/post hardcore. Używają w swojej twórczości wiele efektów elektronicznych, jest to głównie tekst wrzeszczany, często zmieniają rytmikę i mają tendencję do przejścia ze spokojnych, niosących "ballad" po agresywne wykorzystanie gitary i wokalu. I własnie  kompletnie mi to nie pasowało do "przygrywki" ONE OK ROCK. Niemniej słucham ich od kilku lat, jest to odpowiednik muzyki jaka towarzyszy mi na co dzień, bardzo ich szanuję i okropnie się cieszę że miałam okazję ich posłuchać na żywo. Swoją charyzmatyczna twarz pokazali przed koncertem OOR, nie tylko grając swoją muzykę, ale również potem, bardzo sympatycznie odnosząc się do widowni, z wielka chęcią robi ze sobą zdjęcia i zachęcali do rozmów ze sobą. Z pewnością osoby ich nieznające, będą dobrze wspominać Crown the Empirie. Niestety, chłopaki zagrali jedynie przez 30-35 minut. 
Zagrali m.in.: Zero, Hologram, Memories of broken heart, Voices, Machines
Crown the Empirie
O głównym koncercie można by pisać naprawdę sporo, sam w sobie koncert oceniam lepiej niż ten w Progresji, ale to kwestia widowni. Rok temu na pierwszym koncercie ONE OK ROCK w Polsce przybyło naprawdę sporo "fanów", których słyszałam głośniej podczas koncertu niż chłopaków. Wróć! Piski dziewczyn słyszałam głośniej, nie śpiew, to tak dla sprostowania. W tym roku było ich mniej, to raczej kwestia tego, że masa osób jednak wybrała się na sierpniowy występ na Czad Festiwalu, a Ci którzy wówczas nie byli, przyjechali teraz w grudniu do Warszawy (tak było w większości przypadków, gdy podpytywałam ludzi - w moim również).
ONE OK ROCK
Ktoś by mógł powiedzieć, że koncert jak koncert: muzyka, śpiewy, skakanie w tłumie i wołanie o bis. Ale wydarzyły się aż trzy bardzo zapadające w mojej głowie rzeczy. Z czego jedna z nich jest godna pożałowania.
Podczas śpiewania jednej z piosenek - "Take what you want" Taka zaśpiewał wstęp i nagle umilkł. Umilkła również sama muzyka. Zespół stanął nieruchomo na scenie, nastała grobowa cisza z ich strony. Był to znak, że oddają hołd zmarłemu, a dokładnie Chesterowi Benningtonowi (wokalista zespołu Linkin Park). Niestety ktoś z widowi znalazł idealny moment na to aby zebrać się na wyznania: "kocham Cię Taka", "love you" oraz szepty: "zapomnieli tekstu", "ha ha, zaciął się" i różne takie, hm... niezbyt mądre komentarze, aż w końcu brawa, znikąd. Nie mam na języku cenzuralnych słów na opisanie głupoty lub niedojrzałości osób, które w ten, a nie inny sposób się zachowały. O ile szepty są dla nie zrozumiałe (niektórzy mogą nie wiedzieć, o co mogło chodzić zespołowi), o tyle krzyki i brawa, kompletnie mnie zbijają z tropu. 
Linkuję poniżej nagranie z YouTube, abyście mogli zobaczyć jak to właściwie było.


Uważam jednak, że staraliśmy po sobie zatrzeć złe ślady. Akcje fanowskie są na każdego takiego rodzaju koncertach. My w tym roku postanowiliśmy zaskoczyć chłopców kolorowymi światełkami podczas piosenki "We are". Jak to zrobiliśmy? Ha, wystarczy włączyć latarkę w telefonie i nakleić na nią kolorowa folię. Efekt był zdumiewający!


Fani zaskakują dobrze albo źle. Co prawda masa ludzi nienawidzi piosenki "American girls", jest to na tyle głośna sprawa, że większość wie czemu. Choć mi osobiście bardzo się podoba, reaguję na nią trochę inaczej niż "typowi fani", ale o co mi chodzi... Ano o to, że tym razem to OOR nas zaskoczyło, bo Taka zaśpiewał... "Polish Girls"! I w taki sposób, fani zamiast buczeć na amerykańskie dziewczyny, cieszyli  się, dobrze bawili, a nawet się podekscytowali, że zaśpiewano o polskich dziewczynach. Natomiast coby nikomu ego za bardzo nie skoczyło, w innych krajach te nazwy były zamieniane (nie orientuję się czy we wszystkich, w których odbywała się trasa, ale doszły mnie słuchy, że w większości).
Drugie nagranie zawiera "Polish girls".

Miałam trochę wrażenie, że zespół nie był na tyle zadowolony z koncertu na ile powinien. Kwestia tego, że dawali z siebie naprawdę 100%, ale publika (moim zdaniem) nie do końca dokazywała. Być może zupełnie jak ja, fani są przywiązani do starszej dyskografii, a co za tym idzie, na koncertach nie do końca znają tekst piosenki, gdy artysta chce żeby coś widownia zaśpiewała, ale też zwyczajnie gorzej się bawi wśród muzyki, co by nie mówić, mniej lubianej.
Generalnie podsumowując był to dla mnie lepszy koncert niżeli ten w ubiegłym roku, publika była spokojniejsza, nie słuchałam pisków gimnazjalistów, tylko śpiew i muzykę. 

ONE OK ROCK zagrało m.in.: Taking off, Hard to love, Bedroom warfare, Bon voyage, I was king, Take what you want, The beginning, Mighty long fall, We are, American girls. 

Po koncercie
Po koncercie umówiliśmy się z kilkoma osobami na "after", ponieważ duża większość wracała do domu z samego rana kolejnego dnia. Ostatecznie zgniliśmy na dworcu w McDonald's w małej grupce, jedząc fast foody do 3 rano i rozmawiając na 101 tematów, a po godzinie 5 mieliśmy już pociąg do Wrocławia.
Tak minął mi kolejny koncert i za razem ostatni w tym roku. Następny w planowanych mam we Wrocławiu 18 stycznia - "The Lord of The Rings: The Fellowship of The Ring in Concert", a więc "film na ekranie z muzyką na żywo Howarda Shore’a, zdobywcą trzech Oscarów. Całość w towarzystwie orkiestry symfonicznej, chóru oraz solistów. W sumie 250 osób na jednej scenie" - cytowane z wydarzenia na facebooku. Wiążę spore nadzieję z tym występem. 
To tyle na dzisiaj, wciąż nie życzę Wam wesołych świąt - to będzie dobra motywacja, aby napisać coś jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Mata ne!

Z dnia: 22.12.2017r.

*Nie musze tłumaczyć, że nagrania z YT nie należą do mnie i pełne prawa nalezą się ich autorom. :)

18 grudnia 2017

Pierniczki świąteczne

Cześć! Dzisiaj przybywam do Was z przepisem na słodkości, kolejne takie będą standardowo na walentynki – sławne nama choco, ale o ulepszonym przepisie! Dziś natomiast skupię się na pierniczkach bożonarodzeniowych.


Czas wykonania: banalnie krótki
Składniki: 
  • 55 dkg mąki
  • 30 dkg miodu
  • 10 dkg cukru pudru
  • 12 dkg masła
  • 1 jajko
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżki kakao
  • 1 opakowanie przyprawy korzennej lub przyprawy dla pierników
*opcjonalnie można dodać trochę cynamonu (Aiko nie lubi, więc nie dodaje)

Sposób wykonania: Miód wraz z masłem rozpuszczamy w garnku.
Suche składniki (tj.: mąkę, cukier puder, sodę oczyszczoną, kakao, przyprawę korzenną) z jajkiem oraz rozpuszczonym miodem z masłem łączymy i wyrabiamy ciasto rękoma uzyskując gładką konsystencję, lekko lapiastą – taką jak na pierogi. ;) 
wałkujemy na cienkie ciasto i formujemy pierniczki. Potem pieczemy w 180 stopniach przez 8 minut.
Pierniczki powinny przez kilka dni postać w zamkniętym miejscu, puszce lub słoiku, wówczas powinny trochę skruszeć. Smacznego. ^_^


Coś z życia Aiko
Studia zajmują mi sporo czasu, szczególnie nauka historii, której dotąd za bardzo nie miałam w technikum i muszę dużo nadrabiać. Wolny czas w większości poświęcam na poszerzaniu wiedzy -  praktycznej, bo nauczyłam się gotować kilka dań i teoretycznej, bo powróciłam do czytania książek, których stosik na półce w ostatnim czasie bardzo rósł, oczywiście o tematyce kulturowej i podróżniczej, a dla rozluźnienia oglądam dramy i anime. Tak mija mi czas mieszkając jako student we Wrocławiu. Nie robiąc za nudziarę napomnę, że od czasu do czasu pójdę do baru albo imprezę, ale pogoda jest tu taka o tej porze roku, że jedyne co się chce, to położyć w ciepłym łóżku i spać.
W weekendy żyję na walizkach, staram się wracać do domu jak najczęściej. W mojej miejscowości  jest zupełnie inaczej, mam dużo więcej energii i zajęć, patrzę na cudowny biały puch śniegu za oknem i klnę na Wrocław, że tutaj go nie ma.

Wesołych świąt jeszcze Wam nie życzę, bo mimo braku czasu planuję w święta nadrobić zaległości w pisaniu, m.in. szykuje się relacja z koncertu OOR, na którym byłam w Warszawie 3 grudnia, ale również podsumowanie koreańskich dram tego roku czy recenzje anime i filmów.

Jeśli chcecie być na bieżąco z tym co się u mnie dzieje to jak zwykle zapraszam do mediów społecznościowych do których odnośniki macie w kolumnie po prawej stronie. Do następnego, mata ne!
Z dnia: 18.12.2017r.

29 października 2017

Dookoła świata: Francja - Prowansja, Lazurowe Wybrzeże i góry (cz.3)

Francja elegancja! To już drugi raz kiedy mam okazję jechać do pachnącej lawendą Prowansji. I choć w wielu miejscach już byłam, to wcale mi to nie przeszkadza. Ani zwiedzanie tych samych miast, ani smakowanie tych samych potraw, ani kupowanie tych samych pamiątek. Welcome to France!

Wiecie, podróże mają to do siebie, że mimo iż się było w tych samych miejscach kiedyś, to za drugiem razem powracając do nich, zauważamy więcej. Jesteśmy bardziej świadomi tego co widzimy i tego co chcemy zobaczyć. Tak było w tym roku.
Mury obronne  miasta Aigues Mortes.
Jak zwykle nasz pierwszy nocleg we Francji był w pobliżu miejscowości Alès. Polecam zakwaterować się w tamtych okolicach, bo do wielu miejsc turystycznych rozlokowanych wokoło mamy naprawdę dobry dojazd (w pobliżu Alès znajduje się m.in. Akwedukt Pont du Gard, Awinion, Nimes, Uzes i wiele innych). Oczywiście chcieliśmy wrócić do kilku miejsc, w których już dawniej byliśmy, a szczególnie Montpellier, La Grande Motte czy Aigues Mortes. Niestety czas nas w tym roku gonił. Przez sytuację z zepsutym samochodem, mogliśmy być we Francji jedyne 6 dni, w związku z tym nie udało nam się zobaczyć zbyt wielu nowych miejsc.

Arles to samozwańczy odpowiednik włoskiego Rzymu, wydany w miniaturowej wersji. Nie kłamię! Te miasto pamięta doskonale czasy wielkiego Imperium Cezara, a co ważniejsze historyczne budownictwo nam o tym doskonale przypomina. Obowiązkowymi zabytkami są ogromna i ciągle eksploatowana arena oraz ruiny amfiteatru.
Widok na arenę w Arles.
Dzisiaj na arenie co jakiś czas odbywa się słynna korrida, a więc walki z bykami - oczywiście bezkrwawe (co nie znaczy że osobiście jestem przeciwniczką tego kulturowego wydarzenia). Arena jest bardzo widowiskowa i zdecydowanie jest jedną z najpiękniejszych, jakie miałam okazję widzieć. W pełni odremontowaną budowę możemy zwiedzać w niemalże każdym pomieszczeniu. Koniecznie trzeba ją zobaczyć w środku. Na miejscu mamy okazję zakupić bilet łączony i cena wówczas obejmuje wejście na arenę oraz ruiny amfiteatru. Wielu uważa, że są one zachowane w dość słabym stopniu, ale gdyby każdy zabytek miałby być kompletnie odrestaurowany, zwiedzanie go, a przy czym poznawanie jego historii, nie miałoby aż tak wielkiego sensu.

Głównym symbolem Arles jest oczywiście byk!
Nie tylko okolice Arles są dla nas bardzo atrakcyjne, ale kolejny raz postanowiliśmy jechać do Sainte-Maxime – najbliższe okolice St. Tropez. Wybraliśmy swój ulubiony camping i rozbiliśmy się w tamtych okolicach na dwa dni. Cele były dwa: wykąpać się w cieplutkim morzu (zatoce) oraz w końcu odwiedzić muzeum z Louisem de Funes – filmowego „Żandarma z St. Tropez”.
Sainte-Maxime to turystyczny kurort, miejscowość ma do zaoferowania dla swoich przyjezdnych piękne, szerokie, piaszczyste plaże, wiele campingów (o różnej klasie i na każdą kieszeń) oraz hotele. Leży dokładnie po przeciwnej stronie zatoki do Saint-Tropez, co jest doskonałą lokalizacją dla chcących odwiedzić żandarma. Wyjścia mamy dwa: jedziemy samochodem (przy czym możemy narazić się na korki – podobno, choć dwa razy jechaliśmy w godzinach szczytu i takowych wcale nie było) albo popłynąć promem (cena to bodajże około 20-25 euro w dwie strony, a promy płynął średnio co 1h).
Port w Sainte-Maxime oraz plaża.
O Saint-Tropez już Wam pisałam dwa lata temu i możecie o tym (i nie tylko) przeczytać TUTAJ, ale z okazji, że wówczas muzeum było remontowane, to muszę o nim w tej chwili wspomnieć. Mianowicie gorąco polecam do niego iść i wcale nie tylko osobom, które fascynują się francuską komedią, ale również każdemu innemu. Było to jedno z ciekawszych miejsc w jakich miałam okazję być w te wakacje i bardzo dobrze je wspominam. Cena w ogóle nie jest odzwierciedleniem tego, co widzimy w środku (jedyny 4 euro). Co ciekawe w muzeum nie tylko mamy okazję zobaczyć czym i jak były kręcone filmy, ale również wsiąść do samochodu żandarma, podać rękę pomnikowi Louisa czy nawet usiąść przy jego biurku i pisać na maszynie.

1. Kamera, którą kręcono. 2. Biurko żandarma. 3. Policyjny motocykl.
Z Saint-Tropez wyruszyliśmy znów ku wysokim górom. Wiele godzin jazdy i podziwiania zaśnieżonych szczytów doprowadziło nas do Grenoble. Jest to jedno z największych francuskich miast, do których lgną studenci i kształcą się głównie w kierunkach nauki ścisłej. Grenoble powinno nam się kojarzyć najbardziej z innowacją i technologią. Atutem miasta jest jego położenie – dolina u podnóża Alp francuskich. Bezkonkurencyjny widok na miasto mamy z Bastylii - Fort de la Bastille, pochodzącą z XVI wieku. Obecnie na twierdze można wjechać około 300 metrową kolejką linową (która pochodzi z XX wieku, na szczycie mamy okazję obejrzeć wiele fotografii opowiadających o jej problemach technicznych i ratowaniu turystów :P ). Z Bastylii podziwiamy cudowny widok na miasto otoczone wysokimi górami, a nawet w dalekich krajobrazach dostrzegamy słynny szczyt Mont Blanc (4792 m.n.p.m.). 
Grenoble nie wyróżnia się jakoś specjalnie na tle innych francuskich miast. Powiem więcej, nie jest to zbyt atrakcyjne miejsce. Oprócz centrum, starego kościoła, bastylii czy muzeum za wiele ciekawych rozrywek turystycznych tutaj nie dostrzeżemy. Ponadto miasto jest dość zaniedbane, co druga ściana budynków i murów są przez graficiarzy pobazgrane i gdyby byłyby to kreatywne murale, moje oko by się bardzo ucieszyło, ale są to niestety gangsterskie tagi - „obsikiwanie terenu”.

Widok na Grenoble oraz kolejkę linową.
W tym roku jechaliśmy przez naprawdę piękne okolice, prawie codziennie budziliśmy się w górach patrząc na białe połacie śniegu na ich szczytach. Jechaliśmy drogą "ratunkową", ponieważ tunel przy granicy francusko-włoskiej został zawalony, więc poprowadzono nas wąską drogą na jedno auto przy skarpie (przy czym droga była dwukierunkowa). Przygód było wiele, jak za każdym razem. 


Co z cenami podróży? Tego roku nasza wyprawa wyglądała trochę inaczej, zamiast campingów wybieraliśmy głównie noclegi w hotelach 3-4 gwiazdkowych. Dużym plusem był fakt, że zamawialiśmy zakwaterowanie na ostatnią chwilę i wyszukiwaliśmy najlepsze propozycje. Ceny równały się tym, które były m.in. we Włoszech, to znaczy około 20 euro na osobę za nocleg w dwupokojowym apartamencie oraz z wliczonym śniadaniem. Ceny campingów w tym czasie były nieco tańsze, w Sainte-Maxime były już naliczane kwoty zgodnie ceną posezonową, a więc jeśli ktoś chce oszczędzić, to warto jechać we wrześniu, pogoda jest równie przyjemna (a nawet przyjemniejsza, bo nie ma przesadnych upałów), jak w wakacyjne miesiące - lipiec, sierpień. Mam również wrażenie, że we Francji jest nieco taniej w porównaniu z cenami sprzed dwóch lat. Jak wspomniałam wejście do muzeum w Saint-Tropez to 4 euro od osoby (a przecież tyle słyszymy, że to nadzwyczaj drogie miasto - wcale się z tym nie zgadzam!). Oczywiście we Francji nie opłaca się jadać pizzy, błagam nie róbcie tego! Jest niebo droższa niż we Włoszech i wielokrotnie gorsza w smaku. Jeśli chcecie zjeść po kosztach sięgnijcie po francuskie snacki - francuską bagietkę ze świeżymi warzywami, omlet albo dla koneserów sałatkę z kozim serem na ciepło.

Opinia Aiko: W tym roku trochę inaczej patrzę na Francję, może to kwestia tego, że odwiedziłam miejsca w których już byłam. St. Tropez już nie było takie piękne, a Montpellier kompletnie obce, jakby mnie tam nigdy wcześniej nie było. Natomiast mój pogląd na Francuzów wcale się nie zmienia. Nie ulegam stereotypowi, że mówią wyłącznie w swoim języku, wielokrotnie służyli nam pomocą w języku angielskim. Co ciekawe, w tym roku miałam wrażenie, że nieco mniej Muzułmanów było na Lazurowym Wybrzeżu niż 2 lata temu. Wówczas często spotykałam kobiety w "zasłonie" - burce, najczęściej czarnym, bardzo konserwatywnym, tym razem jakby ich ekspansja nieco zmalała, co w jakimś stopniu dla niektórych może przełożyć się na poczucie bezpieczeństwa. 

1 CZĘŚĆ NOTKI O FRANCJI (2015r.)  Akwedukt Pont Du Gard, Awinion, Montpellier i nie tylko :)
2 CZĘŚĆ NOTKI O FRANCJI (2015r.) - Saint Tropez, Grotte de la Cocaliere,  Kanion Verdon

z dnia: 29.10.2017r.

28 września 2017

Anime: "Kakegurui"

Rok produkcji: 2017; Ilość odcinków: 12; Gatunek: Dramat, Psychologiczny

Szkoła dla prawdziwych twardzieli! Masz pieniądze chcesz być lubiany i poważany wśród rówieśników? Zbierz odpowiednią ilość żetonów i graj w pokera. Jeśli nie w pokera to może ruletka? Koniecznie wygraj, przegrana Cię pogrąży, zostaniesz zwierzakiem domowym, będziesz pośmiewiskiem, nigdy się od tego nie uwolnisz! 

Kakegurui to anime opowiadające o bardzo specyficznym życiu nastolatków w liceum, którzy zamiast uczyć się uprawiają hazard. Co dzień, a nawet co godzinę uczniowie wyzywają się do walki o wiele tysięcy, jak nie milionów yenów. Największy prym wiodą bogate dzieciaki. Pokonując przeciwnika upadlają go niezależnie od statusu społecznego (kogo jest synem/córką i jaka czeka go przyszłość). Każdy, kto stracił pieniądze, traci również swoją godność.

Pewnego dnia na ścieżkę hazardu wkracza Yumeko Jabami – naiwna, ładna, i dobrze wychowana dziewczyna jeszcze nie wie co ją czeka. Swoją osobą wzbudza ogromne zainteresowanie, głównie klasy, ale wkrótce, co ważniejsze, samorządu szkolnego i samej przewodniczącej, która jak się okazuje ma zupełnie odmienne zdanie o Yumeko, nazywa ją bestią i żmiją. Ale jaki jest ku temu powód?
Postacie są bardzo różnorodne. Raz bezwzględne i zasadnicze, innym razem słodkie i fałszywe, a niekiedy pospolite, ale wszystkie mają wspólna cechę – szalone zamiłowanie do hazardu. Z pewnością prezentowany jest tu beztroski styl życia, głównie elit społecznych. 


Szczególnie interesująca jest kreska. Z pozoru zwyczajna i typowa dla każdego gatunku, lecz podczas scen bardzo emocjonujących, jakimi są gry lub znaczące rozmowy, nagle się zniekształca. Lubię taką dynamikę w kresce, bo mimo braku akcji (sceny statycznej) odbiorca się nie nudzi i nie czeka na szybkie rozwiązanie akcji. Niemniej jednak skupienie się na detalach twarzy (całej mimiki, oczu, a szczególnie ust) jest bardzo przerażające, a nawet obrzydliwe (dla zwykłych odbiorców). 

Twórcy postarali się abyśmy poczuli napięcie w akcji, ciągnące się wątki hazardowe tworzą swego rodzaju szczebelki i w taki sposób powstaje cała fabularna drabina. Szczegółowe opisy gier, cały ich przebieg i kreacja, punkty kulminacyjne… dla mnie to było słabe. Mało zwrotów akcji, właściwie anime bardzo przewidywalne, ale nie nudne, chciało się je obejrzeć do samego końca pomimo podejrzeń, jak się zakończy. 

Seria jest przeznaczona dla odbiorców +16 z uwagi na okazałe uwydatnienia (if you know what I mean :P), możemy znaleźć tu lekki pociąg do yuri, odbiorcy zupełnie innego typu anime mogą poczuć lekki niesmak na widok cieknącej śliny, przygryzanych palców, jęków i ściekającego potu. Dominują postacie kobiece.



Największym rozczarowaniem jakie doznałam to zakończenie. Nie czytałam mangi, ale widziałam wiele opinii i negatywnych ocen samego zakończenia. Wnioskuję, że jest one zupełnie inne niż w mandze (być może sięgnę po nią i sama się dowiem?), natomiast jeśli chodzi o moje zdanie, miałam wrażenie, że anime zbyt szybko się skończyło. Poczułam ogromy niedosyt, bo wydawało mi się, że jeszcze wiele może się wydarzyć.
Podsumowując: mimo że fabuła sama w sobie nie była znakomita ani niewymyślna, a wręcz przewidywalna, stawiam ogromy plus za kreację postaci oraz kreskę i wykonanie. Dodatkowo zaskoczeniem był dla mnie ciekawy opening, ale zakończenie mnie bardzo rozczarowało. W związku z tym....

Ocena: 6/10


Z dnia: 28.09.2017

22 września 2017

Fanpage

Cześć, dzisiaj chciałabym Was zaprosić do polubienia powstałej niedawno strony na Facebooku. Postanowiłam, że "odświeżę" trochę bloga. W związku z tym powstał fanpage. Wiele wpisów z czasem traci na aktualności lub w jakiś sposób jest "niedociągniętych" i chcę się tym zająć, dlatego aktualizowane notki będą trafiać na Facebooka. Dodatkowo mam wiele ciekawostek i krótkich informacji, które z chęcią będę podawała poprzez social media (FB). Postanowiłam, że Twitter będzie niepubliczny, a więc dostęp do moich tweetów będą miały jedynie osoby mnie obserwujące. 
Zachęcam Was do polubienia mnie na Facebooku, dajcie mi trochę powera, im więcej lajków, tym więcej chęci. A mam wiele planów odnoście bloga! Począwszy od notek podróżniczych, przez stare i niepublikowane wywiady z Japończykami, koncerty, po rozmaite recenzje bardzo ciekawych filmów/seriali.

Klikajcie w poniższą grafikę i dajcie lajka. :) 

P.S. Jestem w tracie przeprowadzki do Wrocławia. A już za tydzień, immatrykulacja, czas się nazwać studentką.
 Buziole i do następnego!

16 września 2017

Dookoła świata: Włochy - góry i Tybetańskie Mosty

To już kolejny rok... Kolejny rok z rzędu, a dokładniej czwarty, w którym wyruszyłam w niesamowitą podróż do sentymentalnego dla mnie kraju. Gdzie ludzie wyciągają pomocną dłoń, przesadnie gestykulują, są bardzo chaotyczni i piją wiele wina, a popołudniami nie wpuszczą nikogo do kawiarni, bo sjesta. Znów tu jestem, welcome to Italy!

Cóż mogę napisać, kto czytał ostatni post, doskonale wie, że planowana podróż nam nie wypaliła. Mieliśmy przejechać blisko 8-9 tysięcy kilometrów, a ostatecznie pokonaliśmy połowę z tego. W związku z buntem rzeczy martwych (samochodu), zmieniliśmy swoje plany i wyruszyliśmy do Włoch, tym razem zaś naszym celem były głównie góry!

Za pierwszy postój wzięliśmy sobie Jezioro Garda. Bez najmniejszego zawahania jest dla mnie najpiękniejszym jakie kiedykolwiek widziałam (po nim jest Bled w Słowenii). Postanowiliśmy odwiedzić dwa cudowne miasteczka – Malcesine oraz Lazise.
Jezioro Garda to dla mnie wyjątkowo piękne miejsce, jedyne w tym rodzaju. Najbardziej kocham w nim krajobraz: na pierwszym planie triumfuje słońce, jezioro i plaże, a na drugim bardzo wysokie góry z pokrywą śnieżną u ich szczytów.
Pierwsze z nich położone jest w górnej części jeziora w pobliżu gór. Malcesine to niewielka miejscowość typowo nastawiona na turystykę (jak każda inna nad Gardą), przy brzegu jeziora ciągnie się krótka promenada oraz plaże. W miasteczku zaś przechadzać się można po wąskich uliczkach, wprost do malowniczego portu, z którego odbywają się rekreacyjne rejsy statkiem. W miasteczku znajduje się też bardzo stary zamek z VI wieku - Castello Scaligieri. A nieco powyżej idąc drogą możemy wjechać kolejką na punkt widokowy na Mont Baldo (proponuję zakupić bilety internetowo, bo kolejka do kolejki jest przedługa!).
Z widokiem na Malcesine i zamek Scaligieri.
O Lazise wspominałam już kiedyś. Byłam tam dwa lata temu przejazdem i nocowałam na pobliskim campingu, bo była to doskonała lokalizacja względem dojazdu do Werony (jedyne 30km). Lazise w przeciwieństwie do Malcesine znajduje się na równinie. Dzięki temu chociażby jest tam cieplej! Najbardziej klimatyczną rzeczą w miasteczku są otaczające stare miasto mury i piękne bramy wyjściowe. Jest to mniej atrakcyjne miejsce, ale dzięki temu spokojniejsze.
Mury i port w Lazise.
Skoro już jesteśmy przy jeziorach, opowiem także o innym włoskim skarbie. Gdzieś przeczytałam, że Jezioro Como jest jednym z piękniejszych położonych w Alpach. Postanowiłam to sprawdzić i pomyślałam: „Super, coś będzie konkurowało z Gardą!”. Mój zawód był niestety tragiczny! Objechaliśmy tylko jedną stronę jeziora (jego zachodnią część) i znaleźliśmy jedno miasto godne uwagi – Menaggio. Głównym i chyba jedynym atutem tej mieściny jest malowniczy port i przepiękna promenada z widokiem na jezioro. Chciałam dać szansę Menaggio i pokusiłam się na włoską pizze w bardzo ruchliwej restauracji (z reguły to oznaka dobrego żarełka) – była najgorszą jaką jadłam w tym roku, a było ich wiele. Tym akcentem zakończyłam swoją wycieczkę po „niesamowitym jeziorze” co by się bardziej nie zrażać.
Widok na jezioro i góry już tak nie zapiera wdechu w piersi, ale też bardzo cieszy oko!
A teraz czas na miasto stojące na podium - stolicę mody! Milano lub jak kto woli po polsku – Mediolan. W Mediolanie miałam okazję być tylko pół dnia. W tym czasie zdążyłam zobaczyć plac główny, Piazza Duomo i monumentalną Katedrę, wzniosła gotycka budowla, stała się symbolem tego miasta od dawien dawna. Patrząc od frontu katedry na prawo znajduje się z kolei najpiękniejsza galeria handlowa w jakiejkolwiek miałam okazję być - Vittorio Emanuele II. Budowla jest charakterystycznie zbudowana na planie krzyża i pochodzi z XIX wieku. Wewnątrz mamy okazję podziwiać szklaną kopułę i wiele pięknych złocistych zdobień oraz butiki znanych projektantów, drogich kawiarni, księgarni itd. Kilka uliczek dalej znajduje się natomiast Zamek Sforza oraz park zieleni Sempione, gdzie mieści się Łuk Triumfalny. Mieliśmy bardzo mało czasu na „liźnięcie” Milano. Planuję tam wrócić jeszcze raz!
W Milano roiło się o czarnoskórych, którzy sprzedają wszystko (dosłownie). Taka sama sytuacja dotyczy też Bolonii, Florencji, Rzymu i innych większych miastach (i plaż). Zaczepiają, pokazują towar (kapelusze, torby, okulary, tkaniny, selfie sticki itd.) i starają się to sprzedać. Oczywiście wszystko co pokazują jest badziewną podróbką począwszy od ubrań po psujące oczy okulary. Niemniej jednak bywa, że są wytwarzane w tych samych fabrykach co oryginały. Będąc turystą czasem nie warto uciekać i odganiać się od czarnoskórych uchodźców, z własnego doświadczenia wiem, że zwykłe "nie" wystarczy, nie są natrętni i nie namawiają bez końca, po prostu sobie idą dalej, a nuż ktoś będzie mniej asertywny, podejrzewam, że własnie dzięki temu nadal mogą handlować na ulicach z przymrużeniem oka władz.
O ile ja zazwyczaj odmawiam, bo wiem, że pieniądze przekazywane im do ręki, nie są dla nich, tylko dla kogoś nad nimi (bo umówmy się, to zorganizowana grupa) i zapewne otrzymują ze sprzedaży same ochłapy, o tyle Panda często ulega takim zaczepkom i jest mało asertywny. Dlatego Pan wyżej wcisnął mu (potem nam) bransoletki. Oczywiście opowiadał na co to one nie są, ale ogólnie wydawał się być bardzo sympatycznym człowiekiem. Znał angielski, chwilę z nim porozmawialiśmy, dowiedzieliśmy się skąd pochodzi, nie prosił o konkretną kwotę lecz o "drobne, które zostały nam w kieszeni". Ucieszył się zaledwie z kilku euro i skomentował to słowami: "hakuna matata".
Z Mediolanu jechaliśmy w stronę Francji, w region Piemont, którego stolicą jest Turyn. Piękne, wysokie i malownicze góry, już bez turkusowych jezior, ale zaśnieżonymi szczytami gór i licznymi szlakami turystycznymi. Najbardziej zachęcająca dla nas była malutka miejscowość Sauze d'Oulx, gdzie postanowiliśmy znaleźć nocleg. Przyjemnie było rozkoszować się górskim powietrzem w ciszy i spokoju. O tej porze roku jest tam wyjątkowo pusto. Region ten szczególnie jest znany ze stoków narciarskich. Ciekawostką może być, że w ziemie do Sauze d'Oulx mogą przyjechać turyści wyłącznie zameldowani w hotelach i pensjonatach, bo jeśli nie, można zapłacić surową karę. Nic dziwnego, wąziutkie i kręte drogi wspinające się na wysokość 1600 m.n.p.m. to nie lada wyzwanie dla kierowców.
Do Sauze d'Oulx nie pojechaliśmy przypadkiem. Naszym celem była miejscowość Claviere tuż przed przejściem granicznym do Francji. "Wisienką na torcie" podróży po Włoszech były tzw. Tybetańskie Mosty. Czyli podwieszane mosty ciągnące się wąwozem Gervasio San o długości prawie 500 metrów, aż 30 metrów nad ziemią! Możecie sobie wyobrazić, jaka to ekscytacja idąc tak wysoko nad ziemią i patrzeć między szeroko rozstawionymi szczebelkami w dół. W cenie przejścia jest również wspinaczka pionową ścianą wzdłuż wąwozu.
Patrząc na dół czy też na górę ludzie wyglądają jak małe mrówki.
Jeśli chodzi wyposażenie, to zarówno uprzęż jak i kaski są wypożyczane w cenie biletu. Z jednym zastrzeżeniem, że kaski są dla osób chcących się wspinać (co nie każdy musi robić). Oczywiście każdy, kto chce iść na Tybetańskie Mosty ma okazję "spróbować swoich sił". Przed kupieniem biletów mamy okazję zobaczyć i wejść na "próbkę" takiego mostu. Z kolei jeśli bilet zakupimy, wejdziemy na pierwszą część mostów i zorientujemy się, że to jednak nie dla nas, możemy się cofnąć, a pieniądze za bilet zostaną nam zwrócone. 
Ci, którzy boją się balansować na krawędzi, mogą przejść się darmową trasą turystyczną dołem wąwozu. Mi osobiście bardzo to przypominało Wąwóz Vintgar w Słowenii, choć ten w Claviere był mniej widowiskowy. 
Co z cenami podróży? Nadal utrzymuję, że na polską kieszeń doskonałą opcją są wakacje we Włoszech. Od 4 lat jeżdżę do Italii i jak dotąd nie zauważyłam większych zmian w kwestii cen. Co więcej zaskoczyła mnie cena Tybetańskich Mostów, które plus minus  kosztowały 15 euro za bilet. Z kolei Mediolan to dramat dla portfela względem parkowania, bo za niecałe 3h postoju w centrum zapłaciliśmy aż 11 euro! 

Gdzie nocujemy? W tym roku wyjątkowo późno wyjechaliśmy na wakacje. W górach zaczęło się robić chłodno, tak więc tym razem postawiliśmy na noclegi w hotelach, a nie na campingach (nie wspominając o tym, że we wrześniu w tym regionie kończy się sezon i wiele campingów zostaje zamkniętych). Nie mając za bardzo wyjścia, co dzień korzystaliśmy z portalu booking.com, wybierając najlepsze lokalizacje na naszej trasie, rezerwowaliśmy noclegi kilka godzin przed przyjazdem. Okazało się to być bardzo dobrą strategią. Średnio za noc w hotelu dla 4 osób płaciliśmy około 80-90 euro wraz ze śniadaniem (na campingach zapłacilibyśmy około 60 euro). Zwykle wybieraliśmy apartamenty z dwoma pokojami. 

Opinia Aiko: Kolejny rok we Włoszech powoduje, że coraz bardziej uwielbiam ten kraj. Jeśli chodzi o północną cześć Italii, mam ją bardzo dobrze zwiedzoną, choć oczywiście wiele jeszcze przede mną. Góry uwielbiam ponad wszystko, mimo że sama mieszkam w górach ciągle ciągnie mnie ku większych szczytów, a to dlatego, iż kocham wzniosłe krajobrazy. Są miejsca do których pragnę wrócić raz jeszcze, chociażby Mediolan. Koniecznie muszę wyjechać tam na 2-3 dni! I oczywiście Jezioro Garda, które jest dla mnie najlepszym miejscem dla odpoczynku. 
To nie koniec postów podróżniczych. Przede mną relacja z kolejnych odwiedzonych państw europejskich! 

Z dnia: 16.09.2017r.

27 sierpnia 2017

Podróż donikąd, czyli trzytygodniowe wakacje w 3 dni

Snucie wielkich planów się nie opłaca. Pierwszy raz jadąc na wakacje nie czułam że jadę na urlop. Nie czułam w ogóle tego obowiązku spakowania się w walizkę, zamknięcia najważniejszych spraw przed wyjazdem. Ciągle coś musiała załatwiać, z niczym nie zdążałam, wszystko wokół było w proszku.  Miałam wrażenie, że nie jestem gotowa na trzytygodniową podróż po Europie, co więcej ten wyjazd zdecydowanie wpisał się do najbardziej beznadziejnych, ale pamiętliwych wakacji jak dotychczas.


W czwartek 24 sierpnia dokładnie o 4 rano wyjechaliśmy z domu. Spakowani i z wielkimi planami. Mięliśmy jechać najpierw do Niemiec (Norymberga), potem do Włoch (Klausen, Mediolan) przejechać przez całe wybrzeże francuskie aż do Hiszpanii, tam nieopodal zaś mieliśmy odwiedzić malutkie państewko Andorę, przejechać przez największe miasta hiszpańskie i trasę zakończyć zwiedzając Portugalię – punktem docelowym była Lizbona. Potem wrócić do domu zaczepiając o Szwajcarię. Wyliczony czas, pieniądze, określone dokładne miejsca postojów (miejsc do zwiedzania) zdały się jednak na marne. Swoją przygodę zakończyliśmy w Niemczech w miejscowości Ingolstadt, jakieś 80 km od Monachium.

Sytuacja byłam nadzwyczaj stresująca i kłopotliwa. Nasz samochód prosto mówiąc się zepsuł (lub jak kto woli: rozjechał, zbuntował, zjebał, spierdolił itd.). Przejeżdżając już prawie 700 km w aucie nagle coś zaczęło stukać, potem do tego piszczeć, a na koniec po porostu stanęło i nie chciało ruszyć. Zdążyliśmy w ostatniej chwili zjechać z autostrady i podjechać na pierwszy napotkany warsztat samochodowy. Oczywiście miny ludzi tam pracujących wskazywały niesamowite zdziwienie. Już po ich reakcji nie miałam nadziei na dalszą wycieczkę.
Mechanicy w Niemczech stwierdzili, że uszkodzone zostały wtryski paliwa i naprawa tego tam na miejscu to koszt co najmniej (!) 3-4 tysięcy euro, a więc minimum jakieś 13 tysięcy złotych. Ta informacja nas kompletnie załamała. Czemu? Bo dokładnie tyle zapłaciliśmy mechanikom w Polsce za naprawę układu paliwowego, która zakończyła się tydzień przed wyjazdem. Mało być wszystko w porządku dostaliśmy na to gwarancję. Auto w Polsce jeździło kilka dni, było nawet reklamowane od razu po wyjeździe od mechanika, gdyż nowa część, którą wymienili miała jakiś uszczerbek, ale po jej ponownej wymianie, samochód jeździł jak powinien. Tak więc jaki był powód?

Postanowiliśmy ściągnąć do Niemiec mechaników z Polski, którzy naprawiali auto, oczywiście wszystko odbywało się w ramach reklamacji, a więc nie na nasz koszt. Mechanicy Niemieccy stwierdzili co najprawdopodobniej się zepsuło, w związku z tym „nasi” zebrali w kraju najpotrzebniejsze części (których zdobycie w jeden dzień graniczyło podobno z cudem) i na drugi dzień (tj. 25 sierpnia o godz. 20) przyjechali z nimi do Ingolstadt. 
Byłam pewna, że moja podróż się skończyła w tamtym miejscu. Okazało się, że mechanicy nie zdobyli wszystkich części. Wymienili 2 wtryski paliwa z 4, bo uznali, że te dwa stanowiły problem. Dodatkowo robiono z nas idiotów i twierdzono, że być może zamiast diesla zatankowaliśmy benzynę, ale wszelkie rachunki (bo wszystkie zachowaliśmy po tankowaniach) potwierdzały to, że nimi nie jesteśmy. Powstała teoria, że paliwo mogło być „chrzczone”, więc mechanicy je przefiltrowali/przepłukiwali/wwąchiwali się w nie itd. Było jeszcze wiele opinii i domysłów, między innymi takie, że to nie ma nic wspólnego z ówczesną naprawą, po prostu do wymiany jest druga część silnika (w zaledwie 5-cio letnim aucie!? No błagam!). Ostatecznie rozłożono ręce i podjęliśmy decyzję o zakończeniu podróży. 

Dwójka z nas pojechała z mechanikami do Polski w środku nocy, kolejne dwie osoby zaś z samego rana BlaBlaCar w kierunku Wrocławia. Samochód natomiast został w Niemczech i zgodnie z taryfą wybraną u ubezpieczyciela ma zostać odholowany do Polski w najbliższym tygodniu.

Ingolstadt to okropne zadupie. Niby niemałe miasto, ale oprócz supermarketów, salonów samochodowych, stacji benzynowych i miejsca spacerowego wokół Dunaju nic nie było. Najtańszy nocleg jaki znaleźliśmy, to był koszt 59 euro, czyli jakieś 250 złotych za noc dla dwóch osób (tańszy nocleg miałam w ubiegłym roku w Londynie i to niemalże w centrum, i w lepszych warunkach). Niemcy wokół na dodatek w ogóle nie potrafili komunikować się po angielsku.
Czego nas ta „wycieczka” nauczyła? 
Ano tego, że trzeba jeździć sprawdzonymi autami. Do tej pory podróżowaliśmy Oplem Astrą i choć miejsca było mniej, nigdy nie zdarzył się taki problem, a podróżowaliśmy po kilka tysięcy kilometrów w różne części Europy – Sycylia, francuska Prowansja, chorwackie wybrzeża... W tym roku postanowiliśmy kupić nowsze rocznikiem auto, większe i wygodniejsze (Fiat Scudo). Było odpicowane pod każdym względem, od kosmetyki: lakierowanie, wymiana opon na specjalnie wzmacniane, przyciemnianie szyb; po mechaniczne: dokładny przegląd, wymiana połowy silnika (układu paliwowego) i inne mniej znaczne rzeczy. W rezultacie aby przygotować się do tak długiej i wymagającej podróży, straciliśmy kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt, tysięcy złotych (nie mówiąc o cenie zakupu auta).

Czy planujemy coś w zamian?
Na tą chwilę czekamy aż sprowadzą nasz samochód do Polski. Opla z kolei odstawiamy na przegląd i najprawdopodobniej za tydzień nim wyjedziemy w jakieś regeneracyjne miejsce, coby nie przejmować się zbyt wiele tym co się stało. Liczę na chociaż tygodniowy urlop rekompensujący nasz stres.

Nadal możecie do mnie pisać z prośbą wysyłania Wam pocztówek. Do Hiszpanii i Portugalii w tym miesiącu nie dojadę, ale Włochy i Francja wciąż są aktualne. Przeglądajcie moje snapy piszcie (albo na snapa albo na tt) w między czasie co Wam się podoba, tam też wysyłajcie swoje adresy jeśli chcecie jakąś kartkę! 
NIEAKTUALNE


Mimo że samochód nam się zepsuł, humory bardzo nam dopisywały. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu. Trafiliśmy tam na bardzo sympatycznych ludzi!
Coś z życia Aiko
Ogólnie rzecz biorąc ostatnio mam dramatycznego pecha. Przed wyjazdem bardzo mi zależało na znalezieniu mieszkania we Wrocławiu, bo gdybyśmy wrócili tak jak planowaliśmy, nie zdążylibyśmy czegoś znaleźć i przeprowadzić się przed rokiem akademickim. Poświęciłam na znalezienie sensownego lokum prawie tydzień (dzwonienie, umawianie się, oglądanie, znów dzwonienie…). Ostatecznie się udało.
Potem okazało się nie mam ubezpieczenia zdrowotnego, bo mój pracodawca dość późno zgłosił mnie do ZUSu po odbytym stażu (bo musiał mnie zatrudnić) i nawet nie mogłam iść po receptę do lekarza, aby móc wykupić leki przyjmowane na stałe.Na domiar tego ciągle mam zawalone gardło, a leczenie gripexem nie pomaga, do lekarza nie mogłam iść gdyż ciążyło na mnie te ubezpieczenie, natomiast teraz jest weekend, więc lekarze nie przyjmują.
Kolejno ta cała przygoda z samochodem.
W Niemczech natomiast okazało się, że moja karta do telefonu straciła ważność podczas przenoszenia się do innego operatora sieci, a kolejnej nie dostałam i muszę czekać na nią przez kilka dni (nikt nie może się do mnie dodzwonić, ja nie mogę również nigdzie dzwonić, nie mam również internetu, właściwie żyję bez telefonu).
Dzisiaj żeby przypieczętować falę nieszczęść moja ulubiona torebka, skórzana torebka, kupowana w Wenecji torebka, za kilkadziesiąt euro torebka, się zniszczyła.
Nie wiem.. mam nadzieję, że po tym wszystkim co ostatnio się działo, nastąpi jakiś niesamowity przełom i nadchodzące dni, tygodnie, miesiące będą dla mnie łaskawsze, bo póki co ten rok jest jednym z gorszych pod każdym względem. 


Z dnia: 27.08.2017r.