4 sierpnia 2014

Przystanek Woodstock 2014

Szczęśliwie wyjechałam, szczęśliwie spędziłam czas, szczęśliwie przyjechałam.
 Oto sygnał, że jestem cała i zdrowa po kilkudniowej zabawie na Przystanku Woodstock. Choć wyjechałam z Kostrzyna już w sobotę rano, to tak naprawdę do domu wróciłam dzisiaj przed południem. Nadal nie odespałam kilkudniowej zabawy i na moje (nie)szczęście, podejrzewam, że w najbliższym czasie nie mam co na to liczyć. Ale, ale... Aiko nie marudzi, a zabiera się za krótką relacje z jednego z najpiękniejszych festiwali muzycznych w Polsce. 

Moja relacja z woodstockowej przygody zaczyna się dokładnie 30 lipca. Jak już doskonale wiecie moja podróż rozpoczęła się o 2 w nocy. O 2:30 wyjechaliśmy na wałbrzyski dworzec, na pociąg o godzinie 3:41. Mimo że Aiko jest zawsze świetne do wszystkiego przygotowana, to okropnie cieszył mnie fakt, że na dworcu spotkaliśmy wielu ludzie jadących do Wrocławia na wood'a. Kompletnie nie znam się na komunikacji miejskiej. Zazwyczaj poruszam się po miastach samochodem, dlatego naszym podróżnym mottem było: „Idźmy za tłumem!”. Sprawdziło się, bo skoro tłumy idą na przystanek tramwajowy i skoro wsiadają do pojazdu nr 8 to i my również powinniśmy wsiąść oraz wysiąść tam gdzie oni!
Na dworcu nadodrze byliśmy sporo przed godziną 6. Na całe szczęście! Konduktorzy sprawdzali bilety przed wejściem na peron. Ja zamawiałam bilet w jedna stronę do Kostrzyna przez internet, kolejno go wydrukowałam. 
Na dworcu. Aiko wchodzi na schody prowadzące do peronu 2, Onii-chan i Dredziara podążają za nią. Konduktor ich zatrzymuje i mówi: "bilecik proszę". Aiko sięga do plecaka i...
… i zaczęła się do siebie uśmiechać pod nosem. Wyciągnęła złożoną kartkę. Spojrzała na swoich towarzyszy przygryzając wargi. Onii-chan i Dredziara patrzą na nią nie do końca wiedząc co się dzieje. Aiko podeszła do pana w czarno-błękitnym mundurze i cicho spytała: „a podarte bilety też pan przyjmuje?”. W tym momencie nie tylko Aiko ale konduktor i również towarzysze zaczęli się śmiać. Bo jakże Aiko mogła tuż przed wejściem do pociągu podrzeć bilet? Miły pan wziął papierek i kilka razy próbował ściągnąć kod (mam takie szczęście, że podarłam akurat w miejscu kodowania, jupi lai!), niestety na darmo. Nie udało się. Jednak jak to się mówi: „przezorny zawsze ubezpieczony”. Wzięłam ze sobą tableta z LTE, więc nie minęła chwila, weszłam na maila, a konduktor szybko zeskanował potrzebny kod z urządzenia.

Oto ten sławny bilet
Niedługo po tym zabawnym wydarzeniu nadjechał pociąg. Rozległy się gwizdy i okrzyki: „Kostrzyn! Kostrzyn!”. A kiedy tylko pociąg się zatrzymał Dredziara podjęła się walki o 3 miejsca. I wcale nie takie świetne to miejsca były. Rzekłabym nawet nieludzkie! Przez 6 godzin jechaliśmy pociągiem bezprzedziałowym na piekielnie niewygodnych plastikowych kanapach. Widząc po tak długim czasie na końcowej stacji napis: „Kostrzyn” było ukojeniem dla mojego tyłka (i kręgosłupa).
Chcąc zaoszczędzić pieniądze i przy okazji rozprostować kości, postanowiliśmy wybrać się na woodstock z dworca na piechotę (mając nadzieję, że jest to nie daleko). Trzymając się naszego motta: „Idźmy za tłumem.”, po około ponad godzinnej wędrówce z tabołami dowlekliśmy się do samego wejścia na festiwal. Gdy tylko zauważyliśmy pierwsze namioty, zrzuciliśmy bagaże i poderwaliśmy się do rozbicia swojego. Nie mieliśmy siły na nic! Najważniejsze było, że dojechaliśmy na miejsce. 
Zmęczeni, ale zdjęcia dokumentacyjne trzeba było zrobić. Chwilowo zawieszam swoją opinię na tematy anonimowości w sieci i pokazuję Wam jedną z nielicznych fotografii, których się tak bardzo nie wstydzę. Chwalebna chwila, poznajcie osobę na zdjęciu - Aiko!
30 lipca nie było zbyt wiele koncertów, jedynie na scenie kryszny, gdzie się wybraliśmy na występ zespołu OFENSYWA, a następnie wybraliśmy do punktu ASP na KABARET SKECZÓW MĘCZĄCYCH. Ach! I znów zapukało szczęście! Sprawdzając wcześniej pogodę, doskonale wiedzieliśmy, że będzie padał deszcz, ale oczywiście mieliśmy nadzieję, a „nadzieja matką głupich”, że chmury gdzieś się rozejdą. Oczywiście nie muszę wspominać, że do namiotu dotarliśmy cali mokrzy? 
Tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy. Przed każdym koncertem trzeba było wziąć poprawkę na co najmniej dziesięciominutowe dojście. Przebić się przez taką ilość ludzi było nie lada wyzwaniem. 
31 lipca to dzień najbardziej wyczekiwanych koncertów przez Aiko. Ale nie tak szybko... Tak naprawdę drugi dzień zaczęliśmy w namiocie ASP, gdzie dziennikarze festiwalu podejmowali się rozmów z różnymi znanymi osobami, a widzowie mogli zadawać im pytania. Byliśmy na rozmowie z Maria Czubaszek i Bogusławem Lindą. Z kolei oficjalny moment otwarcia Przystanku Woodstock rozpoczął się o godzinie 15:00. Jurek Owsiak powiedział kilka słów, a następnie na scenę wyszedł każdemu dobrze znany zespół T.LOVE, któremu świetnie udało się rozbawić publiczność. Tego dnia także wybraliśmy się na zespół PROTOJE (gdzie dostałam mocno od kogoś z glana) i SKID ROW na którego występ czekałam z ogromną niecierpliwością i mimo że początkowo staliśmy lekko z tyłu, to tuż po chwili znajdowaliśmy się niemal pod sceną (choć biorąc pod uwagę dwa wcześniej wspomniane koncerty, to również tak było, skoro się bawić to na całego i blisko kamery ^^). Co do tej grupy muzycznej nie zawiodłam się, w przeciwieństwie do VOLBEAT. Myślałam, że uda im się występ, natomiast oprócz tego, że spóźnili się z wyjściem ponad pół godziny, to w dodatku dupnie (gomen za wyrażenie) grali! Oczekiwałam czegoś więcej, ale niestety nie udało się...
Tak jacyś panowie odpoczywają w namiocie ASP po minionym dniu.
Otwarcie Przystanku Woodstock.
1 sierpnia, a więc ostatni nasz dzień pobytu był w połowie udany tak jak poprzedni. Zaczęliśmy od „krótkiej” przechadzki do miasta na dworzec, chcąc kupić bilet powrotny na następny dzień (biletu nie pozwolono mi już trzymać przy sobie, sama nie wiem czemu... :D). Jakimś cudem po około dwóch godzinach stania w kolejce, dorwaliśmy się do kasy i zakupiliśmy bilet na 2 sierpnia o godzinie 5:30 do Wrocławia. Na festiwal wróciliśmy niemalże idealnie przed 15 godziną, tuż przed występem TABU, podczas którego się działoooo... Mimo że kompletnie nie czułam nóg albo czułam je zbyt mocno, próbowałam się dobrze bawić. Niezbyt dały się we znaki moje wysiłki. Zwyczajnie nie miałam siły stać jak człowiek, a co dopiero się ruszać. Natomiast moją osobę charakteryzuje „nagły przypływ energii” i znikąd nabrałam mega dużo mocy. Zaczęło się pogo, szaleńcze biegi ku grupowym zdjęciom z nieznajomymi i latanie za wozem strażackim, by choć kropla wody z niego wypuszczona dotknęła mojego ciała, dając poczucie kojącego zimna. 
Z racji, że przed godziną 4 rano musieliśmy iść na pociąg, nie mieliśmy innego wyboru jak wieczorem zwinąć swoje manele i targać je ze sobą. Na całe szczęście Aiko spakowała się tylko w jeden malutki plecaczek. I tak założyłam, że będę latać po Woodstocku cała brudna i na pewno nie będę mała czasu zajmować się tym jak wyglądam, dlatego wzięła ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, co jak się okazało wyszło mi na dobre. Właściwie każdemu z nas najbardziej odpowiadały (czyt. tylko Aiko najbardziej odpowiadały) zespoły występujące na dużej scenie, dlatego wraz ze swoimi tabołami ruszyliśmy ku najlepszemu koncertowi wciągu całego naszego pobytu na Przystanku, mianowicie ACID DRINKERS i występującymi z nimi goście jak choćby Czesław Mozil. Zabawa była naprawdę przednia i mimo że staliśmy daleko od sceny świetnie wspominamy występ Pukackiego. Nawet, co mnie okropnie zdziwiło Onii-chan chylił im czoła, choć prawdą jest, że taka muzyka zwykle mu się nie podoba. 
Kolejno odbyły się koncerty SKINDRED oraz KY-MANI MARLEY, których dotychczas nie znałam i nie zamierzam poznać, bo według mnie były kompletną porażką i pomyłką. O ile lubię muzykę metalową o tyle pierwszy z przedstawionych zespołów był zbyt hałaśliwy i zdecydowanie nie przypadł mi do gustu swoimi przesyconymi agresywnością repertuarami. Natomiast przy drugiem, osoba posiadająca nazwisko MARLEY powinna okryć się hańbą i zakopać gdzieś w jamajskiej ziemi, byle z daleka od ludzkich oczu i uszu. Większość z jego piosenek była coverami, a ponadto w tym co grał, nie było ani krztyny poweru, nic co przyciągałoby uwagę odbiorcy i zachwyciło go. W końcu jednak na osłodę wyszła kapela SKA-P, która w zabawny sposób poderwała nas ku zabawie i tańcu. Ich melodyjne i skoczne piosenki z hiszpańskim tekstem ożywiły każdego z nas po traumatycznym występie KY-MANI. Pech chciał, że nie na długo... kiedy tylko poczuliśmy na sobie pierwsze krople deszczu, czym prędzej popędziliśmy pod parasole pepsi tuż przy punkcie gastronomicznym. Przesiedzieliśmy tam do końca koncertu hiszpańskiego zespołu oraz niezbyt ciekawy występ popularnej grupy KAPELA ZE WSI WARSZAWA, krótej zdecydowanie nigdy nie lubiłam, nie lubię i chyba lubić nie będę.
 
Moja całkiem niezniszczone buty po woodzie wyglądały właśnie tak: brudne, mokre, zapiaszczone. Niewiele dało się z nimi po powrocie zrobić, więc nakarmiłam nimi kosz. 
Szybko po występie ostatniego zespołu, a dokładnie około godziny 3:40 postanowiliśmy ruszyć ku dworcu kolejowemu. Paskudnie brudni i zmęczeni o resztkach sił doszliśmy na stację. I tu się zaczyna kolejna przygoda na miarę podartego biletu.
Kolej podstawiono na peron dość szybko, mniej więcej o godzinie 5:00. Jechaliśmy pociągiem bez przedziałowym do Poznania, który przejeżdżał przez Gorzów Wielkopolski, dlatego też wewnątrz zebrała się delikatnie ujmując hołota – chamskie pijaczyny, niemające żądnego poszanowania dla innych ludzi. Aż cud, że nie skończyło się na rękoczynach. Natomiast nie to było naszą „przygodą”. Wyjazd pociągu z Kostrzyna opóźnił się 10 minut. Minęliśmy pierwszą stację, ale na drugiej postój wydawał się zbyt długi. Po pół godzinie kazano nam opuścić pociąg i poinformowano, że się zepsuł. Prawda jest taka, że było nam to kompletnie nie na rękę. Chcieliśmy szybko wrócić do domu, a przynajmniej jak najwcześniej dostać się do Poznania, a potem do Wrocławia. Na kolejną kolej czekaliśmy aż półtora godziny, choć konduktor zapewniał nas, iż przyjedzie ona dużo wcześniej. Później okazało się, że pociąg nie jedzie bezpośrednio do Poznania, ale do Krzyża i tam będziemy musieli przesiąść się do innego. Zabawny był fakt, że kolejnym pociągiem mieliśmy jechać tylko do Poznania, a tam mieć koleją przesiadkę do Wrocławia i znów kolejną przesiadkę do Wałbrzycha. Los jednak była dla nas łaskawszy i na nasze szczęście zamienna kolej z Krzyża jechała praktycznie przez całą Polskę zahaczając również o Wrocław. Mimo że nie było w przedziałach żadnych  miejsc siedzących i przez 4h staliśmy na korytarzu to i tak pocieszał nas fakt, że nie musimy się już martwić o problemowy powrót i udało nam się wrócić do własnego miasta po godzinie 16, a do własnej wiochy o 18. :)
Kiedy brat do mnie dzwonił i pytał: "gdzie jesteś", obracałam się i zastanawiałam się jakby to mu dobrze wytłumaczyć...
Myślę, że to tyle jeśli chodzi o to jak spędziłam Woodstock. Oprócz tego chciałabym wspomnieć o wielu innych rzeczach. Przede wszystkim o tym, że to był mój pierwszy wyjazd na ten festiwal. Rodzice byli pełni obaw pozwalając mi tam jechać, bo co córusia, to córusia w końcu. ^^ Dlatego też miałam na sobie „monitoring” (czyt. Oni-chan), który nieraz był, a nieraz nie był przy mnie. W każdym bądź razie jeśli chodzi o wyjazd, uważam, że nie ma czego się bać. Niektórzy z Was w poprzednich notkach wspomnieli, że chcieliby pojechać na Woodstock, ale „coś tam”. Piszę to z ręką na sercu, jest to bezpieczny i całkowicie przyjazny dla każdego festiwal. On łączy, a nie dzieli ludzi. Przyjeżdżają tam osoby chcące i potrafiące się dobrze bawić. Nie trafiłam na żadną niedogodną sytuację, która mogłaby być niebezpieczna (pogo się nie liczy). Ludzie są tam mega przyjaźni i nawet jeśli się nie znają, zachowują się jak starzy znajomi. Nie jest niczym dziwnym przytulanie się do siebie przechadzając się gdzieś po polu, zaczęcie bezinteresownej rozmowy, robienie ze sobą zdjęć czy danie się napić z własnej butelki jakiemuś dredziarzowi. Wiecie... Może naprawdę dziwne jest stać w tłumie przed sceną i widzieć powoli podchodzącego do Ciebie punkowca, który nagle mówi Ci: „siema”, po czym łapie Twoją rękę i ją całuje, ot tak, bo mu się podoba. Normalnie stojąc na ulicy w mieście była bym pełna obaw, a na Woodstocku? Nie. Wszyscy ludzie są bardzo kolorowi, każdy w jakiś sposób się wyróżnia. Można tam spotkać metalowców, rockowców, punkowców, rastafarian czy też pospolitych skejtów tudzież normalnych ludzi kompletnie się nie wyróżniających ubiorem. 


"Pokojowy Patrol" - ludzie każdemu pomocni. 
Woodstock to nie tylko koncerty. Każdy może znaleźć tam coś dla siebie. Jak już wspomniałam istniał tam namiot ASP, gdzie rozmawiano ze znanymi ludźmi. Gośćmi byli m.in. Agnieszka Holand, Budka Suflera czy jak już zdążyła się dowiedzieć o tym cała Polaska, Ks. Wojciech Lemański. Oprócz tego można było uczestniczyć w wielu warsztatach np. gitarowych, dredowych lub bębniarskich. Promowano patryjotyzm chociażby przez malowanie na torbach znaku powstania warszawskiego i uczczenie tego wydarzenia chwilą ciszy oraz śpiewem hymnu narodowego. Poza tym była możliwość zrobienia sobie zdjęcia z „automatu”, zrobienia tatuażu z henny lub zafarbowanie na różne kolory włosów. A wszystko to było w zasięgu ręki bez żadnej opłaty. 
Dredziara bębni. Z racji, że nie było nas na zajęciach muzycznych w dniu wyjazdu i dzień przed wyjazdem, odbiłyśmy sobie to grą na woodzie. XD
Podsumowując: Wyjazd się udał. Naprawdę podobał mi się klimat, jaki tam jest. To nic, że wróciłam do domu cała brudna, podczas pobytu prawie nic nie jadłam, a na końcu nie spałam blisko 40 godzin. Śmierdziałam marihuaną, papierosami i piwskiem, mimo że żadnego z wymienionych nie paliłam i nie piłam. Ważne, że było zajebiście, za rok jadę drugi raz. :) Ja ne!

P.S.1
Teraz jestem ciekawa, komu udało się moje wypociny przeczytać w całości?
P.S.2 
Tak naprawdę skróciłam ten tekst o prawie połowę. 

5 komentarzy:

  1. Ale fajnie musiałaś się tam bawić :) Ze zdjęć i po przeczytaniu tego wnioskuję, że to mogłaby być przygoda mojego życia :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaka przygoda z biletem XD widzę, że takie historie zdarzają się nie tylko mi. Tablet zbawiciel!
    Aiko na zdjęciu taka słodka i wesoła! I zarumieniona XD! Chcę więcej zdjęć Aiko!
    Jak to dostałaś z glana D:? A to chamy!
    Energia znikąd - taka cudowna!
    Ponoć dużo się mówi o tym, ze Woodstock jest i niebezpiecznym festiwalem i bezpiecznym, tylko zależy kto na co trafi w danej chwili XDDD. Dużo negatywnych historii od znajomych słyszałam, ale były też i pozytywne. Ja tam nie wiem, nie udzielam się, bo nigdy nie byłam, choć nie ukrywam, że chciałabym się kiedyś wybrać ^___^.
    Przeczytałam wszystko XD

    OdpowiedzUsuń
  3. Pewnie że wszystko przeczytałam, relacje o Woodstocku czytam z wielkim zaangażowaniem, bo zamierzam sama się wybrać i zbieram pozytywne argumenty dla rodziców :D I tych pozytywnych, optymistycznych relacji jest naprawdę dużo, serio. Mało kto pisze, że mu się nie podobało albo narzeka.
    Teraz chociaż wiem, że w trampkach się tam nie jedzie. Niedługo kupię sobie glany i sprawa załatwiona :) Nawet na zwykłym koncercie można stracić buty...

    OdpowiedzUsuń
  4. Relacje z Woodstocku przeczytałam bardzo chętnie. Z samych zdjęć można wywnioskować,że było bardzo ciekawie.
    Spodobała mi się atmosfera z tego co opisujesz. Lubię, gdy ludzie są otwarci, moze dlatego,że sama taka nie jestem.
    Niezłe zamieszanie było z tymi pociągami. Można się w tym łatwo pogubić.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam! :D Przygoda z biletem - dobrze że z happy endem, przezorny zawsze ubezpieczony się sprawdza. ^^ Twoja relacja zupełnie mnie zauroczyła, zachęciła, a do tego wywołała szeroki uśmiech. Za rok też pakuję plecaczek, biorę namiot i jeśli los pozwoli, wyruszam na Wooda. Po zdjęciach widać, że atmosfera musiała być magiczna. A buty - no cóż - ceną za, jak mniemam, cudowne wspomnienia, więc chyba było warto. ;) Ale o ile za rok się wybiorę, będę mieć na uwadze, żeby nie brać mojej ulubionej pary. ;p Uśmiechnięta Aiko rozpromienia również czytelników, także oby częściej były powody do zawieszania anonimowości. :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za przeczytanie notki i zachęcam do obserwacji bloga. :)