24 września 2014

[68] Around the world: Italy, Venice

Nigdy nie przygotowujemy się do wakacji, nie planujemy. O wyjeździe decydujemy tydzień lub dwa tygodnie wcześniej. Choć oczywiście spekulujemy, gdzie można by było pojechać. I właśnie wtedy nadchodzi chwila, kiedy idziemy do księgarni i poszukujemy dobrej jakości przewodników turystycznych. Ale co jeśli wyjazd jest na tyle spontaniczny, że w ręce mamy jedynie atlas samochodowy, zero wiedzy na temat obcego kraju, zero umiejętności posługiwania się językiem obowiązującym tam i zero informacji w głowie o miejscach turystycznych? Choć stresujący jest fakt braku powyższych, to nic nie powstrzymuje przed odważnym wskazaniu jakiegoś przypadkowego miasta na mapie i wyruszeniu ku przygodzie. Welcome in Italy!

Włochy od zawsze kojarzyły mi się z komercją i sporą ilością traconej gotówki. Nigdy nie ciągnęło mnie do Italii. Ba! Generalnie jeżdżąc trochę po Europie, przejeżdżając przez różne państwa, niektóre też przelotem zwiedzając, mam wrażenie, że niewiele się zmienia. Prawda jest niestety taka, że jadąc do Włoch północno-wschodnich przez myśl przemknęła mi myśl: „czuję się jak w domciu, czy to naprawdę nie jest Polska?”. I gdyby nie otaczający mnie innej karnacji ludzie i dochodzący do mnie zupełnie niezrozumiały język, to mogłabym się nieco pomylić.


Jak w przedmowie już wspomniałam, przyjechaliśmy do Włoch kompletnie w ciemno. Moja znajomość języka rozpoczynała się na słowie „uno”, a kończyła na „due”, lecz jak się okazało, nawet ów zwroty się nie przydały, gdyż nas było trzech, więc i bułki trzeba było kupić trzy. ^_^'
Nawiązując wciąż do znajomości liczebników... Aby kupić sobie świeże bułeczki, trzeba było wziąć numerek odpowiadający za kolejkę i czekać aż pani zza lady go wykrzyczy, sęk w tym że... Jak jest po Włosku  59?

Miasto na które wskazaliśmy przypadkowo w atlasie nosiło nazwę Grado. Nie wiedząc nawet czego mogliśmy się spodziewać po takim wyborze, mieliśmy nadzieję, że nie trafimy na żadną przysłowiową wiochę zabitą dechami, a raczej w jakaś przyjemną mieścinę. Wcale się nie pomyliliśmy! Miejscowość okazała się być całkiem przemiłym ośrodkiem turystycznym, w którym na całe szczęście nie roiło się od stonek (czyt. ludzi).
Grado można bez zarzutów nazwać miastem na wodzie. Nie dość, że jest umieszczone na małym cypelku, to dodatkowo wewnątrz miasta przewijają się ścieżki wodne

Ach! Można popluskać się w morzu, o ile... Nie zdąży przed nami uciec. Charakterystyczne były codzienne przypływy i odpływy wody. W południe było jej najwięcej, natomiast wieczorami uciekało hen daleko! Warto dodać, że jest to świetne miejsce dla osób lubiących brodzić w wodzie, a niekoniecznie pływać. Występuje tam ogromna ilość mielizn, dzięki którym jesteśmy wstanie pójść nawet kilometr wgłąb morza zamaczając nóżki zwykle po kolana, czasem do pasa, w skrajnych przypadkach do klatki piersiowej. Choć oczywiście plaże znajdujące się przy hotelach były odpowiednio usypane pod wymagania lubiących się pluskać turystów.
Ciekawe czyje te nóżki?
Wyjaśniając niezwykle ciekawa sytuację z przypływami i odpływami morza. Tyle wody było, kiedy był przypływ. Teraz przypatrzcie się zdjęciu. Za tą stojącą istotą - Aiko - jest drewniany podest. Kiedy woda odpływała, do połowy długości owego podestu było sucho. 

Prawdę mówiąc, mimo że w Grado nie było zbyt wielu atrakcji, mogłabym wiele jeszcze napisać. Jednak w okręgu miasta znajdują się inne „ciekawostki”. Szczególna uwagę przykuła miejscowość Palmanova, która ma kształt gwiazdy. Historia mówi, iż została ona wybudowana jako miasto idealne i faktycznie tak jest! Od dużego sześciokątnego placu wychodzi sześć uliczek. Przeszywają je nitki drug, które są ze sobą symetryczne i łączą się się z kolejnymi pod tym samym kątem. Patrząc z góry na miasto zauważylibyśmy 9-kątną gwiazdę. 
Dokładnie tak ono wygląda z lotu ptaka. Miasteczko jest naprawdę malutkie i nawet nie nastawione na turystykę (chciałam kupić pocztówki i nie znalazłam żadnego stoiska!), ale warto jest wypić tam włoską kawę, obejrzeć plac centralny czy też nawet obejść miasto wzdłuż jego murów i fosy. źródło fotografii: KLIK 

Kolejną pobliską miejscowością jest Aquileia. Mieścina podobno porównywalna, a nawet przewyższająca atrakcyjność Grado, natomiast w moim mniemaniu niewłaściwie. Znajduje się tam jedynie katedra, muzea – jedno Archeologiczne, drugie Wczesnego Chrześcijaństwa oraz ruiny portu rybackiego. Mnie takie miejsca turystycznie kompletnie nie zadowalają, a nawet nudzą.
Wspomniana katedra. 

Choć Aquileia kompletnie nie zdobyła mojej sympatii polubiłam tą miejscowość z jednego powodu. Pewnego pięknego dnia udaliśmy się na stację kolejową i zakupiliśmy bilety w bardzo urokliwe miejsce – Hello Venice!

Pierwsze i najważniejsze – warto wybić sobie z głowy podróż samochodem do Wenecji. Pani w recepcji w Grado przestrzegła nas przed tym głupim pomysłem i zaproponowała właśnie podróż koleją. Przede wszystkim jest to tańszy środek transportu (jadąc autem płacimy nie tylko za paliwo, ale również za całodniowe parkowanie), a także szybszy (przed wjazdem do miasta możemy spodziewać się lekkich korków). 

Wenecja olśniewa! Jeśli wyobrażaliście sobie miasto pełne pełzających tłumów ludzi, ciasnych i romantycznych dróżek przewijających się między budynkami oraz liczne kanały wraz z płynącymi po nich gondolami i panami w kapelusikach to wcale nie minęliście się z prawdą. Miasto wytwarza niesamowity klimat wokół siebie i to jest pewne. Aczkolwiek nużąca jest komercyjność – nawołujący kelnerzy do swych drogich knajp i restauracji, bilety do każdego napotkanego obiektu turystycznego, wspomniane tłumy, w między które nawet kija by się nie włożyło – to obraz rzeczywistości z jakim spotykamy się na głównych ulicach Wenecji. Jednakże im dalej posuwamy się w głąb i oddalamy od popularnych miejsc, możemy znaleźć całkiem piękny i nawet odludniony skrawek ów obleganego miasta. Zasiąść w małej kawiarence gdzieś na zupełnym uboczy i rozkoszować się pysznym smakiem włoskiej kawy. 
Aiko znów pokazała swoją buźkę, więc teraz czas krótką historię z jej życia, gdyż wiąże się ona z ową sukienką z fotografii. Jadąc do Wenecji miałam na sobie marokańskie spodnie (są luźne, cienkie i przewiewne, ale też długie). Spacerując po mieście robiło się coraz to cieplej i każdy dotykający materiał mojego ciała stawał się okropną udręką. W końcu napatoczyłam się na sklep z ubraniami weszłam i... i oczywiście kupiłam sukienkę (tą ze zdjęcia). Chciałam się przebrać, a szkoda było tracić czas na poszukiwania toalety (która swoją drogą kosztowała 2 euro). Byłam tak zdeterminowana, że przebierałam się w środku miasta w jakichś cienkich dróżkach. Zabawny był fakt, że nie było dróżki zupełnie pustej – bo w końcu to Wenecja – i pewni ludzie w tym samym czasie robili zdjęcia, ach no i mieli Aiko w tle. ^.^”
Maski weneckie.
Co z cenami podróży? Odwiedziłam dopiero niewielką część Włoch, więc nie mogę porównać cen z noclegami między południem a północną, choć twierdzę iż jest ona znaczna, chociażby z powodu większej popularności dolnego regionu (przeglądając cenniki campingów  z południa, koszty wahały się nawet ku 20 euro za jedna osobę, z czego dobre pięć mniej płaciliśmy na campingu w Grado). Jednak porównując koszty poniesione w Słowenii, a we Włoszech, to są one tutaj większe. Nic tylko komercja! To jest dla mnie jedyne i sensowne wytłumaczenie. Oczywiście jadąc do Wenecji trzeba mieć więcej grosza przy duszy. W końcu wszystko kosztuje, za głupi plan miasta płaciło się w granicach 3-4 euro (obowiązkowy zakup, chyba że macie genialne rozeznanie w terenie. My nawet mając przy sobie mapę i ciągle spoglądając na nią, gubiliśmy się nie raz, a potem trzeba było iść do jakichś sklepikarzy i prosić o pomoc), a za toalety 2 czy nawet 2,50 euro. Wejściówki do różnych obiektów były w różnych cenach, ale jak to się mówi: grosz do grosza... a Twój portfel stanie się pusty. :)

Opinia Aiko: Szczerze mówiąc bardzo polubiłam Włochy. Możliwe, że to głównie dlatego, że naprawdę czułam się tam swojsko! Wielokrotnie otrzymywaliśmy pomoc od Włochów, którzy z przemiłym uśmiechem jakby mogli to by nas wzięli za rączkę i zaprowadzili z miejsca X do Y, kiedy pytaliśmy ich o drogę. I choć nie przepadam za upalnym klimatem oraz leniuchowaniem nad morzem, to tym razem naprawdę mi się to podobało. Nawet puszczę płazem, iż każdy brał nas za Niemców (a przecież nie jestem blondynką i nie strzelam z ust pociskami). Ten fakty był smutny – w miejscu w którym się zatrzymaliśmy była masa niemieckojęzycznych ludzi. Stąd też uprzedzenie pań i panów w recepcji, że każdy mówi albo po niemiecku, albo po włosku. Mieliśmy w Grado nawet problem, aby wyciągnąć informacje dotyczące atrakcji turystycznych w obrębie miasta. Miła pani zwyczajnie znała kilka zdań na krzyż w języku angielskim i na dodatek związanych głównie z noclegami. 
Ostatecznie planuje wrócić do Włoch. Te kilkudniowe "liźnięcie" ichniejszej kultury stało się tylko początkiem chęci podróży po kolejnych obszarach kraju. 

Z dnia:24.09.2014

5 komentarzy:

  1. Jeju ! Jak ja ci ttych podróży zazdroszczę !

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak można nauczyć się liczyć do dwóch? :D Ja tak jakoś obowiązkowo zawsze do trzech...Cztery to już czarna magia :D Ta miejscowość na planie gwiazdy jest po prostu niesamowita! Wygląda jak z bajki. Ale toalety za dwa Euro ostudzają moje marzenia... Jeżeli już odwiedzę taką Wenecję, to chyba z kieszeni kogoś innego, nie własnej :D
    Niemieccy turyści są wszędzie, nic dziwnego, ze znają niemiecki... Stali się już przysłowiowi :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale pięknie jest w Wenecji :) Trza by było wyjść kiedyś z domu i odwiedzić trochę świata.
    Palmanova super wygląda :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Włochy zawsze uwazałam za kraj, który warto zwiedzić. Co prawda z komercją też mi się trochę kojarzyły, ale czasem nawet i komercje mozna przeżyć. Zarówno Grado jak i Palmanova wydają się byc ciekawymi mieścinami. Zaskoczyłas mnie z tym kształtem gwiazdy. Rzeczywiście wyglada to jak idealne miasto. I takie symetryczne.
    Nie znając liczb ciężko choćby cokolwiek zamówić. a może nie zamowić, ale potem to odebrać. Ja na wakacjach zamówiłam pizzę z niewiadomymi składnikami i co jakis czas sie pytałam, czy to moja pizza. Pomińmy fakt,że pani, która przyjmowała zamówienia nie znała ni w ząb angielskiego. Ale jakoś udało mi sie porozumieć. Co prawda trochę na migi, ale udało się.
    Wenecję trochę inaczej postrzegałam. Od kogos juz słyszałam,że wcale nie jest taka jaka się wydaje. Może chodziło o tłumy ludzi i komercję. No, ale opinie są różne na ten temat. Jeśli kiedykolwiek tam pojadę przekonam się czy i mi się to miasto spodoba.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wenecja - fajnie, ale nie chciałabym tam mieszkac :) Ogólnie nie ciągnie mnie do Włoch, ale mam stamtąd wielu znajomych :)) Spontaniczne wycieczki są najlepsze :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za przeczytanie notki i zachęcam do obserwacji bloga. :)