22 września 2016

Dookoła świata: Wielka Brytania, Londyn (cz.1)

Miasto moich marzeń. Zatłoczone ulice ludźmi pędzącymi w cztery strony świata. Wieczne korki i trąbienia klaksonów samochodowych. Sielankowe parki – dla mnie po prostu oaza spokoju, a także dobra kultury: zabytki, zachowania i tradycje. To wszystko jest dla mnie definicją cudownego miasta jakim jest Londyn. Welcome to England
Widok na Londyn z góry (Moja Panda fotografem <3)
Londyn był moim tegorocznym celem podróży. Całe wakacje ciężko pracowałam, aby móc w ciągu zaledwie sześciu dni wydać te pieniądze „ot tak”. Choć dostępnych środków miałam wiele, za budżet obrałam sobie kwotę 3 tysięcy złotych (za lot, na hotel, zwiedzanie, wyżywienie oraz komunikacje miejską). Wydaje się to być abstrakcyjne, ale z lekkim przymrużeniem oka udało mi się zmieścić w budżecie. Z racji, że to był mój pierwszy taki wypad wyłącznie z Pandą, sumiennie obliczyłam wszystkie koszta oraz przygotowałam trasę zwiedzania.
To był mój pierwszy lot od 10 lat. Ostatni raz podróżowałam samolotem gdy miałam zaledwie 9 lat do Grecji na wyspę Kreta, niewiele z tego zostało wspomnień. Dlatego tegoroczna wycieczka była stresująca ze względu na te wszystkie odprawy, kontrole graniczne etc.. Lot natomiast był dla mnie przyjemnym i mało znaczącym epizodem.


6 dni za 6 tysięcy złotych dla dwóch osób
Jak na standardy londyńskie to względnie tanio. Zarezerwowaliśmy lot z samego rana (o godzinie 7:00) i powrót wieczorem (20:40) do/z Londynu w cenie zaledwie 615zł w dwie strony za jedną osobę (firmy Ryanair) oraz nocleg jedynie 2km od centrum miasta w cenie 835zł (co daje nam już prawie 3 tysiące dla dwóch osób). W hotelu serwowano śniadanie, tak więc musieliśmy zapewnić sobie obiadokolację i przekąski. Ceny restauracyjne nie są niskie. Naszą najdroższą kolacją była bodajże perska knajpa za 40 parę funtów, z tym że podzieliliśmy danie na dwie osoby. Z kolei najtaniej jadało się w fast foodach tzn. KFC czy McDonalds, gdzie obfite zestawy można było skomponować do 5 funtów. Dla każdego coś dobrego, można zjeść dobrze i drogo lub tanio, szybko i niezdrowo. Z kolei jeśli chodzi o ceny żywności w sklepach, na moje oko jest podobnie jak u nas, a nawet taniej. Czego nie mogę powiedzieć o odzieżowych sieciówkach. Porównując je do naszych czy włoskich,  są droższe. 
Zwiedzaliśmy konkretne miejsca i chwytaliśmy się różnorodnych atrakcji. W rezultacie straciliśmy około 200 funtów (na 2 osoby), ale największą zmorą była komunikacja miejska. Jadąc do Londynu macie właściwie dwa wybory. Możecie zakupić kartę oyster (szczegółów możecie dowiedzieć się m.in. stąd → http://www.londyn-online.com/pl/plan-your-trip/198-oyster-card ) lub kupować bilety jednorazowe. Choć pierwsza opcja była nadzwyczaj oszczędna to my zdecydowaliśmy się płacić za jednorazowy bilet (dlatego, że mieszkaliśmy około 30-40min od centrum i nie potrzebowaliśmy komunikacji miejskiej). Ważną informacją dla Was może być fakt, że w autobusach można płacić kartą kredytową lub debetową PayPass (czyli zbliżeniowo, wystarczyło jedynie przyłożyć kartę do czytnika) koszt jednego takiego biletu to 1,50 funta. Natomiast na metro kupowaliśmy bilety w automatach za 4,90 funta (jak odmienia się funt?). Ja osobiście nie mam problemu z płatnością za granicą, wszystkie moje działania są darmowe, tak więc u mnie ten system się sprawdzał, ponieważ bank nie pobierał żadnej prowizji. Koniecznie dowiedzcie się czy Wasz bank pobiera prowizję i jak dużą za takie płatności, to ważne będąc za granicą.
Pamiętajcie, by będąc za granicą niczego nie żałować. Nie przeliczajcie pieniędzy, liczcie 1:1 (1zł = 1€/£ etc. choć wiadomo, że nie zawsze będzie się to sprawdzało, np. przy dużych nominałach chociażby na Węgrzech tzn. forintach). 


Wyobrażenia vs prawda
Kraj bogaty w technologię, kulturę i możliwości. Ludzie zabiegani, pijący dużo kawy, schludnie ubrani – od razu widać, że pracują w korporacjach. Parki zielone – są miejscem odpoczynku, czasem lunchu czy też spotkań i randek. Bezdomni śpią u bram budynków, na ulicach czy ławkach, grzebią w śmietnikach, żebrzą o złamany grosz…
To zarówno moje dotychczasowe wyobrażenie, ale teraz i potwierdzony fakt. Londyn tak właśnie będzie mi się kojarzył. Choć wielu minusów, jakimi są koszty utrzymania, koszmarne korki na ulicach czy brak polskich ulotek w miejscach turystycznych (to zabawna uwaga, ale faktycznie to było notoryczne – tak wielu Polaków mieszka i podróżuje do Londynu, a nie było tam żadnych informacji turystycznych w naszym języku, kiedy można było zauważyć japońskie, hiszpańskie, włoskie, rosyjskie, tureckie…), znalazłam masę pozytywów. 
Londyn ma piękną i przede wszystkim prostą architekturę. Czułam się tam swobodnie, otaczające mnie budowle nie przytłaczały mnie, nie były zbyt wielkie, ale wyróżniały się między sobą kolorystycznie i stylistycznie, triumfuje tam minimalizm. Elewacje były zadbane, a fronty wręcz zapraszały do siebie. Znajduje się tam wiele charakterystycznych budowli, ciężko jest się zgubić w mieście podróżując pieszo, wokoło jest masa punktów orientacyjnych, co bardzo pomaga turystom. Ale mimo bogatej historii w Londynie jest miejsce, które nie stało się muzealnym posągiem. City of London / The City / Square Mile to nowoczesna dzielnica, która skupia w sobie w większości działalność handlowo-bankową. Stąd wzbijające się ku górze szklane biurowce, ludzie pod krawatami i ceny z dalszego kosmosu. Mniejszością są tu trzy główne atrakcje – Tower of London, Tower Bridge oraz Katedra św. Pawła.
Czyli jak w Anglii spędza się czas wolny. To lubię. Parki, pikniki, pogaduchy na świeżym powietrzu. Brakuje tego w naszej kulturze.

Polak też człowiek
Nie cierpię tej propagandowej nagonki na Brytyjczyków po przeprowadzeniu Brexitu. Z tego co zrozumiałam rozmawiając z kilkoma Polakami mieszkającymi w Wielkiej Brytanii, nagłaśnianie rasistowskich zachowań wobec naszych rodaków jest zwyczajną propagandą. Podobno takowe poczynania były zawsze, u nas też się to zdarza, lecz rzadko mówi się o tym w mediach. Ciężko mi się do tego obiektywnie ustosunkować, bo tam nie mieszkam, byłam tam jedynie w celach turystycznych i jedno mogę stwierdzić – Anglicy to cudownie pomocny naród.
Porównując moje doświadczenia z interakcją np. z Włochami mam podobne odczucia. Brytyjczycy chętnie pomagają. Czasem mogłabym powiedzieć, że się narzucali. Stojąc przy mapie podchodzili do nas i pytali czy nam pomóc (chętnie tłumaczyli co i jak, proponowali najlepsze rozwiązania). Robiąc sobie zwykłe selfie, zabierali nam aparat i sami pstrykali nam wspólne fotki (to się bardzo często zdarzało). We Włoszech było podobnie, natomiast różni ich temperament i sposób zachowania. Anglicy mają nieco inny humor – lekko ograniczony i zdystansowany, ale w przeciwieństwie do Włochów, są bardziej szczerzy, ale przede wszystkim… zorganizowani! Łączy ich również inna wspólna cecha: szaleni kierowcy samochodowi. To co wyprawiają na ulicach nierzadko wprawiało mnie w osłupienie (uważajcie przechodząc na pasach :P).
1.Piękny widok z samolotu. To definicja bycia nad chmurami. Cudowne wrażenia.
2. Aiko tuż po wylądowaniu w Londynie. Zmęczona, ale szczęśliwa!
W dzisiejszej notce wyłącznie kilka moich spostrzeżeń odnośnie wyjazdu. W kolejnej szczegółowo opisze co zwiedzałam i co Wam polecam bądź nie. Wracam powoli do normalności, prawie końcówka września, a ja dopiero zaczęłam chodzić do szkoły. Mam tragiczne zaległości względem szkoły i wiele ważnych spraw na głowie, dodatkowo szukam pracy po szkole lub na weekendy. Muszę sobie jakoś poukładać grafik, uczyć się i poświęcić czas bliskim. To będzie ciężki rok. 
Pokrótce zapowiadam Wam, że jeszcze tego roku prawdopodobnie po raz drugi w  życiu odwiedzę Węgry. Ostatni raz byłam tam z 6 lat temu na wymianie, mam nadzieję, że moje wspomnienia się odświeżą. Szczegóły już niedługo. Życzę Wam przyjemnego i cieplutkiego końca lata (to już jutro jesień!). Ja ne!

Z dnia: 22.09.2016

12 komentarzy:

  1. Fajnie by było sobie wyjechać do Londynu, ale to trochę droga inwestycja. Cieszę się, że tobie się udało. Czekam na kolejne relacje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię Londyn bo mieszkam pod nim ;D chociaż nie w weekendy, za tłoczno. Co do cen, tu są inne zarobki więc i ceny inne. Przeciętny Anglik nie ma problemu z wydaniem 30f na obiad bo to jak 30zł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podzielam uwagę w 100%! Zawsze jak gdzieś jadę przeliczam 1:1 (1zł jako 1euro/funt) to najlepszy sposób by nie łapać się za głowę i myśleć: BOŻE JAKIE TO DROGIE. Aczkolwiek mając do dyspozycji 3 tysiące złotych i myśląc, że wydało się ok. 200zł (~40funtów) za jedno danie, to trochę boli. :) Choć ja w rzeczywistości wydałam tam więcej, bo własnie nie oszczędzałam na dobrym jedzeniu, coś takiego dla mnie nie ma wartości. Wakacje są po to by niczego sobie nie żałować. :)

      Usuń
    2. tak samo jak zarabiająć w euro. No normalne, na poczatku siedzial w glowie jakis glupi przelicznik i "tego nie chce, bo to drogie" ale po pierwszej wyplacie jakos polecialo. Gdybym miala przeliczac na polskie pieniadze to ile np kosztuje moj ulubiony jogurt, nie jadłabym chyba nic, nie mowiac o kupowaniu ubran czy jakis tam innych rzeczy

      Usuń
    3. Dokładnie, też bym nie jadła i chodziła chyba naga ;D przeciętna brytyjska wypłata spokojnie starcza na fajne życie, jak odliczę mieszkanie, dojazdy do pracy, jedzenie to okazuje się, że i na spokojnie na koncert pojechać mogę czy wycieczkę, wyjść ze znajomymi,jadać ze dwa razy w tyg na mieście czy zaopatrywać się w milion butów a ;D i jeszcze odłożyć sporo bo zostaje. Reasumując można żyć na przyjemnie ;)

      Usuń
    4. Fajnie słyszeć (czytać) to od osób, które mają tego świadomość. Często rozmawiając z niektórymi znajomymi słucham stwierdzeń, że przecież za średnią pensję tez można w Polsce wyżyć, ale jakim kosztem... Ja mam łatwe porównanie, bo ciężko pracowałam w Polsce 12-14h przez 6 tygodni, bez dnia wolnego, zaś mój chłopak 8h przez 5 tygodni z wolną niedzielą w Niemczech. Oczywiście zarobił prawie dwukrotność tego co ja.
      Ale co do przelicznika... To mimo wszystko twierdzę, że ceny w całej Europie sa bardzo podobne do naszych (zdarzają się też wyjątki, co raczej wynika z jakości albo dostępności produktu), więc liczenie złotówek nie ma sensu. ;)

      Usuń
    5. Zupełnie inaczej wygląda praca w DE czy UK niż w PL, pracowałam w Niemczech jakiś czas, choć zdecydowanie wolę UK to zaskoczyło mnie podejście pracodawców. W PL tyrasz jak niewolnik i po opłaceniu rachunków zostajesz na zero. O ile w ogóle z pensji starczy Ci na opłacenie wszystkiego. Smutne to, acz prawdziwe.

      Usuń
    6. Niestety muszę przyznać rację.

      Usuń

  3. JAk na moje oko, to nie musiło tyle kosztować. Przynajmniej nie same bilety lotnicze. Nie raz i nie dwa są oferty gdzie płaci się w 2 strony około 100-150 złotych. Szukaj takich na przyszłość. :)
    MIeszkając za granicą, na samym początku gdy przyjechałam myślałam, że tu jest tak czysto, tak pieknie. Normalne jest to, ze co kraj to obyczaj i pewne zachowania... W Holandii tez parki piękne, w których spędza się czas, ale będąc gdzieś dłużej widzi się pewne rzeczy z innej perspektywy. Zaczyna sie zauważaccos czego na poczatku nie widac.
    Cieszę się jednak z tego, że świetnie się bawiłaś i żałuję, że tak mało zdjęć umieściłaś w notce.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Dla mnie przykładem tego o czym piszesz są Włochy. Byłam tam kilkukrotnie, raz na wymianie mieszkałam przez miesiąc. I choć zdaję sobie sprawę z minusów jak i z plusów tego miejsca, to nadal mi się podoba. Inna kultura będzie dla nas zawsze czymś nowym i fascynującym.
      Co do parków... to mnie wkurza myślenie polskie. Bo za rozłożenie się w parku dostanę nie mały mandat za deptanie trawnika (ale to się już na szczęście zmienia i jest dużo więcej takich miejsc w dużych miastach), nie mówiąc o napiciu się piwa. Przykładowo we Włoszech nie ma ogólnokrajowego zakazu picia w miejscach publicznych, nie mówiąc o Anglii, tam jest na to przyzwolenie, ale pod warunkiem, że alkohol nie jest w butelce. Dlatego podoba mi się kultura spędzania czasu na świeżym powietrzu. U nas to nie funkcjonuje (no chyba, że ogródkach...).
      A zdjęcia będą w następnej notce, obiecuję! ^_^

      Usuń
  4. Jeszcze tam nie byłyśmy ale mamy nadzieję, że będzie nam kiedyś dane wyjechać i pozwiedzać :D

    OdpowiedzUsuń
  5. London to moje małe marzenie dotyczące przyszłości. Przyznam, że mam dużo miejsc, które chciałabym zwiedzić, więc nie jakoś najważniejsza le bardzo ważna :) chętnie przeczytam co zwiedzałaś i czy warto odwiedzać te miejsca :)
    Pozdrawiam!
    http://sunny-snowflake.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za przeczytanie notki i zachęcam do obserwacji bloga. :)