22 grudnia 2017

ONE OK ROCK // Warszawa 3.12.17

Wyjazd na koncert ONE OK ROCK w tym roku w ogóle nie był przemyślany. Gdy tylko usłyszałam, że zespół ponownie przyjedzie do Polski, pod wpływem impulsu, już w dniu pojawienia się biletów online, zamówiłam dwie wejściówki. Teraz żałuję. Mogłam kupić bilety VIPowskie.

Wyjazd naprawdę był, jak na mnie, nieco chaotyczny - takie niezorganizowanie w ogóle nie jest w moim stylu! W ostatniej chwili zakup biletów do i z Warszawy, nie prześledzony przejazd na miejsce koncertu i powrotu z niego. Tym razem mi to nie przeszkadzało, bo jak Wiecie, uwielbiam hasło: „idźmy za tłumem”. Za każdym razem mi się ono sprawdza, o dziwo w tej sytuacji również. 

Początkowo miałam inny zamysł, chciałam pojechać do Warszawy wcześniej, nieco pozwiedzać, ale ostatecznie nadeszła zima. Mróz i śnieg pokrzyżował mi nieco plany. Dlatego do Warszawy przybyliśmy z Pandą tuż przed godziną 16:00, kiedy bramki były otwierane o 18:00. Zdążyliśmy jedynie zjeść szybko frytki w McD i ruszyć w drogę.
Daleko szukać nie musieliśmy, już na przystanku przed Złotymi Tarasami zauważyliśmy charakterystyczna grupkę młodzieży, to był znak, że: czekamy w dobrym miejscu, wsiadamy do odpowiedniego tramwaju, wysiadamy na prawidłowym przystanku, idziemy we właściwym kierunku i w końcu, stoimy w należytej kolejce (tak na oko w środku, przed i za nami jakieś 100m ludzi).
Około 17 byliśmy przed warszawską Halą Koło. Ku mojemu dziwieniu i pomimo NAPRAWDĘ długiej kolejki, szybko została rozładowana, za sprawą podziału jej w pewnym momencie na dwie części. Ostatecznie weszliśmy na salę po półtoragodzinnym staniu na mrozie. Porównując nasze koczownictwo do innych fanów to pikuś! Dziewczyny opowiadały, jak siedziały pod halą już od 11 rano – to są prawdziwi fani!
Organizacja
Standardowo przechodzenie przez bramki kończy się przeszukiwaniem toreb i zabieraniem: termosów, kanapek, wód mineralnych, batoników itd. niezależnie czy są duże czy małe. Za każdym razem drażni mnie ta sytuacja, bo jak wiadomo, takie rzeczy na czas koncertu za każdym razem pozostają w plecakach/torbach w szatni z ubraniami wierzchnimi, szczególnie tą porą roku. Co więcej, w ubiegłym roku, gdy koncert odbywał się w Progresji, było chociaż przyzwolenie na wnoszenie małych półlitrowych wód bez nakrętek – to zawsze coś. Tym razem kategoryczne: nie. Natomiast moje śmiertelne breloki przy portfelu i kluczach są dużo bardziej niebezpieczne, i mogłabym z nimi zostać miniaturowym terrorystą, aczkolwiek nikt nie zwrócił na nie żadnej uwagi. Czy to nie dziwne?
Ogólna organizacja była naprawdę dobra, podzielono ludzi na dwie kolejki przy wejściu do bramek, potem tworzyły się kolejne do aż dwóch szatni, z czego każdą obsługiwały bodajże po 3-4 osoby. To wielki plus przy takiej masówce, niestety Progresja w ubiegłym roku gorzej się sprawowała. 
Dodatkowo bardzo się ucieszyłam, gdy okazało się, że tym razem koncert odbędzie się w dużej hali sportowej, a nie malutkiej salce klubowej, gdzie większość koncertowiczów zdycha po samym supporcie, tym razem kwestia organizacji koncertu w zimę i w dużym pomieszczeniu, była bardzo rozsądnym ruchem.
Największym minusem jaki dostrzegłam były… toalety. Koncert co prawda odbywał się na hali sportowej, ale toalety, które były udostępnione to zwykłe ToiToi, było to mega problematyczne, ponieważ znajdowały się one oczywiście na zewnątrz i jedynym wyjściem, aby z nich skorzystać, był spacer na mrozie - bez kurtek (bo oczywiście zabranie ich wiązało się z czekaniem w kilometrowej kolejce do szatni).
Podobno był na terenie koncertu jakiś „bar”, ale go w ogóle nie zauważyłam, widocznie jego oznakowanie było słabe, więc w tej kwestii w ogóle się nie wypowiem. 
1.Jadąc na koncert miałam taki plan: będę miała dużo czasu w pociągu, więc nauczę się do nadchodzącego kolokwium. Ha! 5h w pociągu jadąc w jedna stronę notatki leżały na stoliku i wspólnie ze mną rozglądały się za stacją końcową.
2.Widok Pałacu Kultury zawsze mnie cieszy, jest dla mnie doskonałym punktem orientacyjnym.
3.W tym roku postanowiłam założyć zimowe uszy niedźwiadka - wykonane własnoręcznie, przy najbliższej okazji postaram się stworzyć notkę typu DIY, mam wiele kreatywności, których nie pokazywałam na blogu w ostatnim czasie. :)
Koncert: ONE OK ROCK Ambitions European Tour 2017
Na początku napomnę o supporcie, bo go uwielbiam! Jako przygrywka dla naszych gwiazd zagrało Crown the Empirie. Jest to amerykański, rockowy zespół działający od  7 lat. Bardzo mnie zdziwiło, że to własnie oni będą rozgrzewać widownie, a to głównie dlatego, że jest to zespól grający dużo "cięższą muzykę", bo jest to metalcore/post hardcore. Używają w swojej twórczości wiele efektów elektronicznych, jest to głównie tekst wrzeszczany, często zmieniają rytmikę i mają tendencję do przejścia ze spokojnych, niosących "ballad" po agresywne wykorzystanie gitary i wokalu. I własnie  kompletnie mi to nie pasowało do "przygrywki" ONE OK ROCK. Niemniej słucham ich od kilku lat, jest to odpowiednik muzyki jaka towarzyszy mi na co dzień, bardzo ich szanuję i okropnie się cieszę że miałam okazję ich posłuchać na żywo. Swoją charyzmatyczna twarz pokazali przed koncertem OOR, nie tylko grając swoją muzykę, ale również potem, bardzo sympatycznie odnosząc się do widowni, z wielka chęcią robi ze sobą zdjęcia i zachęcali do rozmów ze sobą. Z pewnością osoby ich nieznające, będą dobrze wspominać Crown the Empirie. Niestety, chłopaki zagrali jedynie przez 30-35 minut. 
Zagrali m.in.: Zero, Hologram, Memories of broken heart, Voices, Machines
Crown the Empirie
O głównym koncercie można by pisać naprawdę sporo, sam w sobie koncert oceniam lepiej niż ten w Progresji, ale to kwestia widowni. Rok temu na pierwszym koncercie ONE OK ROCK w Polsce przybyło naprawdę sporo "fanów", których słyszałam głośniej podczas koncertu niż chłopaków. Wróć! Piski dziewczyn słyszałam głośniej, nie śpiew, to tak dla sprostowania. W tym roku było ich mniej, to raczej kwestia tego, że masa osób jednak wybrała się na sierpniowy występ na Czad Festiwalu, a Ci którzy wówczas nie byli, przyjechali teraz w grudniu do Warszawy (tak było w większości przypadków, gdy podpytywałam ludzi - w moim również).
ONE OK ROCK
Ktoś by mógł powiedzieć, że koncert jak koncert: muzyka, śpiewy, skakanie w tłumie i wołanie o bis. Ale wydarzyły się aż trzy bardzo zapadające w mojej głowie rzeczy. Z czego jedna z nich jest godna pożałowania.
Podczas śpiewania jednej z piosenek - "Take what you want" Taka zaśpiewał wstęp i nagle umilkł. Umilkła również sama muzyka. Zespół stanął nieruchomo na scenie, nastała grobowa cisza z ich strony. Był to znak, że oddają hołd zmarłemu, a dokładnie Chesterowi Benningtonowi (wokalista zespołu Linkin Park). Niestety ktoś z widowi znalazł idealny moment na to aby zebrać się na wyznania: "kocham Cię Taka", "love you" oraz szepty: "zapomnieli tekstu", "ha ha, zaciął się" i różne takie, hm... niezbyt mądre komentarze, aż w końcu brawa, znikąd. Nie mam na języku cenzuralnych słów na opisanie głupoty lub niedojrzałości osób, które w ten, a nie inny sposób się zachowały. O ile szepty są dla nie zrozumiałe (niektórzy mogą nie wiedzieć, o co mogło chodzić zespołowi), o tyle krzyki i brawa, kompletnie mnie zbijają z tropu. 
Linkuję poniżej nagranie z YouTube, abyście mogli zobaczyć jak to właściwie było.


Uważam jednak, że staraliśmy po sobie zatrzeć złe ślady. Akcje fanowskie są na każdego takiego rodzaju koncertach. My w tym roku postanowiliśmy zaskoczyć chłopców kolorowymi światełkami podczas piosenki "We are". Jak to zrobiliśmy? Ha, wystarczy włączyć latarkę w telefonie i nakleić na nią kolorowa folię. Efekt był zdumiewający!


Fani zaskakują dobrze albo źle. Co prawda masa ludzi nienawidzi piosenki "American girls", jest to na tyle głośna sprawa, że większość wie czemu. Choć mi osobiście bardzo się podoba, reaguję na nią trochę inaczej niż "typowi fani", ale o co mi chodzi... Ano o to, że tym razem to OOR nas zaskoczyło, bo Taka zaśpiewał... "Polish Girls"! I w taki sposób, fani zamiast buczeć na amerykańskie dziewczyny, cieszyli  się, dobrze bawili, a nawet się podekscytowali, że zaśpiewano o polskich dziewczynach. Natomiast coby nikomu ego za bardzo nie skoczyło, w innych krajach te nazwy były zamieniane (nie orientuję się czy we wszystkich, w których odbywała się trasa, ale doszły mnie słuchy, że w większości).
Drugie nagranie zawiera "Polish girls".

Miałam trochę wrażenie, że zespół nie był na tyle zadowolony z koncertu na ile powinien. Kwestia tego, że dawali z siebie naprawdę 100%, ale publika (moim zdaniem) nie do końca dokazywała. Być może zupełnie jak ja, fani są przywiązani do starszej dyskografii, a co za tym idzie, na koncertach nie do końca znają tekst piosenki, gdy artysta chce żeby coś widownia zaśpiewała, ale też zwyczajnie gorzej się bawi wśród muzyki, co by nie mówić, mniej lubianej.
Generalnie podsumowując był to dla mnie lepszy koncert niżeli ten w ubiegłym roku, publika była spokojniejsza, nie słuchałam pisków gimnazjalistów, tylko śpiew i muzykę. 

ONE OK ROCK zagrało m.in.: Taking off, Hard to love, Bedroom warfare, Bon voyage, I was king, Take what you want, The beginning, Mighty long fall, We are, American girls. 

Po koncercie
Po koncercie umówiliśmy się z kilkoma osobami na "after", ponieważ duża większość wracała do domu z samego rana kolejnego dnia. Ostatecznie zgniliśmy na dworcu w McDonald's w małej grupce, jedząc fast foody do 3 rano i rozmawiając na 101 tematów, a po godzinie 5 mieliśmy już pociąg do Wrocławia.
Tak minął mi kolejny koncert i za razem ostatni w tym roku. Następny w planowanych mam we Wrocławiu 18 stycznia - "The Lord of The Rings: The Fellowship of The Ring in Concert", a więc "film na ekranie z muzyką na żywo Howarda Shore’a, zdobywcą trzech Oscarów. Całość w towarzystwie orkiestry symfonicznej, chóru oraz solistów. W sumie 250 osób na jednej scenie" - cytowane z wydarzenia na facebooku. Wiążę spore nadzieję z tym występem. 
To tyle na dzisiaj, wciąż nie życzę Wam wesołych świąt - to będzie dobra motywacja, aby napisać coś jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Mata ne!

Z dnia: 22.12.2017r.

*Nie musze tłumaczyć, że nagrania z YT nie należą do mnie i pełne prawa nalezą się ich autorom. :)

7 komentarzy:

  1. To był dość szalony dzień. Dwie z moich koleżanek były chore, w tym jedna z nich miała w tym samym dniu nuryoku, więc na stanie w kolejkach mowy nie było. Przyszłyśmy dopiero w momencie kiedy support przestał grać. Także, trochę z językiem na brodzie i kilkoma stopniami gorączki, ale się było. XD
    Poza tym mam podobne odczucia. To, co się stało podczas minuty ciszy, było po prostu żenujące i nawet procenty nie są w stanie tego wytłumaczyć. Po prostu cringe. Na szczęście później to zniknęło i zaczęłyśmy się dobrze bawić. Chociaż, jakby nie patrzeć, koncert w Progresji wspominam dużo lepiej. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oł, to faktycznie miałaś zakręcony dzień. Najważniejsze, że w ogóle dotarłyście. I widzisz, dla mnie z kolei ten koncert w Progresji wydawał się nieco gorszy. :)
      Pozdrawiam ;*

      Usuń
  2. Na Czadzie myślałam, że to ludzie z poza fandomu robią wiochę, ale jak widać na koncercie też się to powtórzyło i teraz już nie ma na kogo zwalić :'). Swoją drogą chłopaki nie wydawali się z tamtej perspektywy jakoś niezadowoleni - właściwie fani bardziej się angażowali w koncert niż w "Proresji" - mam wrażenie, że fani śpiewali głośniej, a i tym razem akcja była fajniejsza (kolory) i w końcu ściana śmierci się udała, nie to, co w Progresji.

    Ja nowy album lubię za to, że nawet jeśli słucha się go pierwszy raz na koncercie, to i tak świetnie się człowiek przy nim bawi. Mam wrażenie, że jest to taki album... typowo koncertowy. Myślę, że zespół nastawia się na to, że nie wszyscy wszystko będą znać skoro jeździ promować album ;). Z resztą po koncercie w Progresji tez jakoś było, że "Łee, stare piosenki lepsze". Ja w każdym razie bawiłam się najlepiej (w kolejności):
    - Czad Festiwal
    - Hala Koło
    - Progresja.

    Na ten nakręciłam się od razu po Czadzie i fajnie, że mogłam go oglądać z trybun, bo nie lubię tłumów, ale co pierwszy rząd i dotknięcie Taki w Straszęcinie, to pierwszy rząd :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno u nas jeszcze "ta wiocha" względem minuty ciszy nie była taka tragiczna, niektóre kraje pokazały się trochę z gorszej perspektywy, no ale mimo wszystko jest godne pożałowania.
      I tak! Akcje udały się bardziej niż przy wcześniejszym koncercie, mam też wrażenie, że duży wpływ miała wielkość sali, osobiście w Progresji się bardzo męczyłam będąc w tłumie, więc nie dziwię się, jeśli ktoś miał podobne odczucia do moich i nie chciało mu się / nie miał siły na ścianę śmierci.
      Niestety nie byłam na Czadzie, nie mam porównania. Ale skoro stawiasz go najwyżej, to chyba mam prawo zazdrościć. :)
      Ja może w końcu też się do trybun przekonam, ostatnio coraz mniej mnie cieszy obijanie się o ludzi, haha. :D

      Usuń
    2. U mnie Czad był specjalny, bo
      - bez problemu znalazłam się w pierwszym rzędzie
      -nikt się na mnie mimo tego nie pchał
      - co za tym idzie widziałam wszystko z bliska
      - jak Taka skoczył w tłum, to go dotknęłam
      - nie było ani za ciepło, ani za zimno na zewnątrz, więc cały czas był dopływ świeżego powietrza
      - miałam gdzie spać po koncercie i pyszne śniadanie za darmo
      - nie musiałam po nocy wracać do domu, bo następnego dnia praca XD

      Usuń
    3. To są właśnie uroki festiwali, mi wystarczy sam fakt, że będę oddychać świeżym powietrzem i będę miała gdzie po koncercie spać. Nie dziwię się, że właśnie dlatego najlepszy był Czad. :D

      Usuń
  3. O jejku, a ja nawet nie słyszałam ani o koncercie, ani o takim wokaliście. Fajnie jest zobaczyć coś nowego, ale to akurat nie do końca moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za przeczytanie notki i zachęcam do obserwacji bloga. :)