1 września 2018

Pol'and'Rock festival 2018 (cz.2)

Miasteczko festiwalowe w Kostrzynie nad Odrą, było pełne atrakcji, można było w nim nieźle poszaleć, dobrze odpocząć i wiele się nauczyć,  ale zacznijmy od początku. 

Podróż i przyjaciele
Dojazd do Kostrzyna to wiele godzin podróży pociągami, rozmowy z zupełnie obcymi ludźmi i zawieranie nowych znajomości, ale również imprez i długie zabawy.
W tym roku planowaliśmy wyjazd grupowy, wyjechałam sama z domu w południe o 12 jednego dnia, a przyjechałam z piątką cudownych ludzi do Kostrzyna po 5 rano drugiego. W między czasie mieliśmy domówkę, poznawaliśmy nowe ciekawe osobowości, dużo śpiewaliśmy, wykrzykiwaliśmy nasze  dziwne hasła festiwalowe i zupełnie nie myśleliśmy o codzienności.
Sam podróż pociągiem była niezwykle męcząca. Okazało się, ze nasz pociąg jechał prawdopodobnie z Bielsko-Białej, co oznaczało, że we Wrocławiu nie było możliwości, żeby znaleźć jakiekolwiek miejsca do... stania. Pociąg był oczywiście bezprzedziałowy, a w przestrzeni między fotelami znajdowały się same bagaże i ludzie, w tym my. Większość z nas nie miała możliwości nawet ruchu przez bite 4h jazdy, ale znajdowały się miłe dusze siedzące, które na jakiś czas udostępniały swoje miejsca na kanapach. To było miłe.


Pole namiotowe
Poszukiwania miejsca na namioty na Woodstocku to istna katorga. W ubiegłym roku chcieliśmy rozbić się na Polu Malinowskiego, a w ostateczności znaleźliśmy się za nim i właściwie  kawałek poza terenem festiwalowym. W tym roku zrezygnowaliśmy z tego pomysłu i postanowiliśmy szukać miejsca bliżej centrum festiwalu, godzina szukania i się opłaciło. Mieliśmy względnie blisko do ASP, Dużej Sceny, gastronomii, toi-toiów czy pryszniców, a co najważniejsze - w lesie. Miejsce prawie idealne. Prawie? Niestety trzeba było się wspinać na sporą górkę.

Akademia Sztuk Przepięknych
ASP to jest to, co lubię chyba najbardziej na Woodstocku. To właśnie tutaj możemy spotkać się ze znanymi ludźmi, posłuchać co mają do powiedzenia i zadawać im pytania. Gośćmi tegorocznego Pol'and'Rock byli m.in. Dorota Wellman, Artur Barciś czy Himalaiści - Piotr Tomala, Dariusz Załuski, Krzysztof Wielicki. Są to ludzie lubiani, ciekawi i posiadający autorytet. Wieczorami z kolei odbywały się inne wydarzenia kulturowe, jak choćby zabawny stand-up z udziałem m.in. Rafała Rutka Rutkowskiego i Adama Grzanki lub muzyczny i niezwykle wzruszający występ Czesława Mozila.
Oczywiście nie tylko duży namiot ASP był wart uwagi, bo odwiedzaliśmy również warsztaty i namioty edukacyjne, gdzie można było rozmawiać np. o mowie nienawiści, wolności i niezależności sądów, brać udział w warsztatach improwizacji komediowej lub w debacie oksfordzkiej. Możliwości było wiele. Namioty edukacyjne przypominały nam o naszych prawach jako obywateli, czy np. o działaniach ekologicznych, dzięki którym małymi krokami możemy coś zmienić i nabyć nowych eko-nawyków.


Koncerty
Muzyka i muzyka, tylko z tym kojarzy się Woodstock/Pol'and'Rock, więc i o niej napiszę. W tym roku niebywałe upały dawały się we znaki, w związku z tym zrezygnowaliśmy ze wszystkich koncertów w godzinach popołudniowych i udawaliśmy się tylko na te wieczorno-nocne. Na dobrą sprawę  faktycznie udaliśmy się tylko na 3 koncerty:

  • Hunter, czyli jeden z ulubionych zespołów. I mimo że byłam już na ich wielu koncertach, nadal mi się nie nudzą, choć są już przewidywalni.
  • Łydka Grubasa, na ich koncercie byłam pierwszy raz i liczyłam na niezły roz****dol. Tak własnie było, udało się chłopakom wskoczyć na Małą Scenę i porwać publiczność - ich koncert wspominam najlepiej.
  • Lao Che, na ich występie byłam niepierwszy i zapewne nieostatni raz. Nie jest to kapela, którą słucham na co dzień, ale bardzo przyjemnie i miło mi się bawi na ich koncertach.
Jak widać, fizycznie byliśmy na niewielu koncertach, natomiast z naszego obozowiska doskonale słyszeliśmy Duża Scenę i nawet lekko ją widzieliśmy zza drzew. W rezultacie słyszeliśmy również dobre granie zespołów jak Alestorm, Nocnego Kochanka, TABU, Goo Goo Dols czy Judas Priest. 

Ale to nie wszystko. Już kolejny rak na Woodstocku można było się bawić na Wiewiórstocku! Czyli małej zbitej scenie w lesie, niedaleko ASP.  Tym razem można było poskakać tam m.in. z Pull the Wire, CHORZY i oczywiście Wiewiórem Na Drzewie. Ta scena jest naprawdę wyjątkowa, emanowała mega pozytywną energią, mimo że zespoły grały jedynie kilka godzin i tylko jednego dnia. 


Powroty
Powrotów nie lubię najbardziej, są męczące i już nie takie energiczne. Wszyscy marzą o dwóch rzeczach: prysznicu i jedzeniu od mamy (niektórzy jeszcze o zimnym piwie).
Tak naprawdę pierwszy raz wracałam w klasyczny sposób z festiwalu, czyli pociągiem i ostatniego dnia. Wcześniej nie miałam takiej okazji i nie wiedziałam z czym to się wiąże. Gdy przybyliśmy na dworzec w Kostrzynie w końcu zauważyliśmy ogromną ilość ludzi. Ich zagęszczenie było nieporównywalne z tym na terenie festiwalu. Tłumy szalały, każdy pragnął zmieścić się w swoim pociągu, a to była nie lada gratka.
Choć byliśmy niemalże na początku odprawy na stacji i weszliśmy jako jedni z pierwszych pasażerów na peron, to w momencie wejścia do pociągu już nie było w nim miejsc! Totalnie zrezygnowani staliśmy znów między siedzeniami trzymając pod nogami swoje bagaże. Aż nagle... Zaczęły się rozmowy w przedziale dotyczące kierunku jazdy pociągu - niektórzy twierdzili, że pociąg jedzie w kierunku Szczecina, inni zaś, że w zupełnie przeciwnym. Los się do nas uśmiechnął - na nieszczęście innych. Trójka siedzących przy nas panów musiała opuścić pociąg, ponieważ ten, jak się ostatecznie okazało, jechał w kierunku Bielsko-Białej. Najgorsze w tej opowieści jest to, że to nie byli jedyni pasażerowie. Wielu było śmiertelnie przekonanych, że jedzie na północ Polski aż przez kilka kolejnych przejechanych już stacji.


Słowa podsumowania mogą brzmieć tylko tak: było jak zawsze super!


5 komentarzy:

  1. Ważne, że miło spędziliście czas. Rozbawiło mnie zdjęcie tego czyjegoś brzuszka z petem :D super.
    A powrót zawsze z takich 'zlotów' to koszmar niemniej jednak, supcio że szczęście się uśmiechnęło i niektórzy musieli wyjść a wy bezpiecznie do domku :)

    OdpowiedzUsuń
  2. my w tym roku niestety ze względów na to, że w domu mamy 4 miesięcznego maluszka odpuściliśmy. Było zbyt gorąco aby z takim kruszynkiem wybierać się w podróże. ale za rok całą rodzinką się wybieramy. mam już to obiecane

    OdpowiedzUsuń
  3. Hunter zawsze prezentuje się świetnie. Może sobie być przewidywalny, ale to już taki klasyczny styl :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny festiwal, jeździłam przez wiele lat i żałuję, że w tym roku nie dałam rady

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za przeczytanie notki i zachęcam do obserwacji bloga. :)